Trzy lata Warsztatu Tholda

Mijają trzy lata odkąd w internecie zagościł mój osobisty blog Warsztat Tholda. Z tej okazji zrobiłem sobie małe podsumowanie jego objętości. Na dzień dzisiejszy strona liczy sobie 756 919 znaków, co przekłada się na 420 stron znormalizowanego maszynopisu w formacie A4 – czyli mniej więcej tyle, ile liczyłaby sobie zawierająca ponad 1000 stron książka. Zresztą w Warsztacie Tholda znajdziecie też obydwie małe, wydane dawniej publikacje książkowe, oraz artykuły, które publikowałem na łamach rozmaitych, czasem egzotycznych czasopism. Jako że przeważnie piszę pod pseudonimem, tylko nieliczni czytelnicy wiedzieli, kto jest ich autorem.
Teksty są obecnie podzielone na 14 działów – do tego dochodzą jeszcze opracowania graficzne oraz filmy. Oczywiście nie wszystko powstało w przeciągu ostatnich trzech lat – myślę, że większość treści jest znacznie starsza i obejmuje szeroki zakres zagadnień tematycznych.
Znajdziecie tu zarówno reportaże z podróży, politykę, duchowość, filozofię, a nawet poezję. Priorytetem jest dla mnie, aby artykuły, które “wrzucam na warsztat” były twórcze, mojego autorstwa, wnoszące jakąś nową myśl, nie zaś odtwórcze bądź powielające cudze opinie. Z tego też powodu na stronie nie publikuję często – mniej przemyślane i słabiej opracowane treści pozostawiając odmętom mediów społecznościowych.
Po co to wszystko? Uważam, że w pierwszej kolejności piszę dla siebie – aby zachować osobiste przemyślenia, ulotne myśli, które goszczą na chwilę, by następnie bezpowrotnie uciec z głowy. Dopiero w drugiej kolejności piszę dla odbiorcy – w tym wypadku moje intencje są jasne – “lepię z myśli”, aby w ten sposób “nieść światło” – prowokować do samodzielnego myślenia, przybliżać upadek starej oraz nastanie nowej epoki.
Nie zależy mi na popularności, nie boję się więc pisać rzeczy kontrowersyjnych, które mogą zostać uznane za niepoprawne politycznie czy wręcz obrazoburcze…
Zauważyłem, że odkąd pojawił się Warsztat Tholda stałem się też persona non grata na łamach mediów, które wcześniej chętnie publikowały moje treści. Starając się myśleć niezależnie, naraziłem się zarówno lewicy, jak i prawicy oraz centrum popadając na równi w niełaskę ateistów, oraz wyznawców rozmaitych religii.
Czy warto więc poświęcać wolny czas na coś, co nie przynosi ani pieniędzy, ani popularności? Tak, zdecydowanie warto. Zapraszam do lektury!

W krainie Sikhów.

W ostatnim czasie nie wrzucałem materiałów na Warsztat Tholda. A to dlatego, że opracowywałem serię tekstów do nowego działu Świątynie Świata. W założeniu ma być to seria krótkich, ilustrowanych zdjęciami notatek z ciekawych świątyń rozmaitych wyznań, z różnych krajów świata.

Zaczynijmy więc od Sikhów.

Sikhizm to jedna z najciekawszych religii współczesnego świata, którą wyznaje łącznie 27 mln ludzi – w większości zamieszkujących indyjską prowincję Pendżab. Założycielem sikhizmu był żyjący na przełomie XV i XVI wieku Guru Nanak, który podczas medytacji zrozumiał, że Bóg nie odpowiada ani koncepcji hinduskiej, ani też muzułmańskiej (Nanak był nawróconym na islam Hindusem).
Sikhowie, choć noszą ozdobne miecze, użyć ich mogą jedynie, kiedy słabszym dzieje się krzywda. Jako pierwsi masowo odrzucili podział kastowy, zmieniając nazwiska – łatwo więc jest ich rozpoznać, nie tylko po turbanach, ale też po tym, że tradycyjnie mężczyzna nosi nazwisko Singh (lew) a kobieta Kaur (księżniczka).
Sikhizm nie posiada ścisłej liturgii, a aktywność religijna wyznawców koncentruje się na czytaniu świętej księgi zwanej Sri Guru Granth Sahib (jej oryginał znajduje się w Złotej Świątyni w Amritsarze). Zakazane jest też istnienie etatowego kleru.
Z założenia sikhizm ma na celu łączenie nie zaś podział ludzi, tak więc boga można nazywać dowolnie – Wisznu, Allah, Jahwe – jakkolwiek.

Czytaj dalej W krainie Sikhów.

Nikt nie obroni demokracji.

Wybory prezydenckie w Polsce wykazały, że reżim PiS sam w sobie nie stanowi zagrożenia dla demokracji. Jest on znakiem, że nowożytna demokracja weszła w agonalną fazę populizmu.
System, który w założeniach nadając masom podmiotowość, miał przekazać władzę w ręce ich najlepszych przedstawicieli, na naszych oczach przestaje działać.
Na całym świecie mężów stanu, zastępują popularni w danej chwili i wymieniani “po zużyciu” idole. Niegdysiejsze programy wyborcze, są podmieniane na bełkot doraźnych obietnic, a wielkie idee ustępują miejsca zarządzaniu strachem.
Język, którym operują populiści, jest wewnętrznie sprzeczną mieszanką absurdalnych lęków z przekonaniem o własnej wyższości.
W świecie zachodniej demokracji proces “idolizacji” polityki zaczął się już wcześniej, w drugiej połowie XX stulecia.
Najpierw ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Ghanie została Shirley Temple, następnie Ronald Reagan prezydentem kraju. Ten model spodobał się ludowi i został rozwleczony po świecie wraz z obowiązkowym pakietem zasad amerykańskiej demokracji. Obecnie globalna lista celebrytów, którzy “awansowali” do bycia wpływowymi politykami, liczy co najmniej kilkaset nazwisk.
Jeszcze dwie dekady temu celebryci byli powszechnie zatrudniani do wspierania polityków w kampaniach wyborczych. Współcześnie z podobną częstotliwością zatrudnia się ich do bycia politykami. Działa to też w drugą stronę, wystawianych w wyborach zawodowych polityków media kreują na celebrytów.
Celebryta nie musi być uzdolnionym aktorem lub piosenkarzem, wystarczy, aby był znany z bycia sławnym. Profity ze swojej sławy czerpie tak długo, jak długo jest o nim głośno.
Nie bez przyczyny sztab wyborczy Andrzeja Dudy, doradził mu kompromitujące rapsy na temat mierzenia się z “ostrym cieniem mgły”.
Bycie miernym nie przeszkadza w byciu sławnym, nie stanowi więc i przeszkody w byciu prezydentem.

Czytaj dalej Nikt nie obroni demokracji.

Niezapłacony rachunek Zachodu, a sprawa polska.

Duch antyrasistowskich protestów, których iskrą zapalną było brutalne zamordowanie przez policję George’a Floyda, rozlewa się na pozostałe państwa świata, które swój dobrobyt zbudowały na podbojach i niewolnictwie.
Czarnoskóre dzieci z Konga jeszcze w 1958 r. można było oglądać w brukselskim “ludzkim zoo”, a do 1964 roku w Stanach Zjednoczonych Afroamerykanie nie mieli praw przysługujących człowiekowi.
Trwająca od kilku dekad walka o podmiotowość mniejszości wciąż spotyka się z brakiem zrozumienia ze strony białej większości.
Jak pokazały ostatnie wydarzenia, odpowiedzią na protesty wciąż są przemoc oraz polityczne represje. Zamiast refleksji nad “trupem ukrytym w szafie” światowych potęg pojawiają się nowe oskarżenia, w tym o… terroryzm.
Jedynie nieliczni mundurowi, robią to, co w tej sytuacji robić powinni, symbolicznie wyrażając solidarność z manifestantami, zapobiegają eskalacji wydarzeń, do czego zostali powołani i za co (nie za bicie) biorą pieniądze podatnika.
Lista zbrodniarzy po dziś dzień patrzących na świat z postumentów jest długa.
Otwiera ją patron katolickiego zakonu Krzysztof Kolumb (zakon “Rycerze Kolumba”), a zamyka Król Belgów Leopold II, który 150 lat temu karał Kongijczyków obcinaniem kończyn i eksterminował więcej ludzi niż Adolf Hitler.

Czytaj dalej Niezapłacony rachunek Zachodu, a sprawa polska.

Słodka herbata, gorzkie życie (2020)

“Słodka herbata i gorzkie życie” to ostatni polski dokument poświęcony największemu na świecie obozowi dla uchodźców w Cox Bazar, który został zrealizowany przed wybuchem epidemii Covid 19. Produkcja “od kuchni” pokazuje życie uchodźców w Bangladeszu, ma na celu zapoznanie „człowieka – widza”, z „człowiekiem – uchodźcą”, ukazując “ludzki” aspekt problemu. Film powstał w wyniku zgodnej współpracy dziennikarskiej osób o różnych poglądach i wyznających różne wartości. Dokument jest całkowicie niezależny, to znaczy finansowany z prywatnych środków twórców, nie przez jakikolwiek rząd lub organizację i udostępniony na wolnej licencji. Materiał ma charakter informacyjny, a jednym z priorytetów przy jego tworzeniu było zachowanie wysokich standardów etycznego i obiektywnego dziennikarstwa. Film przypomina, że we współczesnym świecie każdy jego mieszkaniec, w wyniku niezależnych okoliczności może niespodziewanie stać się uchodźcą.

Naturalny koronawirus w nienaturalnym świecie

Od początku epidemii w Szwecji na 2941 wszystkich zgonów spowodowanych koronawirusem, zmarło jedynie 365 osób poniżej 70 roku życia co daje liczbę 12,5% (dane z 6 maja 2020).
Jeszcze do niedawna przewidywalna długość życia szwedzkich mężczyzn wynosiła 81, a kobiet 84 lata. Nowy, postwirusowy świat prawdopodobnie zweryfikuje historyczne osiągnięcia Cywilizacji Zachodu, która w XX wieku zgrabnie potrafiła godzić starość z dobrobytem oraz zorganizowanym systemem opieki długoterminowej.
Przez dziesięciolecia nikt nie spodziewał się dnia, w którym zdobycze cywilizacyjne staną pod znakiem zapytania. Tymczasem największy problem z umieralnością mają dziś teoretycznie najlepiej przygotowane, posiadające wyspecjalizowany personel domy starców.
W dniu, w którym to piszę, koronawirus dotarł do połowy szwedzkich domów opieki (212 na 400 w Sztokholmie, 21 na 41 w Sörmland) zbierając w nich śmiertelne żniwo.
Co ciekawe tyle samo zgonów w domach opieki, co niewprowadzająca twardych ograniczeń Szwecja, notują Wielka Brytania, Irlandia i Belgia, które nałożyły restrykcyjny lockdown na swoich obywateli.
Pośród licznych pytań o przyczynę epidemii oraz mniej lub bardziej prawdopodobnych odpowiedzi, aspekt naturalnego pochodzenia zagrożenia pojawia się jedynie w kontekście samego wirusa, nie zaś stylu życia obywateli zachodu.
Niewielu poszukuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego biedniejsze regiony świata wydają się przechodzić epidemię lżej, podczas gdy te bogatsze, w panice zamykają obywateli w domach, skazując na upadek całe sektory gospodarki.
Odzwyczajonym od chorób i widoku śmierci ludziom Zachodu ciężko jest zaakceptować nawet naturalne pochodzenie koronawirusa. Nie dopuszczają do siebie myśli, że błąd leży nie w laboratorium, lecz w nas samych, że natura nie przewidziała sytuacji, w której w oderwaniu od rodzin, w jednym budynku gnieździ się kilkudziesięciu staruszków.

Czytaj dalej Naturalny koronawirus w nienaturalnym świecie

„Duchowość” poukładana

Religia nie jest wiarą. Religia jest punktem widzenia na wiarę. Religia występuje w postaci materialnej, podczas gdy wiara jest niematerialna. To, co nazywamy wiarą, stanowi osobisty sposób pojmowania rzeczywistości, nadania prawdopodobieństwa temu, co wykracza poza materialne zrozumienie.
Religia jest czymś zgoła odwrotnym. Na poziomie materialnym wpaja jednostce zbiorowy punkt widzenia, ingerując w osobiste życie duchowe człowieka, niejednokrotnie je zastępuje.

Po trzech latach, mniej lub bardziej haotycznego wrzucania treści, starannie poukładałem najbardziej odjechany dział na stronie – znaczy się “Duchowość”. Ojjjj rozmaitości tam czekają… na największych śmiałków oczywiście 😉 Miłej lektury życzę.

Wystraszyć koronawirusa

“To było wiele lat temu, jeszcze przed Czerwonymi Khmerami. Przyszła zaraza, podobna do koronawirusa. Babcia mówiła, że wtedy wszyscy przed domami stawiali kukły. I zaraza minęła.”
Tę historię opowiedział mi kolega, którego zapytałem o wystawiane przed wiejskimi domami strachy na wróble.
W Kambodży, gdzie jak dotąd przypadków zarażenia koronawirusem jest stosunkowo niewiele, tradycja stawiania kukieł jest znacznie starsza niż babcia kolegi.
Tutaj każda świątynia, każda osada, farma czy domostwo ma swojego opiekuna, stróża, który otacza opieką mieszkańców. Wiejskich pagód wciąż strzegą duchy, które w nich były, zanim pierwsi buddyjscy mnisi postawili odcisk bosej stopy. Ochronną funkcję pełnią też strzegące bram angkoriańskich świątyń lwy i wężokształtni nagowie.
Kamienne lwy z lśniącymi w słońcu złotymi ogonami, przez pięć stuleci skutecznie odstraszały złe duchy oraz choroby, które czyhały na władców Imperium Angkoru.
Zwykłym ludziom na co dzień nadzwyczajna ochrona nie jest potrzebna. Zasadniczo jakiś owoc, odrobina kawy czy kadzidełko zapalone w przydomowej kapliczce rozwiązuje sprawę.
Inaczej jest w czasach zarazy, głodu czy wojny, które to plagi w przeszłości nie oszczędzały “królestwa uśmiechu”.
Oczywiste jest, że jeżeli taki duch, niematerialny opiekun miejsca, dostanie materialne “ciało” to w trudnych czasach z całą swą mocą stanie na posterunku.
Mój kolega, światły przedstawiciel urodzonego po zakończeniu reżimu Pol Pota pokolenia tzw. baby boomu, kukły przed domem tym razem nie stawiał. Bynajmniej nie dlatego, że uważa to za głupotę, lecz z braku wewnętrznej potrzeby. Wspomniał jednak, że w dzieciństwie przynajmniej raz kukłę stawiali, a przed domem babci kilka dni temu pojawiła się ponownie. Taka jest pradawna tradycja.
W Kambodży ciężkie, pełne obaw czasy wyznaczają przydomowe “strachy na wróble”. W noworoczny, rozpoczynający Rok Szczura oraz nowy cykl kalendarzowy, kwietniowy poranek napotkałem ich kilkanaście.
Szczęśliwego Nowego Roku!

Czytaj dalej Wystraszyć koronawirusa

Niedotykalni ze slumsów Mumbaju

Funkcjonujący od tysiącleci w Indiach podział społeczeństwa na kasty sprawia, że jeżeli urodziłeś się biedny, to najprawdopodobniej biedny umrzesz. Sufit do przebicia masz twardy, bo przynależność do kasty jest wpisana w brzmienie twojego nazwiska, natomiast segregacja następuje już w okresie dzieciństwa.
I choć ci lepiej urodzeni najczęściej bagatelizują znaczenie, czy wręcz istnienie podziału kastowego to biedniejsi Hindusi mają na ten temat odmienne zdanie.
Wszystko, co mierzalne ma swą przyczynę i wywołuje jakiś skutek. Karma, czyli ciąg przyczynowo skutkowy, wychodzi poza granice życia i śmierci. Warunkuje też miejsce, w którym się rodzimy.
Moi, zwykle bagatelizujący podział kastowy koledzy są otwarci na świat, komunikatywni, używają mediów społecznościowych. W gronie „lajkujących” ich posty i zostawiających komentarze znajomych mają innych fajnych i otwartych ludzi. Najczęściej, mimowolnie jednak wywodzących się z tej samej lub równoległej im kasty. Niełatwo jest zatrzeć liczące tysiące lat podziały.
Finansowe centrum Indii oraz stolica miejscowej kinematografii – Bollywood, kontrastują z zalewającymi Bombaj slumsami, w których żyje łącznie 5,2 mln ludzi. I tu i tam, w dwóch równoległych światach, dwóch równoległych wymiarach jednocześnie toczy się życie.

Czytaj dalej Niedotykalni ze slumsów Mumbaju

GÓRNICY — po prawej czy po lewej stronie?

Samobójczy czyn podejmują górnicze związki zawodowe, które zamiast poszukiwania wspólnego języka z lewicą i ekologami, idą w objęcia prawicowych populistów. Broniący miejsc pracy górnicy znakomicie wpisują się w negującą ocieplenie klimatu retorykę wielkich koncernów oraz polityków prawicy.
W rzeczywistości wydobycie węgla stanowi dla państwa dojną krowę. Krowę, która w postaci podatków od spółek górniczych rok rocznie daje ponad 5 miliardów złotych do budżetu.
Kwota podwaja się, jeżeli do najwyższej, 23% sztywnej stawki VAT, którą obłożony jest węgiel, akcyzy, podatku dochodowego od osób prawnych, oraz opłat i kar związanych z ekologią, dodamy jeszcze opłaty na rzecz samorządów lokalnych oraz “ZUSy” i płacony przez kopalnie podatek dochodowy od osób fizycznych.
Warto pamiętać, że surowce naturalne należą do całego społeczeństwa, więc to państwo, samorządy i wspólnoty lokalne, nie zaś międzynarodowe korporacje mają czerpać profity z ich wydobycia. Zasada wysokiego opodatkowania kopalń nie powinna zatem dziwić.
Dziwi raczej miłość, jaką reprezentujące pracowników związki zapałały do swych pracodawców i podatkobiorców zarazem.

Czytaj dalej GÓRNICY — po prawej czy po lewej stronie?