Opowieści Wody, Ognia, Ziemi i Powietrza

W otchłani rozległ się gromowładny grzmot, wraz z nieznaną dotąd jasnością zmieniła się temperatura. Na skorupę skalną spadł ulewny, gorący deszcz. Padał on krótko, lecz jego siła była wystarczająca, aby wypełnić wszelkie zagłębienia. Całą powierzchnię planety ogarnął bezkresny ocean.
Wnikająca w najgłębsze szczeliny woda zrodziła pojęcie głębi. Zalewając planetę, pokochała ją, wtuliła się w jej każdy zakamarek. Wyścieliła zazdrośnie dno warstwą, której nic nie umknie i która strzeże jego tajemnice, odkrywając jedynie płaską taflę powierzchni.
Spokojna, niezmącona niczym i bezkresna woda stała się mokrym dziedzictwem ulewnego deszczu. W niewzruszonej stabilności oceanu deszcz zyskał swą konkretną formę, ograniczoną jedynie dnem powoli rozpuszczanej materii.
Głębia stała się ciemna, chłodna i nieznana, otchłań zaś jasna i gorąca. Jako dziecko ciepła i chłodu zerwał się wiatr, a stanowiące granicę, przewidywalne dotąd lustro wody zajęły fale. Wiatr zmącił wodę, zmieszał jej głębiny, wytworzył prądy i nadał wodzie inteligencji. Odtąd głębia stała się nie tylko tajemnicza, ale i nieprzewidywalna.
Erodujące dno zaczęło się mieszać z wodą, wzbogacając ją o mikroelementy. Skalne pierwiastki będące syntezą wszystkich żywiołów nadały jej swego charakteru. W miłosnej ekstazie dokonała się wymiana, integracja wody z materią. Wzbogacona prochem woda stała się uniwersalnym nośnikiem wszystkich istniejących pierwiastków. Rodzajem kodu zdolnym przenosić skały w ich zaszyfrowanej mikroskopijnej wartości.
Nie było w owych czasach bardziej porywczej siły niż powstały na granicy głębi i otchłani porywisty wiatr. Niepowstrzymany niczym na swojej drodze, w tempie błyskawicy przemierzał z jednego krańca planety na drugi. I ustawał tak samo nagle, jak i nagle zrywał się do lotu.
Jedyną barierą, której wiatr nie mógł pokonać była woda. Mącona nagłą porywczą siłą zdradzała moc wiatru, podgrzana ciepłem otchłani nadawała mu wilgotnego ciężaru.
Unosząc się w przestworzach, białymi smugami chmur, woda zapisywała jego kierunek.
Zrozumiany wiatr zakończył erę swojej nieprzewidywalności, poczuł się dotknięty zdemaskowaniem kierunku oraz siły.
Ukrył więc w swej niewidzialnej formie wykradzione wodzie składniki i począł nazywać się powietrzem. Odtąd znów stał się nieobliczalny i nieznany, latał jednocześnie w tylu kierunkach, z ilu miejsc niegdyś woda wypłukała ukrywane przez niego pierwiastki.
W wielu miejscach gromadził się niesiony prądami wodnymi proch z rozpuszczonych skał, z czasem przybierając formę błotnych pagórków. Stanowiły one irytującą przeszkodę dla wiatru, który nie mógł się przez nie przebić. Dął więc ze wściekłością w ich kierunku, aby je zniszczyć. Jednak one, zamiast zniknąć z powierzchni wody, zaczęły powoli wysychać. Silne powiewy wiatru dodatkowo wypierały wodę, oddzielając ją od zerodowanej powierzchni skalnej.
Kiedy powstające z mineralnego prochu wyspy stały się już odpowiednio wysokie i twarde, ich szczyty zaczęły przyciągać błyskawice. Wynurzające się z wody góry stanowiły zwieńczenie szorstkiej interakcji żywiołów. Praca przynosi efekty. Jeżeli włożyło się w nią odpowiednią siłę.
Woda uparcie wdzierała się na ziemię, nawilżając ją swoją życiodajną mocą. Z prochu zaczęło wyłaniać się życie. W jałowym dotychczas świecie pojawiło się czucie, w swej naturze związane z materią, wykazujące jednak cechy wszystkich elementów, z których zostało zrodzone. Czucie zawarło w sobie głębię wody, twardość minerałów, ciepło otchłani i nieobliczalność wiatru.
Wicher, znawca wszystkich krańców planety, dawał o sobie znać rozrzucając nasiona, pyłki i ikrę po całej jej powierzchni. Wędrując w ten sposób po świecie, czucie wzbogaciło się o wiedzę. Coraz to inteligentniejsze organizmy, zdane na łaskę i niełaskę żywiołów rozpoczęły naukę sztuki dostosowywania się do zmiennych warunków.
Najsilniejsze, najbardziej zaawansowane z organizmów zapanowały więc nad ziemią. Troska o zapewnienie bytu zajęła miejsce pamięci o własnym pochodzeniu. I jedynie strach przed nieuchronnym obróceniem się w proch przypominał o tym, skąd wszystko wzięło swój początek.
Gdy rozlegały się grzmoty, zaczynały płonąć lasy i osady. Jedna chwila potrafiła przywrócić pierwotną formę prochu rzeczom, które powstawały przez dziesięciolecia. Nagłe zjawiska atmosferyczne, stały się punktami odmierzającymi czas, wyznaczającymi cykle odradzania i śmierci, za każdym razem wymuszając działanie.
Jedynie woda pozostawała niewzruszona wobec niszczycielskiej siły ognia. Nadawała mu granice, stanowiła dla niego nieprzekraczalną barierę. Dwa pozornie skrajne elementy, dwie nieokiełznane siły, które jako jedyne potrafią okiełznać się nawzajem. Kobieta i mężczyzna, Yang i Yin. Tylko ci, którzy zrozumieją ich działanie, będą w stanie przetrwać w świecie istniejącym dzięki ich równowadze.
Najinteligentniejsze organizmy planety nauczyły się z korzyścią dla siebie używać niszczycielskiej siły ognia. Wraz ze wzrostem populacji wszystkich istot i rozwojem ich wzajemnych relacji, wioski i lasy zaczęły znów płonąć. Czucie poznało nowy rodzaj lęku, lęk przed cudzym szaleństwem. Strach przed niekontrolowanym ogniem, który przywróci planecie jej pierwotny porządek. Przed gromowładnym grzmotem, który przeszyje otchłań i wywoła gorący deszcz. Przed ulewą, która rozpuści prochy pozostałe po cywilizacji.

(Trafia do kontenera Proza)

Syny innej matki

Likwidacja pomnika Matki Polki w Sejnach stanowi symboliczny wyraz głębokiej pogardy, jaką ludzie PiS darzą kobiety i ich prawa.
Przez pokolenia nadawanie tego imienia obiektom, pomnikom, ulicom, skwerom i parkom stanowiło hołd dla poświęcenia pokoleń polskich matek, które oddawały swoje dzieci, na wszystkich frontach, sprawie wyzwolenia ojczyzny.
Usunięciem monumentu, który stanowił jeden z symboli Sejn, PiS już nawet nie posunął się o krok za daleko, to jest o maraton za daleko.
Wiersz Adama Mickiewicza (Do Matki Polki) powstał w 1830 roku i stanowił romantyczne wezwanie do polskich matek, aby przygotowywały swoich synów na nadchodzące cierpienia.
Wszystko wskazuje na to, że ludzie, którzy sprawują władzę, całą historię chcą napisać na nowo, po swojemu. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Polacy, tak podobno przywiązani do wolności, wciąż na to się godzą.
Sprawa “dekomunizacji” najpierw dotyczyła bohaterów PRLu, później zabitej na Pawiaku Hanki Sawickiej, Ludwika Waryńskiego (sic!), a teraz przyszła kolej na Adama Mickiewicza. Na 100 procent następny do wymazania będzie „antykatolicki mason” Tadeusz Kościuszko (zresztą już znika z historii).
Na samym końcu może się okazać, że to Lech Kaczyński z wielkim kniaziem Jarosławem pokonali Niemców pod Grunwaldem, a ich matka naprawdę miała na imię Dobrawa.
Kim są więc ludzie, którzy tak bardzo nienawidzą Polski i Polaków? Mroczne siły, które wycinają Puszczę Białowieską, wpuszczają do kraju obce wojska (Konrad Mazowiecki na te same tereny zaprosił Krzyżaków), burzą pomniki i dzielą ludzi na sorty.
Ta skrajnie niebezpieczna polityczno-religijna sekta wmówiła Polakom, że jej celem jest prawo, sprawiedliwość i patriotyzm. W rzeczywistości aktualnie Polska nie ma większych wrogów niż, spychający kraj na margines Europy rząd PiS. A ludzie są niezmiennie ślepi, nie widzą, gdy przed kamerami TVP wilk przebiera się w skórę owieczki.

(Trafia do kontenera Aktywizm niepoprawny)

Gdy natura będzie Bogiem

Po stuleciach traktowania Ziemi jak darowany przez Boga, nieskończony magazyn surowców, znowu zaczynamy rozumieć ją jako organizm, od którego w rzeczywistości jesteśmy zależni. Nie bez powodu świadomość ekologiczna pojawiła się w tych samych czasach, w których odrzucamy kreowane przez stare religie idee osobowych bóstw i pogrążając się w materializmie budujemy “cywilizację wygodnego życia”. Obydwa zjawiska – powrót do czasów, gdy “natura była Bogiem”, jak i erozja obecnego systemu mogą świadczyć o bliskości końca epoki. Stojąc za progiem XXI wieku, pośrodku pełnej plastykowych śmieci planety, paradoksalnie jesteśmy bardziej z nią zjednoczeni niż kiedykolwiek wcześniej w nowożytnej historii ludzkości.
Przywiązanie do spraw materialnych połączone z zagrożeniem naszej wygodnej egzystencji objawia się narastającą obawą przed skutkami destrukcyjnej działalności człowieka. Ten strach przed utratą doczesnego raju staje się coraz istotniejszym elementem wpływającym na zmianę naszych wartości. Bojąc się głodu, zmian klimatycznych i katastrof, których nie znały ostatnie pokolenia, w najbliższych latach w centrum globalnej uwagi coraz częściej będziemy stawiać losy Ziemi.
Wejście w następną epokę powinno się wiązać ze zmianą świadomości, która będzie ewoluować wraz z wymuszanymi przez naturę zmianami globalnego bytu.
Poszukiwanie nowych źródeł energii, pożywienia, nowych sposobów przeżycia, w dobie ekologicznej destrukcji wymusi na ludziach, aby stali się bardziej kompatybilni z planetą, aby zrozumieli ją lepiej. Widmo globalnej katastrofy z czasem może również się stać czynnikiem pozytywnie wpływającym na współpracę międzynarodową.
Stająca w obliczu nowych wyzwań ludzkość zrodzi nowe idee, które wprowadzą ją w kolejną epokę. Nawet jeżeli z powodu braku odpowiedniego poziomu zrozumienia wciąż zmieniamy naszą planetę, możemy się spodziewać, że jej obronne mechanizmy zmienią i nas. Ewolucja z pewnością dostroi globalną świadomość do poziomu, który otworzy kolejny cykl w historii ludzkiej cywilizacji.

(Trafia do kontenera Notatki filozoficzne)

A gdy Bóg umrze.

,,Gdzie byłeś Boże?”
– Benedykt XVI w Auschwitz-Birkenau

Czasem narodzin populizmów jest etap, w którym na terenie państwa dojrzewa społeczna świadomość kończącej się epoki. Zmierzchu cywilizacji, która przeszła przez większość cykli i w swoim ostatnim stadium naiwnie ufa, że choć utraciła dawną energię, w łatwy sposób uda się jej zachować potęgę. Demagodzy oraz ideologie (w rzeczywistości każda ideologia jest zbiorem obietnic demagogów) oferują namiastkę oświecenia – proste recepty na trudne problemy końca epoki.
Faszyzm, rozmaite dyktatury, szaleństwa komunistycznych dewiantów, religijni fanatycy, polityczni „cudotwórcy” — oni wszyscy stanowią ostatni odruch kończącego się ładu. Obronną reakcję zardzewiałego mechanizmu, z natury rzeczy nietolerancyjną i brutalną.
Nadążające z coraz to większym trudem za zmieniającym się światem “stare imperia” nie są w stanie brać udziału w żadnym innym wyścigu niż wyścig zbrojeń, która to metoda pozostała z czasów ich niedawnej świetności. Nie są w stanie tworzyć nic wielkiego, poza show-biznesem, spekulacją i przemysłem zbrojeniowym.
Zachodnie społeczeństwa wydają się stać o krok od punktu, w którym mnogość problemów doprowadzi do zniszczenia znanych nam struktur politycznych i społecznych.
Jak uczy historia, rządy populistów zwykle stanowią oznakę nadchodzących konfliktów. Jednocześnie efektem każdej z wielkich XX-wiecznych wojen było narodzenie się nowego ładu.
Rezultatem zsumowanych konfliktów XX i XXI wieku będzie zatem wyłonienie się nowej, stanowiącej wynik dotychczasowych bolesnych doświadczeń epoki.
Wszystko wskazuje na to, że rządy populistów na drodze konfliktu zakończą czasy wielkich religii, tak samo, jak wojny nieudolnych cesarzy zakończyły okres panowania bóstw Imperium Rzymskiego.
Remedium na populizm może się stać silny powiew nowej myśli, która zapewni stabilizację w rozrywanym wojnami świecie. Prawdopodobnie zajmie ona miejsce znanego nam porządku z powodów podobnych do tych, dla których w IV wieku Konstantyn zaakceptował, a Teodozjusz ogłosił religią państwową chrześcijaństwo. Zmęczona poprzednim cyklem ludzkość wejdzie w okres nowego ładu.

(Trafia do kontenera Notatki filozoficzne)

Krótka bajka o topielcu

Gwałtowna burza po brzegi wypełnia deszczem kielich. W jego wnętrzu świadomą ofiarę z samego siebie składa topielec. Znakomicie zna powód, dla którego znalazł się w tak niekomfortowym położeniu. Myśli topielca osiągnęły swoje ostateczne stadium. Nie ma wczoraj, istnieje tylko zmieniające się teraz. Pomimo niedogodności czerpie z wody spokój. W miarę podnoszenia jej poziomu celebruje swoją podróż, która trwa w bezruchu. Wyczekuje chwili, gdy moc rozpuszczania zmiesza krew z wszechogarniającą go cieczą. Wówczas dopełni się ofiara, której krople użyźnią ziemię i staną się składnikiem dającego nowe życie nasienia. Odrodzi się topielec w niezliczonych postaciach, przybierając niewidzialną formę wodnych myśli. W nieskończoność będą one napełniać kielich, stając się częścią ofiary przyszłych pokoleń topielców.

(trafia do kontenera Proza)

Przywódcy z lenistwa

Cechą wspólną wszystkich totalitaryzmów jest to, że u ich podnóża leży usprawiedliwione odpowiednią ideą lenistwo.
Idee przyswajalne dla ludzi leniwych muszą się opierać na obietnicy szczęśliwego i lżejszego życia, nie być zbyt skomplikowane ani wymagające. Szczególnie skuteczny jest przekaz dodatkowo podszyty strachem oraz poczuciem krzywdy. W ten sposób rozchwiany pomiędzy dwoma skrajnymi stanami emocjonalnymi umysł traci zdolność trzeźwej oceny i łatwo popada w fanatyzm. Jako że dobra są ograniczone, jeszcze nie znalazł się populista, który by obiecywał dobrobyt wszystkim ludziom bez wyjątku. W tej konstrukcji nawet najgłupszy i rozleniwiony element lepszej większości (rozumianej jako 50% plus jeden głos) ma prawo czuć się bardziej wartościowym od dowolnie zdefiniowanego “gorszego sortu”.
W przyrodzie słabe organizmy są podatne na choroby przyspieszające zakończenie ich cyklu życia, w analogiczny sposób kończą się cywilizacje.
W drugiej połowie XX stulecia społeczeństwa zachodnie osiągnęły średni poziom zamożności nieznany dotąd historii ludzkości. W cieniu tego sukcesu wyrastał gniew poszkodowanej większości, która wykorzystując na własną korzyść mechanizmy zmieniające świat w globalną wioskę, szybko zaczęła odzyskiwać podmiotowość. Nie jest przypadkiem, że koniec hegemonii Zachodu zbiega się w czasie z falą populistycznych liderów przejmujących stery w dostatniejszych państwach świata. To jest gniew pokoleń wychowanych w przekonaniu, że to, co posiadali ich rodzice stanowi absolutne minimum. Współczesny populizm jest głosem ludzi rozgoryczonych faktem, że podłoga okazała się sufitem, a wykreowany w mediach raj dalece odbiega od realiów, o których przypominają im przybywający z dalekich stron uchodźcy.
Polityczne ekstremizmy są złudzeniem, które nadal pozwala tkwić obywatelom Zachodu we śnie o własnej wielkości. Nowe, radykalne ruchy polityczne nie zachęcają swoich zwolenników, aby dostosowywali się do zmieniającego świata, zabrali się za pracę, inwestowali w naukę i żądali mniej.
Przedostatnim aktem starożytnego Rzymu było uzależnienie gospodarki od niewolnictwa. Nic nie wskazuje, aby młodzi Europejczycy z własnej woli obsadzili miejsca pracy oferowane imigrantom. Jednocześnie fundusze na naukę od lat przegrywają z finansowaniem kiełbasy wyborczej. Tymczasem bogactwo państw bierze się z pracy ich obywateli, a rozwój nauki determinuje los przyszłych pokoleń.
Jeszcze nie wiadomo jak będą wyglądały zgliszcza, które w przyszłości pozostawią po sobie tracący władzę populiści, ale raczej będą to zgliszcza….

(trafia do folderu Notatki filozoficzne)

Bramy piekielne

Kiedy przywołuję w pamięci swoją piękną talię kart, z posiadania której jestem zadowolony, w moim umyśle jednocześnie powstaje myśl, by sprawdzić, czy aby wszystkie kartoniki są na swoim miejscu. W ten sposób w momencie ekspresji dowolnego przywiązania na drugim biegunie rodzi się analogiczny w swoim rozmiarze zarodek lęku przed utratą stanu zadowolenia.
Zgodnie z naukami Buddy, pragnienia stanowią przyczynę wszystkich cierpień. Wielkie pragnienie oznacza wielkie cierpienie, jeżeli coś pójdzie niezgodnie z założeniem. Lęk przed utratą czegoś może urastać do niebotycznych rozmiarów i stoi u podnóża wszystkich zbrodni oraz łajdactw znanych historii ludzkości.
Uleganie przywiązaniu, to jak dmuchanie balonu. Balon ten, gdy osiąga rozmiar dmuchającego, wchłania go do środka, stając się krępującym, pełnym lęków oraz niezaspokojonych pragnień “piekłem”. Każdy z nas ma swój własny, niepowtarzalny punkt widzenia, więc i każdy z nas ma swoje własne piekło (lub piekła – zależnie od liczby “przepompowanych balonów”). Pielęgnujemy je i rozwijamy przez całe swoje życie, przypisując im później rozmaite kategorie: szaleństw, lęków, nałogów… Mityczne “bramy piekielne”, wyrastają więc z naszych osobistych pragnień oraz słabości – tu i teraz, nie w przyszłości, ale za życia. Tak jak nie istnieje żaden osobowy Diabeł (patrz wpis pt. Do Diabła), tak też nie istnieje piekło inne niż to, które na zasadzie prawa przyczyny i skutku sami sobie tworzymy.

(trafia do kontenera Duchowość)

Pięć Gwiazd Północy

Przerażający jest materiał filmowy z przejęcia władzy we Włoszech przez populistycznego premiera Giuseppe Conte. W osobie 77-letniego prezydenta Sergio Mattarell’ego staje przed oczami duch starego Paula von Hindenburga, który z przekonaniem, że narodowy socjalizm jest przejściowy, na Kanclerza Rzeszy powołał zwycięzcę wyborów, Adolfa Hitlera.
Ta ścieżka znowu się zaczyna, podobnie jak w latach trzydziestych XX wieku, wkraczają na nią dotknięte kryzysem i nastraszone “obcymi” społeczeństwa całej Europy.
Sojusz Ligii Północnej i Ruchu Pięciu Gwiazd mówi do ludu jego językiem, mówi o rzeczach, które lud “czuje”. Retoryka współczesnych populistów jest mieszaniną słusznych, chwytliwych postulatów ze stekiem bzdur, a wszystko starannie podszyte strachem i podlane mową nienawiści. Jedynie lud prosty (sprany), nastraszony, a do tego zradykalizowany może być tak ślepy, aby nie dostrzegać braku logicznej spójności pomiędzy obietnicami obniżenia podatków a jednoczesnym wzrostem zasiłków czy pomiędzy opuszczeniem strefy euro a przyjmowaniem przez Unię uchodźców z Włoch
Rok po zwycięskich wyborach, obiecując odnowę, niskie podatki i wysokie świadczenia Adolf Hitler proklamował w Poczdamie powstanie III Rzeszy.
Premier Conte już dzisiaj zapowiada narodzenie się III Republiki. Jaka będzie, zależy przede wszystkim od tego, czy uda jej się przetrwać. Jeżeli tak, to czy przejęcie władzy w Rzymie przez populistów uda się też przetrwać Unii Europejskiej… oraz samej Italii.

(tekst trafia do kontenera Aktywizm niepoprawny)

TELEGRAMY Z PODRÓŻY DO CHIN 

Telegramy z podróży z Kambodży, przez Tajlandię i Laos do Chin 2018

Jadąc z Kambodży do Chin starałem się robić zdawkowe relacje w mediach społecznościowych. Po powrocie zebrałem to do kupy, trochę poprawiłem i wyszła fantastyczna pamiątka, a dla czytelnika inspiracja do podróży.

9, 10, 11 kwietnia

Start. Znowu na szlaku. Czynimy to, co ludzie czynili od zawsze. Wędrujemy. Wędrówka od wycieczki różni się tym, czym gra RPG od potyczek w kółko i krzyżyk. Nigdy nie wiesz, na jakiej planszy się znajdziesz i jakie niespodzianki przygotował dla ciebie Wielki Architekt. Internetu może raczej nie być niż być. Pisząc te słowa z podłogi rozklekotanego, pozbawionego świateł minivana, wygód także bym się nie spodziewał. Lecz nie o wygody w wędrówce chodzi. Plan: z Kambodży do Tajlandii, Laotański Nowy Rok w Laosie no i po kilku latach powrót na chińską prowincję – tym razem Yunnan, Tama Trzech Przełomów, Syczuan i chiński Tybet. Kontakt w sprawach zawodowych i prywatnych przez jakiś czas będę miał ograniczony. Do zobaczenia po powrocie.
Update. Minivan bez świateł pośród ciemności, dzięki latarce dojechał do stolicy. Wchodzimy w tryb „lekko piwny”.

IMG_20180409_204724.jpg IMG_20180410_004434.jpg

Czytaj dalej TELEGRAMY Z PODRÓŻY DO CHIN