Kolor żółtej kamizelki

Jeżeli rodzi się jakiś nowy masowy ruch, który nie wie, w jakim kierunku ma zmierzać, to zapewne zmierza w kierunku konfliktu. Po jednej stronie barykady mamy dziś gnijącą V Republikę, państwo, w którego słuszność działań wierzy mniej niż 20 procent obywateli. Spadek poziomu życia, rosnące rozwarstwienie społeczne, zadłużenie publiczne, wzrastające obciążenia podatkowe, źle działająca administracja, oderwanie się elit od problemów zwykłych Francuzów. Paradoksalnie są to dokładnie te same czynniki, które zaprowadziły na gilotynę Ludwika XVI.
Jako przeciwwagę dla obecnej sytuacji protestujący stawiają idealną Francję z własnych wyobrażeń, państwo rządzone w interesie mieszkańców. Problem polega na tym, że ów „interes”, podobnie jak sprawiedliwość czy patriotyzm każdy rozumie w subiektywny sposób. Nieukierunkowany bunt jest osobistym buntem manifestantów, gdzie każdy buntuje się w imię własnego, wyimaginowanego celu.
Taka sytuacja stanowi podłoże dla wybuchu dowolnego konfliktu. Niekoniecznie na linii manifestanci vs. obecnie rządzące elity. Łatwo też można sobie wyobrazić, obalenie Macrona jako wstęp do większej destabilizacji francuskiej sceny politycznej.
Od pierwszych dni protestu zbyt nieśmiało stawiane jest pytanie „jeżeli nie dotychczasowe, liberalne elity to kto?”. Komuniści? Marine Le Pen? Nowa siła? Populiści?
Wybór rewolucyjnej drogi pozbawionej jasnego celu stanowi jednoczesne odrzucenie wszystkich innych opcji wyjścia z cywilizacyjnego impasu, w którym znalazła się Francja oraz cała Europa. Jego następstwem może być podporządkowanie sił progresywnych woli brutalnej i agresywnej prawicy.
Brak realnej, wiodącej propozycji dla Francji, pod którą podpisałaby się większość manifestantów, foruje żerujące na strachu oraz najniższych instynktach pozycje izolacjonistyczne.
Udzielając jednoznacznego poparcia ruchowi żółtych kamizelek, lewica nieświadomie może się przyczynić do zaprowadzenia prawicowego porządku w państwie. Taka groźba jest realna zwłaszcza w dobie niebezpiecznego mariażu popkulturowego populizmu z nacjonalizmem.
Głębokie systemowe zmiany, których potrzebuje Europa, stoją na straconej pozycji w medialnym starciu z podsycaną strachem polityką rozdawnictwa.
Współcześni populiści nauczyli się, że utrzymywany we względnym nieróbstwie lumpenproletariat zapewnia im wyborcze zwycięstwa. Zwłaszcza manipulowany prostymi sloganami medialnymi i zarządzany strachem.
Oczywiste jest, że niezależnie od drogi, którą dziś obierze świat Zachodu, w przyszłości zrozumie on, że za dotychczasowy poziom życia trzeba będzie w końcu zapłacić, że bardziej zadłużać się nie da, trzeba ograniczyć konsumpcję i zakasać ręce do pracy, która jest rzeczywistą przyczyną bogactwa narodów.
Niewiele wskazuje, aby taka refleksja nastąpiła szybko, wraz z upadkiem liberalnego kapitalizmu. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że zanim do niej dojdzie, będziemy musieli na własnej skórze boleśnie odczuć brunatny populizm.
Ogień, którym zaczyna płonąć stary ład, z pewnością rozpali światło nowej epoki. Aby zapłonęło, musi być to jednak ogień czysty – nieskalany egoizmem — narodowym, klasowym ani religijnym. Wszystkie te relikty odchodzącej epoki spłoną najpierw. A wraz z nimi ich ostatni obrońcy.

(Trafia do kontenera Aktywizm niepoprawny)

Nie ma wody na pustyni?

Współczesna ludzkość dysponuje wszelkimi technologiami niezbędnymi do tego, aby w krótkim czasie wykorzystać powierzchnię Sahary pod nasadzenia leśne oraz gospodarkę rolną.
Rosnąca konsumpcja i nieekologiczny sposób eksploatacji naszej planety, w przyszłości zaowocują straszliwym kryzysem. Miejsce upadającej samolubnej cywilizacji zajmie nowa, dopiero wchodząca w stadium rozkwitu. Naturalną konsekwencją upadku ideowo uzasadnionego egoizmu stanie się altruistyczny prąd myślowy, kontestujący ducha poprzedniej epoki. Jaka więc będzie myśl, która trafi w trendy naznaczające przyszłą cywilizację?
Analizując historię upadku starożytnego Rzymu, dojdziemy do wniosku, że nie będzie to żadna z aktualnie panujących doktryn czy religii. Nie przetrwa też żadna z dotychczasowych struktur. Możemy jednak przewidywać, że przyszła cywilizacja zrodzi się z myśli popularnej, odpowiadającej zapotrzebowaniu czasów, a majestatyczne świątynie zostaną zastąpione przez osobisty kontakt jednostki z uniwersum, filozofią zrozumienia samego siebie.
Zgodnie z prawem biegunowości, po okresie konsumpcjonistycznego egoizmu, nastąpią czasy ekonomicznego przewartościowania. Elementy poprzednich w stosunku do naszego systemów wartości po dziś dzień możemy znaleźć w nauczaniu różnych religii, w formie wskazań dotyczących jałmużny bądź zakazu lichwy.
Coś, co dzisiaj wydaje się nieprawdopodobne, w przyszłości może stać się oczywiste. Dla obywateli upadającego Rzymu nieprawdopodobne były prawa człowieka, które dla nas, stojących na końcu epoki potomków barbarzyńców, stanowią podstawę systemu wartości.
W sferze gospodarki nowe prądy przełożą się na inwestycje, których celem będzie racjonalne rozwiązywanie globalnych problemów.
Postępujący problem ocieplenia klimatu w rezultacie doprowadzi do zagłady współczesnych modeli gospodarczych. Podnoszenie się poziomu mórz, wielkie migracje, zmniejszająca się powierzchnia lasów, zanieczyszczenie powietrza, rosnąca populacja i wysychające płody rolne staną się wyzwaniem, z którym nie jest sobie w stanie poradzić kierowana egoizmem ludzkość.
Dzisiaj, gdy żadne miejsce na Ziemi nie jest tajemnicą dla orbitalnych satelitów i wchodzimy erę podboju kosmosu, zmieni się także podejście do planety. Albo ją zrozumiemy, nauczymy się z niej korzystać, albo też zostaniemy wyeliminowani w starciu z bezwzględnymi siłami natury.
Współczesna ludzkość dysponuje wszelkimi technologiami niezbędnymi do tego, aby w krótkim czasie wykorzystać powierzchnię Sahary pod nasadzenia leśne oraz gospodarkę rolną. Największa pustynia Kuli Ziemskiej znajduje się na obszarze o najwyższym nasłonecznieniu, a zarazem otoczona jest niewyczerpalnym zasobem wody morskiej.
Jak udowodnili naukowcy z chińskiego Uniwersytetu w Chongqing, rekultywacja terenów pustynnych nie tylko jest możliwa i opłacalna, ale też przynosi namacalne korzyści dla ekosystemu. Opracowana przez Chińczyków metoda sprawia, że w przeciągu pół roku tereny pustynne zmieniają się w zielone pola uprawne. W najbliższych latach rząd w Pekinie planuje w ten sposób zagospodarować 50% chińskich powierzchni pustynnych.
Na nasłonecznionej Saharze proces nawadniania mógłby się odbywać za pomocą systemu rurociągów i pomp zasilanych energią słoneczną.
Ciekawym rozwiązaniem może być zastosowanie opatentowanego w 1816 roku przez szkockiego duchownego Roberta Stirlinga, silnika przetwarzającego energię cieplną w energię mechaniczną. Sahara ma powierzchnię 9 200 000 km², co pozwala na zasadzenie 920 miliardów drzew. Różnica wysokości pomiędzy poziomem morza a średnią wysokością pustyni wynosi 450 metrów i na tę wysokość należałoby wpompować nieco mniej niż 5000 mld m3 wody rocznie. Przy dzisiejszych cenach energii słonecznej jest to koszt ok. 2 mld dolarów. Kwota jak najbardziej wyobrażalna, zwłaszcza w czasach, w których podobne pieniądze prezydent Andrzej Duda zaoferował za otwarcie bazy wojskowej USA na terenie Polski.
Liczba pochłoniętego przez drzewa na Saharze dwutlenku węgla sięgałaby 30% światowej emisji, co znacznie wpłynęłoby na ograniczenie efektu cieplarnianego. Aby projekt był możliwy niezbędna będzie także budowa zasilanych solarnie stacji odsalania wody, która to technologia została dopracowana w ostatnich latach i współcześnie pozwala pozyskiwać połowę wody pitnej w takich krajach jak Arabia Saudyjska, ZEA czy Izrael.
Zrekultywowana w ten sposób Sahara nie tylko obniży efekt cieplarniany, ale będzie także czynnikiem znacznie wpływającym na zmianę miejscowego klimatu. Zaprowadzenie upraw rolnych na terenach, na których brakuje żywności, znacząco wpłynie na poprawę bytu ich mieszkańców. Jest to ostatnia szansa na powstrzymanie wielomilionowych procesów migracyjnych, które mają miejsce na naszych oczach.
Zgodnie z badaniami naukowymi pustynia ta przynajmniej trzykrotnie w przeszłości była oazą zieleni, co miało wpływ na wielkie migracje. Paradoksalnie ten sam czynnik, który dawniej umożliwił wędrówkę ludów, dzisiaj może ją zatrzymać.
Wysoce prawdopodobnym jest więc, że w nadchodzących dekadach Sahara stanie się przedmiotem gospodarki rolnej i leśnej, a także miejscem osadnictwa ludzkiego. Zwłaszcza w kontekście wzrostu globalnej populacji i najszybszego przyrostu naturalnego na kontynencie afrykańskim.
Nierozwiązywalne z dzisiejszej perspektywy problemy, jak brak żywności, ocieplenie klimatu czy kryzys demograficzny, w przyszłości znajdą swoje rozwiązanie. Od tego, jak długo będziemy na nie czekać, zależy liczba ofiar obecnego stanu rzeczy.


(Trafia do kontenera Teksty rozmaite)

Nasz kler powszedni

Na temat duchowieństwa powiedziano już chyba wszystko, a na przestrzeni lat media robią to z rozmaitych perspektyw. “Nic co ludzkie nie jest mi obce” vs. cnota ubóstwa. Pomimo narastającego szumu, niewielu autorów zdaje się dotykać istoty zagadnienia.

WIARA. Sprawy niezrozumiałe można starać się wyjaśnić, pozostawić bez wyjaśnienia, bądź nadać najwyższą dozę prawdopodobieństwa nadprzyrodzonym wizjom „proroków”.
Podobnie jak nauka, tak i doktryny religijne przekazywane są jako spuścizna następnym pokoleniom. Wspólnota wiernych swoimi ramami istnienia dalece wykracza poza życie jednostki ludzkiej. Tak długo trwa dana religia, jak długo żyje jej ostatni wyznawca. Nawet nowe systemy wierzeń przeważnie podpierają swoje istnienie bardziej lub mniej fantastyczną legendą umocowaną w przeszłości.
Wiara zostaje więc spisana, przybiera formę określonych reguł, zasad, dogmatów, od których odstępstwo nazywane jest herezją.
Stojąca na straży czystości wiary struktura urzędnicza nabiera wszystkich cech klasy społecznej. W obrębie religijnej społeczności, duchowieństwo zwykle umiejscawia się pośród klas uprzywilejowanych. Na pewnym etapie rozwoju religii wymusza to konieczność ograniczenia dostępu do zawodu.
NADZIEJA. Na przestrzeni lat oparta na wierze organizacja trwa dzięki temu, że kolejne pokolenia jej członków mają przed oczyma wizję życia w lepszej rzeczywistości. Choćby po śmierci. Aby zaistniało zjawisko nadziei, niezbędny jest pierwiastek niepewności, lęku przed karą, potępieniem czy nieszczęściem. Niebo i piekło, kij i marchewka. Nieprzypadkowo okresy rozkwitu systemów religijnych zwykle przypadają na czasy, gdy życie jednostek ludzkich jest cięższe, wojny bardziej krwawe, a zdobycie pożywienia stanowi trudność. Wtedy też na scenę wychodzą “kapłani niezłomni”, “święci” podający ludowi placebo, którzy tworzą powtarzaną przez kolejne pokolenia legendę duchowieństwa.
MIŁOŚĆ. Zarówno Święty Paweł jak i Aleister Crowley uważali miłość za siłę napędową wszechrzeczy. W swojej ziemskiej emanacji zawiera ona w sobie takie elementy jak: pasja (element aktywny), zaangażowanie (element pasywny) oraz bliskość (element pośredni).
Słowo “katolikos” oznaczające w języku greckim “powszechny” stało się atrybutem Kościoła chrześcijańskiego. Braterskiej wspólnoty wiernych, której pasji dodawali misjonarze i wizjonerzy, karmionej zaangażowaniem ludu i spajanej przez instytucję Kościoła Powszechnego.
KLER. Wraz z upływem lat każda wspólnota podlega przeobrażeniom. Oparta o sztywne zasady struktura urzędnicza z każdym przemijającym pokoleniem znajduje się dalej od zasad, które ją ukonstytuowały, od słów wielkiego nauczyciela lub mędrca. Gdy zabraknie mistrza, przedmiotem kultu stają się sterty ustanowionych dogmatów, nie zaś ich pierwotne założenie. Uzasadniają one istnienie usytuowanego na samym szczycie urzędniczej drabiny przywódcy religijnego. W miejscu Świętego Boga czy Świętych Pism staje Kościół Święty. Definiowany jako matka i nauczycielka (“Mater et Magistra”).
Wzrastające w takich realiach kolejne pokolenia duchowieństwa od samego początku uczone są sprawowania wyjątkowej roli w społeczeństwie. W praktyce przekłada się to na wstępowanie w szeregi kleru ludzi żądnych władzy, szacunku lub korzyści materialnych.
Najbardziej jaskrawą oznakę upadku życia duchowego stanowi materializm kleru. Świadczy on o podwójnym kryzysie: kryzysie wiary w rację spisanych na starych pergaminach wezwań do wstrzemięźliwości przy jednoczesnym upadku nadziei, że w zamian za przestrzeganie tych przykazań czeka nagroda, lepsza niż dobra doczesne.
Pozbawiona wiary i nadziei wspólnota nie jest w stanie kierować się miłością w żadnym z jej zrozumiałych dla człowieka aspektów.
W swoim najbardziej fizycznym wymiarze pojęcie miłości zostaje spłycone do poziomu zaspokojenia. Sprzyjają temu wypracowane przez lata trwania instytucji urzędnicze nakazy dotyczące celibatu i ślubów wieczystych. W wypadku Kościoła Rzymskokatolickiego utarła się praktyka, zgodnie z którą dwudziestokilkuletnie osoby podejmują decyzję o dożywotniej rezygnacji z życia seksualnego. Twarda zasada sprawia, że występują liczne przypadki nadużyć seksualnych, przeważnie ukrywane za murami klasztorów. Taka postawa wzbudza niechęć wiernych, zwłaszcza w czasach wzrastającej świadomości oraz szybkiego przepływu informacji.
Proporcjonalnie do rozkładu instytucji Kościoła, ludzkość w coraz to mniejszym stopniu potrzebuje sformalizowanego urzędu opartego o proroctwa sprzed dwudziestu stuleci.
Religia, której początek stanowiła rewolucyjna nauka Jezusa z Nazaretu, wraz z upływem czasu utraciła misyjną pasję, stanowiące jej dawną potęgę zaangażowanie wiernych, a także spajające pierwotną wspólnotę prawo zdefiniowane przez filozofów pod nazwą miłości. Kościół, którego spoiwem nie jest czysta idea (to, co nauczyciel miał na myśli) staje się instytucją wchodzącą w ostatnie stadium swojego istnienia. W czasach globalnej świadomości, w których nawet kler nie podziela zapisanych w starych księgach podstawowych dogmatów wiary, nadzieja na oferowaną z ambony wizję nieba jest tak słaba, jak i strach przed piekłem.
Stare, schorowane zwierzę ściąga na siebie uwagę drapieżników, w podobny sposób instytucja na skraju istnienia wabi jednostki nieuczciwe, leniwe, kierowane żądzami. Upadający Kościół jest zarazem Kościołem upadłego kleru, który swym postępowaniem przyspiesza koniec pewnej epoki.


(Trafia do kontenera Notatki filozoficzne)

Tu nie będzie rewolucji?

Państwo, które przeszło przez etap wojen, u swego schyłku zwykle wkracza w fazę rewolucji. Po okresie zamorskich podbojów, w czasach braku stabilizacji politycznej, budżetowej, uzależnienia gospodarki od niewolników i imigrantów, na terenie Imperium Rzymskiego zaczęły wybuchać bunty. Stanowiły one zaczątek nowego ładu politycznego, który na drodze wieloletnich przemian, przybrał postać nowożytnej Europy.
Zamorskie konflikty połączone z kryzysem fiskalnym, uzależnienie od pracy w koloniach, a także dworskie intrygi, przeszło tysiąc lat później zaprowadziły na gilotynę Ludwika XVI. Paradoksalnie dzięki temu mogła zaistnieć współczesna demokracja.
Wojny na Bałkanach, w Polsce i Azji Centralnej, które przyniosły carskiej Rosji chwilową potęgę, wraz z rosnącymi dysproporcjami materialnymi w społeczeństwie i brakiem kontroli nad budżetem, po kilkudziesięciu latach stały się przyczyną egzekucji cara Mikołaja II. Komunistyczna rewolucja nie tylko legła u podnóża totalitaryzmów i wieloletnich konfliktów, ale też wymusiła nowy podział świata. Jednocześnie nie była ona bez znaczenia dla wyścigu technologicznego, polepszenia warunków pracy w krajach kapitalistycznych, redukcji analfabetyzmu czy rozwoju publicznej służby zdrowia.
W swej zmodyfikowanej przez II Wojnę Światową i upadek bloku wschodniego, a zarazem zdegenerowanej wersji, wciąż panuje model zrodzony w wyniku Rewolucji Październikowej.
Wybuchające od kilku dziesięcioleci zamorskie wojny Świata Zachodu, kryzys finansów publicznych, uzależnienie gospodarek od imigracji i produkcji za granicą oraz towarzyszące temu dysproporcje ekonomiczne zachęcają do refleksji. Szaleni populistyczni prezydenci, niczym rzymscy cesarze budują mury i dążą do konfrontacji z nadchodzącym porządkiem. Im bardziej globalny jest charakter poprzedzających rewolucję wojen, tym bardziej globalnej rewolucji możemy się spodziewać. W dobie Internetu, podróży i swobodnego rozprzestrzeniania się idei, kolejna rewolucja będzie mieć podobny charakter we wszystkich krajach, które ogarnie. Bardzo prawdopodobne jest też wystąpienie efektu domina. Punktem zapalnym może się stać przesilenie nastrojów społecznych pod rządami konserwatywnych populistów, stanowiących ostatnie tchnienie odchodzącej cywilizacji i bezpośrednią przyczynę jej końca.

(Trafia do kontenera Notatki filozoficzne)

O dwóch takich, co ukradli Ziemię

Istotę wyobrażenia władzy duchownej stanowi, że jest ona legitymizowana przez sfery nadprzyrodzone. Im większy jest więc Bóg, tym silniejsza władza papieża. Od tysiącleci przywódcom religijnym zależy, aby ich świątynie były wielkie, a majestat stwórcy przytłaczał w ich progach maluczkich śmiertelników.
Papież jest tym który spaja to, co ziemskie i materialne z tym, co duchowe i niezrozumiałe. W swoich rękach dzierży on klucz do wiedzy niedostępnej dla pozostałych.
Istotę wyobrażenia władzy świeckiej stanowi jej własna potęga. Cesarz sprawuje władzę nad ziemią i swoimi poddanymi, jego słowo choćby niepodparte wyższą mądrością, samo w sobie ma moc sprawczą.
Aby uwidocznić swoją władzę, świeccy przywódcy budowali pełne przepychu zamki i pałace. Architektoniczny rozmach i artystyczny kunszt miały być symbolem kosztów, które jest w stanie ponieść władza, by osiągnąć zamierzone cele, symbolem potęgi. Cesarz dzierży berło, którego skinięcie wystarczy, aby zapłonęły królestwa.
Papież sprawuje materialną władzę dzięki temu, co niematerialne. Cesarz panuje nad materialnym światem i przez swoją siłę nabiera cech niematerialnych.
W swej zdegenerowanej formie władza duchowna pragnie sprawować władzę świecką, natomiast zaślepiona władza świecka przypisuje sobie atrybuty boskie. Jak uczy historia, gdy nastąpi przesilenie, zwykle wybucha jakaś rewolucja, reformacja, upadają stare systemy religijne lub potężne imperia. Zwykle zbiega się to z wielowymiarowym kryzysem społecznym i toruje drogę nastaniu nowego porządku.


(Trafia do kontenera Notatki filozoficzne)

“Siała baba mak”. I dostała 10 lat.

Bardzo ciekawe wnioski przynosi lektura wydanego przez Instytut Wymiaru Sprawiedliwości raportu pt. Struktura kar orzekanych w Polsce i w innych państwach Unii Europejskiej.
Pośród wielu smakowitych danych, w raporcie znalazły się i te dotyczące karania przestępstw narkotykowych.
Na 22 badane państwa, pod względem procentowej liczby osób skazanych w związku z przestępstwami narkotykowymi Polska zajmuje środkowe, 11-ste miejsce. Wyprzedzamy pod tym względem wszystkie kraje Europy Centralnej i Wschodniej, a także Portugalię, Austrię oraz… Holandię.
Więcej jasności daje kolejne zestawienie dotyczące wysokości wymierzanych kar. W tym wypadku Polska wyróżnia się jednym z najniższych współczynników orzekania kary bezwzględnego pozbawienia wolności, jednocześnie będąc zdecydowanym liderem pod względem orzekania kary pozbawienia wolności z zawieszeniem. Oznacza to, że większość skazywanych osób stanowią posiadacze małych ilości, prawdopodobnie marihuany, które to przypadki nie kwalifikują się do zastosowania surowszej sankcji karnej.
Warto zwrócić uwagę, że w Holandii, w której obowiązuje mniej restrykcyjne prawo narkotykowe, nie tylko jest niższy odsetek osób skazanych, ale jednocześnie czterokrotnie częściej zapadają tam wyroki bezwzględnego więzienia. Można więc wnioskować, że holenderskie sądy skazują zdecydowanie większą ilość dilerów niż użytkowników rekreacyjnych.
Pikanterii całej sprawie dodaje kolejna tabelka, z której wynika, że jedynie 3 procent zapadających w Polsce wyroków dotyczy kary bezwzględnego pozbawienia wolności powyżej 5-ciu lat, aż 71 procent, są to wyroki niższe niż 5 lat, a 25 procent niższe niż rok.
Mówiąc prościej, w Polsce ściga się głównie użytkowników konopi, szansę na wpadkę mają jedynie drobni dilerzy, a prawdziwi organizatorzy handlu prawdziwymi narkotykami mogą czuć się w miarę spokojnie.

Link do raportu
(Trafia do kontenera Aktywizm niepoprawny)

Kaczki w owczej skórze.

Mechanizm narodzin totalitaryzmów za każdym razem jest podobny. W obliczu jakiejś problematycznej sytuacji pojawia się nowa doktryna. Najczęściej stanowi ona proste remedium na wszystkie bolączki. Po pewnym czasie wychodzi na jaw, że za nową ideą kryje się stare okrucieństwo. Kierowana fanatyzmem władza zaczyna narzucać swój światopogląd jako jedyny słuszny i ustawiony w opozycji do jakkolwiek pojmowanych “wrogów ojczyzny”.
Choć wyborcy zostali oszukani dali się zwieść, ich wyobrażenie było odmienne niż oferowana rzeczywistość, większość z nich utrwala się w swoim przekonaniu o słusznym wyborze. Dzieje się tak, gdyż ludzie raczej zostaną fanatykami oddanymi nawet najokrutniejszej, ale spełniającej minimum ich żądań idei, niż przyznają się do własnego błędu.
Moment, w którym dyktatorzy zaczynają realizować swoją własną wizję, nie zaś wolę narodu, zwykle nie jest ich końcem, lecz dopiero początkiem. Wyborcy tak długo będą popierać tyrana, jak długo system nie stanie się dla nich osobiście nie do zniesienia. Taki stan może więc utrzymywać się latami, tak długo, jak długo winę za wszystkie niesprawiedliwości da się zrzucić na barki “wrogów ojczyzny”.
Gdy pojawia się jakaś nowa siła polityczna, gdy idą wybory, powinniśmy bacznie obserwować, z jakich ludzi bądź organizacji składają się poszczególne partie i rozważyć czy posiadają one potencjał, aby w swoich decyzjach kierować się ślepym fanatyzmem.
Przekładając to na obecne polityczne realia w Polsce, PiS, którego trzon stanowią Kaczyński, Ziobro i Macierewicz nie jest partią wiarygodną. Kryterium potencjalnej radykalizacji aparatu państwowego, przy podejmowaniu decyzji wyborczej nie jest mniej istotne niż proponowana przez daną partię polityka socjalna. Ciekawe, że zwykliśmy analizować przed wyborami rozmaite siły polityczne, ale jedynie z perspektywy tego, co oferują w dziedzinie gospodarki, służby zdrowia, bezpieczeństwa czy szkolnictwa.
Dzieje się tak, gdyż odwykliśmy od życia w systemie totalitarnym i straciliśmy pod tym względem czujność. Ta niebezpieczna sytuacja pozwala dziś na całym świecie sięgać po władzę populistom pokroju Orbana, Trumpa, Erdogana czy Kaczyńskiego.

(Trafia do kontenera Aktywizm niepoprawny)

Opowieści Wody, Ognia, Ziemi i Powietrza

W otchłani rozległ się gromowładny grzmot, wraz z nieznaną dotąd jasnością zmieniła się temperatura. Na skorupę skalną spadł ulewny, gorący deszcz. Padał on krótko, lecz jego siła była wystarczająca, aby wypełnić wszelkie zagłębienia. Całą powierzchnię planety ogarnął bezkresny ocean.
Wnikająca w najgłębsze szczeliny woda zrodziła pojęcie głębi. Zalewając planetę, pokochała ją, wtuliła się w jej każdy zakamarek. Wyścieliła zazdrośnie dno warstwą, której nic nie umknie i która strzeże jego tajemnice, odkrywając jedynie płaską taflę powierzchni.
Spokojna, niezmącona niczym i bezkresna woda stała się mokrym dziedzictwem ulewnego deszczu. W niewzruszonej stabilności oceanu deszcz zyskał swą konkretną formę, ograniczoną jedynie dnem powoli rozpuszczanej materii.
Głębia stała się ciemna, chłodna i nieznana, otchłań zaś jasna i gorąca. Jako dziecko ciepła i chłodu zerwał się wiatr, a stanowiące granicę, przewidywalne dotąd lustro wody zajęły fale. Wiatr zmącił wodę, zmieszał jej głębiny, wytworzył prądy i nadał wodzie inteligencji. Odtąd głębia stała się nie tylko tajemnicza, ale i nieprzewidywalna.
Erodujące dno zaczęło się mieszać z wodą, wzbogacając ją o mikroelementy. Skalne pierwiastki będące syntezą wszystkich żywiołów nadały jej swego charakteru. W miłosnej ekstazie dokonała się wymiana, integracja wody z materią. Wzbogacona prochem woda stała się uniwersalnym nośnikiem wszystkich istniejących pierwiastków. Rodzajem kodu zdolnym przenosić skały w ich zaszyfrowanej mikroskopijnej wartości.
Nie było w owych czasach bardziej porywczej siły niż powstały na granicy głębi i otchłani porywisty wiatr. Niepowstrzymany niczym na swojej drodze, w tempie błyskawicy przemierzał z jednego krańca planety na drugi. I ustawał tak samo nagle, jak i nagle zrywał się do lotu.
Jedyną barierą, której wiatr nie mógł pokonać była woda. Mącona nagłą porywczą siłą zdradzała moc wiatru, podgrzana ciepłem otchłani nadawała mu wilgotnego ciężaru.
Unosząc się w przestworzach, białymi smugami chmur, woda zapisywała jego kierunek.
Zrozumiany wiatr zakończył erę swojej nieprzewidywalności, poczuł się dotknięty zdemaskowaniem kierunku oraz siły.
Ukrył więc w swej niewidzialnej formie wykradzione wodzie składniki i począł nazywać się powietrzem. Odtąd znów stał się nieobliczalny i nieznany, latał jednocześnie w tylu kierunkach, z ilu miejsc niegdyś woda wypłukała ukrywane przez niego pierwiastki.
W wielu miejscach gromadził się niesiony prądami wodnymi proch z rozpuszczonych skał, z czasem przybierając formę błotnych pagórków. Stanowiły one irytującą przeszkodę dla wiatru, który nie mógł się przez nie przebić. Dął więc ze wściekłością w ich kierunku, aby je zniszczyć. Jednak one, zamiast zniknąć z powierzchni wody, zaczęły powoli wysychać. Silne powiewy wiatru dodatkowo wypierały wodę, oddzielając ją od zerodowanej powierzchni skalnej.
Kiedy powstające z mineralnego prochu wyspy stały się już odpowiednio wysokie i twarde, ich szczyty zaczęły przyciągać błyskawice. Wynurzające się z wody góry stanowiły zwieńczenie szorstkiej interakcji żywiołów. Praca przynosi efekty. Jeżeli włożyło się w nią odpowiednią siłę.
Woda uparcie wdzierała się na ziemię, nawilżając ją swoją życiodajną mocą. Z prochu zaczęło wyłaniać się życie. W jałowym dotychczas świecie pojawiło się czucie, w swej naturze związane z materią, wykazujące jednak cechy wszystkich elementów, z których zostało zrodzone. Czucie zawarło w sobie głębię wody, twardość minerałów, ciepło otchłani i nieobliczalność wiatru.
Wicher, znawca wszystkich krańców planety, dawał o sobie znać rozrzucając nasiona, pyłki i ikrę po całej jej powierzchni. Wędrując w ten sposób po świecie, czucie wzbogaciło się o wiedzę. Coraz to inteligentniejsze organizmy, zdane na łaskę i niełaskę żywiołów rozpoczęły naukę sztuki dostosowywania się do zmiennych warunków.
Najsilniejsze, najbardziej zaawansowane z organizmów zapanowały więc nad ziemią. Troska o zapewnienie bytu zajęła miejsce pamięci o własnym pochodzeniu. I jedynie strach przed nieuchronnym obróceniem się w proch przypominał o tym, skąd wszystko wzięło swój początek.
Gdy rozlegały się grzmoty, zaczynały płonąć lasy i osady. Jedna chwila potrafiła przywrócić pierwotną formę prochu rzeczom, które powstawały przez dziesięciolecia. Nagłe zjawiska atmosferyczne, stały się punktami odmierzającymi czas, wyznaczającymi cykle odradzania i śmierci, za każdym razem wymuszając działanie.
Jedynie woda pozostawała niewzruszona wobec niszczycielskiej siły ognia. Nadawała mu granice, stanowiła dla niego nieprzekraczalną barierę. Dwa pozornie skrajne elementy, dwie nieokiełznane siły, które jako jedyne potrafią okiełznać się nawzajem. Kobieta i mężczyzna, Yang i Yin. Tylko ci, którzy zrozumieją ich działanie, będą w stanie przetrwać w świecie istniejącym dzięki ich równowadze.
Najinteligentniejsze organizmy planety nauczyły się z korzyścią dla siebie używać niszczycielskiej siły ognia. Wraz ze wzrostem populacji wszystkich istot i rozwojem ich wzajemnych relacji, wioski i lasy zaczęły znów płonąć. Czucie poznało nowy rodzaj lęku, lęk przed cudzym szaleństwem. Strach przed niekontrolowanym ogniem, który przywróci planecie jej pierwotny porządek. Przed gromowładnym grzmotem, który przeszyje otchłań i wywoła gorący deszcz. Przed ulewą, która rozpuści prochy pozostałe po cywilizacji.

(Trafia do kontenera Proza)

Syny innej matki

Likwidacja pomnika Matki Polki w Sejnach stanowi symboliczny wyraz głębokiej pogardy, jaką ludzie PiS darzą kobiety i ich prawa.
Przez pokolenia nadawanie tego imienia obiektom, pomnikom, ulicom, skwerom i parkom stanowiło hołd dla poświęcenia pokoleń polskich matek, które oddawały swoje dzieci, na wszystkich frontach, sprawie wyzwolenia ojczyzny.
Usunięciem monumentu, który stanowił jeden z symboli Sejn, PiS już nawet nie posunął się o krok za daleko, to jest o maraton za daleko.
Wiersz Adama Mickiewicza (Do Matki Polki) powstał w 1830 roku i stanowił romantyczne wezwanie do polskich matek, aby przygotowywały swoich synów na nadchodzące cierpienia.
Wszystko wskazuje na to, że ludzie, którzy sprawują władzę, całą historię chcą napisać na nowo, po swojemu. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Polacy, tak podobno przywiązani do wolności, wciąż na to się godzą.
Sprawa “dekomunizacji” najpierw dotyczyła bohaterów PRLu, później zabitej na Pawiaku Hanki Sawickiej, Ludwika Waryńskiego (sic!), a teraz przyszła kolej na Adama Mickiewicza. Na 100 procent następny do wymazania będzie „antykatolicki mason” Tadeusz Kościuszko (zresztą już znika z historii).
Na samym końcu może się okazać, że to Lech Kaczyński z wielkim kniaziem Jarosławem pokonali Niemców pod Grunwaldem, a ich matka naprawdę miała na imię Dobrawa.
Kim są więc ludzie, którzy tak bardzo nienawidzą Polski i Polaków? Mroczne siły, które wycinają Puszczę Białowieską, wpuszczają do kraju obce wojska (Konrad Mazowiecki na te same tereny zaprosił Krzyżaków), burzą pomniki i dzielą ludzi na sorty.
Ta skrajnie niebezpieczna polityczno-religijna sekta wmówiła Polakom, że jej celem jest prawo, sprawiedliwość i patriotyzm. W rzeczywistości aktualnie Polska nie ma większych wrogów niż, spychający kraj na margines Europy rząd PiS. A ludzie są niezmiennie ślepi, nie widzą, gdy przed kamerami TVP wilk przebiera się w skórę owieczki.

(Trafia do kontenera Aktywizm niepoprawny)

Gdy natura będzie Bogiem

Po stuleciach traktowania Ziemi jak darowany przez Boga, nieskończony magazyn surowców, znowu zaczynamy rozumieć ją jako organizm, od którego w rzeczywistości jesteśmy zależni. Nie bez powodu świadomość ekologiczna pojawiła się w tych samych czasach, w których odrzucamy kreowane przez stare religie idee osobowych bóstw i pogrążając się w materializmie budujemy “cywilizację wygodnego życia”. Obydwa zjawiska – powrót do czasów, gdy “natura była Bogiem”, jak i erozja obecnego systemu mogą świadczyć o bliskości końca epoki. Stojąc za progiem XXI wieku, pośrodku pełnej plastykowych śmieci planety, paradoksalnie jesteśmy bardziej z nią zjednoczeni niż kiedykolwiek wcześniej w nowożytnej historii ludzkości.
Przywiązanie do spraw materialnych połączone z zagrożeniem naszej wygodnej egzystencji objawia się narastającą obawą przed skutkami destrukcyjnej działalności człowieka. Ten strach przed utratą doczesnego raju staje się coraz istotniejszym elementem wpływającym na zmianę naszych wartości. Bojąc się głodu, zmian klimatycznych i katastrof, których nie znały ostatnie pokolenia, w najbliższych latach w centrum globalnej uwagi coraz częściej będziemy stawiać losy Ziemi.
Wejście w następną epokę powinno się wiązać ze zmianą świadomości, która będzie ewoluować wraz z wymuszanymi przez naturę zmianami globalnego bytu.
Poszukiwanie nowych źródeł energii, pożywienia, nowych sposobów przeżycia, w dobie ekologicznej destrukcji wymusi na ludziach, aby stali się bardziej kompatybilni z planetą, aby zrozumieli ją lepiej. Widmo globalnej katastrofy z czasem może również się stać czynnikiem pozytywnie wpływającym na współpracę międzynarodową.
Stająca w obliczu nowych wyzwań ludzkość zrodzi nowe idee, które wprowadzą ją w kolejną epokę. Nawet jeżeli z powodu braku odpowiedniego poziomu zrozumienia wciąż zmieniamy naszą planetę, możemy się spodziewać, że jej obronne mechanizmy zmienią i nas. Ewolucja z pewnością dostroi globalną świadomość do poziomu, który otworzy kolejny cykl w historii ludzkiej cywilizacji.

(Trafia do kontenera Notatki filozoficzne)