TELEGRAMY Z PODRÓŻY DO CHIN 

Telegramy z podróży z Kambodży, przez Tajlandię i Laos do Chin 2018

Jadąc z Kambodży do Chin starałem się robić zdawkowe relacje w mediach społecznościowych. Po powrocie zebrałem to do kupy, trochę poprawiłem i wyszła fantastyczna pamiątka, a dla czytelnika inspiracja do podróży.

9, 10, 11 kwietnia

Start. Znowu na szlaku. Czynimy to, co ludzie czynili od zawsze. Wędrujemy. Wędrówka od wycieczki różni się tym, czym gra RPG od potyczek w kółko i krzyżyk. Nigdy nie wiesz, na jakiej planszy się znajdziesz i jakie niespodzianki przygotował dla ciebie Wielki Architekt. Internetu może raczej nie być niż być. Pisząc te słowa z podłogi rozklekotanego, pozbawionego świateł minivana, wygód także bym się nie spodziewał. Lecz nie o wygody w wędrówce chodzi. Plan: z Kambodży do Tajlandii, Laotański Nowy Rok w Laosie no i po kilku latach powrót na chińską prowincję – tym razem Yunnan, Tama Trzech Przełomów, Syczuan i chiński Tybet. Kontakt w sprawach zawodowych i prywatnych przez jakiś czas będę miał ograniczony. Do zobaczenia po powrocie.
Update. Minivan bez świateł pośród ciemności, dzięki latarce dojechał do stolicy. Wchodzimy w tryb „lekko piwny”.

IMG_20180409_204724.jpg IMG_20180410_004434.jpg

12, 13 kwietnia

Sprawnie, ale z przygodami dotarliśmy do Laosu.
Reasumując. Tajlandii jak nie kochałem, tak jeszcze bardziej nie kocham. Piwo w ciągu dnia zamknięte jest w klatkach – aby lud wierny nie stroniącemu od używek (i skandali) królowi nie upijał się za wcześnie. Fajki drogie (palę okazyjnie). Inne używki? Zapomnij. Zachodni styl życia, konsumpcjonizm, obleśni biali tatusiowie z młodymi Azjatkami i wszechjaskrawa prostutucja wszelakich zachcianek. A to wszystko w kraju rządzonym przez armię oraz króla imprezowicza. Tym razem Bangkok znowu mnie zaskoczył. Przycupnęliśmy sobie tak normalnie w cieniu pod drzewkiem, aby zjeść jakiś zakupiony w 7eleven pożyw. No i nas pogonili, dwukrotnie, sprzątaczka raz, a drugim razem zaalarmowany przez kamery ochroniarz. Chcesz jeść biały człowieku – idź do restauracji. Warto dodać, że zdarzają się sytuacje, w których turysta może sobie pozwolić na więcej. Sytuacja na dworcu autobusowym, gdzie we wszystkich kilkudziesięciu kasach nas olewali, a biletów podobno nie było. „Wjeżdża” pod kasy taki bonzo w mundurze, wszyscy doookoła niego skaczą, kamery się uwijają, a pozostali mundurowi zapeklowani w wazelinie i gotowi do natychmiastowego skoku w dupę. I podchodzą tu znienacka do “cysorza” białe sieroty, skarżąc się, że kasa nieczynna choć powinna być czynna i ogólna lipa. Spierdolili atmosferę festiwalu. A na pewno spierdolili ją ubranemu na biało kierownikowi, który w ciągu 5 minut bilety wykopał spod ziemi.
Droga do granicy znacznie się wydłuża, gdy autobus psuje się na autostradzie a naprawa trwa 6 godzin. Tym razem podając bzdurne powody nie chcieli mnie też z tego kraju wypuścić (w końcu wypuścili), o straconych na granicy i w transporcie godzinach nie wspominając. W skrócie wjazd i wyjazd na innych paszportach + nieczynne biuro do “zatwierdzenia” pieczątki. Nieczynne na kilka dni.
W porównaniu z królestwem Tajów, Laos jawi się jako raj, gdzie czuję się jak w domku, w Kambodży. Tutaj można czuć się wolnym człowiekiem znów. Bez kamer i wszechobecnych gości w mundurach, którzy zjedzenie kanapki siedząc na chodniku traktują jako żebractwo… Vientiane, to miasto jest w pewnym sensie zjawiskowe, trochę jak prowincjonalne miasta w Kambodży. Niby stolica, city, a jednak jak dom. Szczęśliwego Nowego Roku!
Zaledwie chwilę zajęło, aby Laotańczycy zaprosili nas na noworoczne piwo. Wstaliśmy leniwie, a jedynym obowiązkiem na nas spoczywającym jest odebranie wizy do Chin. Powolny relaks i leżakowanie. Nawet w tuk tuku. Bardzo fajny kraj, bardzo fajnych ludzi. Klimaty jak w Kambodży – to co tygryski lubią najbardziej 🙂 Jutro ruszamy w stronę Państwa Środka.

IMG_20180412_112612.jpg IMG_20180412_123011.jpg IMG_20180413_091546.jpg IMG_20180411_105605.jpg

 

14 kwietnia

Happy New Year. Year of the dog. HAPPY KHMER NEW YEAR!

Każda przyczyna ma swój skutek, każdy skutek ma swoją przyczynę. Dziękujemy cudownej i pewnie najmniejszej na świecie Polonii za fantastyczny wieczór w stolicy. Wrócimy tu w maju na poprawkę. Dzisiaj autostopem dojechaliśmy do górskiego Vang Vien.
Laotański Nowy Rok niewiele odbiega od obchodów w Kambodży (znaczy się super). Po drodze (siedzielismy „na pace”), WSZECHOBECNY ŚMINGUS DYNGUS okazał się chłodzącym błogosławieństwem. Mieliśmy także okazję zwrócić się o protekcję do lokalnych duchów w pewnej magicznej świątynce. Finalnie oczywiście nie znaleźliśmy się w miejscu dedykowanym białym turystom, lecz w domu świetnego gościa (pracownik jednej z ambasad), który zorganizował nam podwózkę. Dom jest przy samej górskiej rzece, będącej raftingową atrakcją regionu. Wkrótce powstanie tu homestay z laotańską szkołą gotowania. Każda wyprawa to nowe doświadczenia ale i mimowolny study tour. Coś mi mówi, że do Laosu wrócę także zawodowo. Tak to już chyba jest, że sfera duchowa zawsze wyprzedza I determinuje to co robimy na innych płaszczyznach. Laos i Laotanczycy do mnie przemawiają, dokładnie z tych samych powodów dla których pokochałam Kambodżę.

IMG_20180414_090710.jpg IMG_20180414_134143.jpg IMG_20180414_173853.jpg IMG_20180414_134335.jpg

15 kwietnia

Dzień przywitaliśmy noworoczną ceremonią u lokalnej rodziny, gdzie dostaliśmy małe wprowadzenie w świat miejscowych duchów oraz mniejszości narodowych. Fantastyczne chwile, dobre jedzenie (m.in rodzaj sushi) i ten niepowtarzalny klimat, który poza laotańskimi ekspatami zrozumieją jedynie przybysze z Kambodży.
Następnie kilka godzin przebijaliśmy się przez góry (ziiiiimno), aby dotrzeć do Luang Prabang gdzie wszędzie trwa szalona impreza. Rano autostop do Państwa Środka, jest spora szansa, że uda nam się obejść chińskie zabezpieczenia Internetu i na bieżąco wrzucać krótkie relacje. Szczęśliwego Nowego Roku.

IMG_20180415_101345.jpg IMG_20180415_104751.jpg IMG_20180415_112615.jpg IMG_20180415_143252.jpg

16 kwietnia

W magiczny sposób, dzięki uprzejmości mnichów którzy, aby nas podwieźć, ekstra przejechali 300 kilometrów przez góry, już jesteśmy w Chinach. To była nie tylko wspaniała podróż, ale i lekcja… rozmawialiśmy o metodach medytacji, filozofii – Zachodu oraz Wschodu i czasach nam współczesnych. Tym bardziej że Budda skrzyżował nasze drogi z mnichami światłymi, podróżującymi po świecie oraz piszącym doktoraty. W tej chwili na naszym horyzoncie rysuje się plan spędzenia, choć trzech dni w pewnym tybetańskim klasztorze. Kontrola graniczna restrykcyjna, ale miła. Hotel tani i dobry a jedzenie… pyszne i dużo. Powrót po kilku latach na chińską prowincję już na dzień dobry uświadomił mi jak dynamicznie rozwija się ten kraj. Trafiliśmy do miasta Jinghong, do którego “z troski” o to, że nie złapiemy dalej stopa zawiozła nas chińska rodzinka. Głupio się opieraliśmy, bo Jinghong zdobył nasze serca. Miasto nad Mekongiem (w górnym biegu), w ciepłej strefie klimatycznej. Pełne streetfodów, które żyje przez całą dobę. O tym poziomie ogólnego rozwoju technologicznego Europa może dzisiaj tylko pomarzyć. W tej chwili udało mi się (po wielu próbach) połączyć z globalną siecią przez niemiecki adres ip, ale prawdopodobnie mogą być z tym problemy. Zresztą może i lepiej odciąć się na jakiś czas od Facebooka. Pozdrawiamy z Państwa Środka!

IMG_20180416_065858.jpg IMG_20180416_082115.jpg IMG_20180416_144756.jpg IMG_20180416_184555.jpg
IMG_20180417_192246.jpg IMG_20180417_192714.jpg IMG_20180417_190648.jpg IMG_20180417_185631.jpg IMG_20180417_193936.jpg IMG_20180417_192615.jpg

17, 18, 19 kwietnia

Autostopa do Kunming łapaliśmy na dwie tury. Pierwsza podwózka z młodą rodzinką z klasy średniej, on restaurator, ona pielęgniarka. Sympatyczni ludzie, porozumiewali się trochę po angielsku, resztę załatwiał translator w telefonie. Dosyć opornie poszukiwanie transportu szło przed bramkami wjazdowymi na autostradę w Puer. W końcu zatrzymał się kierowca, na którego czekaliśmy. Bezpośrednio do Kunming, samochód dla palących (Chińczycy palą fajki jak smoki). Jakieś 400 kilometrów jednym skokiem z bardzo fajnym gościem. Mijając rozległy farmland, który ma za zadanie zaspokoić rosnące potrzeby gastronomiczne ludności dojechaliśmy do miasta. Uff, Kunming robi wrażenie dużego miasta i rzeczywiście liczy sobie około 7 milionów mieszkańców. Dwóch z tych mieszkańców, czyli nasz kierowca i jego szef zaprosiło nas po przyjeździe na kolację. Dodam, chińską, sytą kolację, w restauracji, która daje dobry wgląd w codzienność miejscowego mieszczaństwa. Bardzo przyjemna atmosfera, wyśmienite jedzenie – podawane na zasadzie kilku talerzy do podziału. Oczywiście jesteśmy w Junnan, więc herbatka. Oczywiście kolacja z piwem. Kulturowo piwo w Chinach ma się świetnie. “Wellcome in Kunminng, China.”, usłyszeliśmy, od jednego z chłopaków, który nie chciał pieniędzy za nocleg w należącym do niego (nota bene bardzo dobrym) hotelu.
Rano metro, cały dzień zwiedzania na przysłowiowej “petardzie” i nocny pociąg do „największego miasta świata” Chongqing.

IMG_20180418_191842.jpg IMG_20180419_114843.jpg IMG_20180419_114935.jpg IMG_20180419_143819.jpg IMG_20180419_171307.jpg IMG_20180419_175018.jpg IMG_20180419_195459.jpg IMG_20180420_053322.jpg IMG_20180419_150742.jpg IMG_20180419_145103.jpg

20, 21 kwietnia

Dobranoc (późnanoc) z Chongqing
Metropolia Chongqing powstała w przeciągu ostatniego ćwierćwiecza i w jej obrębie zamieszkuje 30 milionów ludzi. Zasadniczo miasto nie jest jakby się mogło wydawać położone na równinie, lecz aby powstało… wyrównano góry. Wszystko jest nowe, pięknie zorganizowane i uświadamia nam, jak wielką potęgą są współczesne Chiny.
Gdy już udało nam się dotrzeć z plecakami (miejski trekking po górach) w miejsce naszego zakwaterowania, wyszło na jaw, że hostel, który znaleźliśmy przez booking.com to w rzeczywistości mieszkanie w bloku, właściciela nie ma i nikt nie odbiera telefonu. Pomocni Chińczycy nie dali za wygraną – przecież tutaj tak się ludzi nie oszukuje… I rzeczywiście, telefon oddzwonił do sklepowej, przed której warzywniakiem coca-colą zapijaliśmy parówki. Po kolejnej godzinie oczekiwania pojawił się zziajany właściciel mieszkania. Z plastykową torbą pływacką i mokrą głową. Przepraszam, przepraszam – tłumaczył po angielsku. Nie odbierałem telefonu, bo płynąłem do Was rzeką (Jangcy!) – tak jest szybciej niż transportem publicznym.
Zarówno dzień po przyjeździe nocnym pociągiem, jak i kolejny upłynęły nam w trybie piwno-streetfoodowym. Trafiliśmy do bardzo fajnie zorganizowanego Muzeum Tamy Trzech Przełomów, resztę czasu spędzając na wielogodzinnym dreptaniu po zakamarkach miasta. Pomimo swojego ogromu Chogqing jest zielone, a poszczególne dzielnice styl architektoniczny zawdzięczają projektantom czerpiącym inspiracje z najrozmaitszych zakątków świata. Haha i zagraliśmy w reklamie chińskich samochodów. 🙂 Odwiedziliśmy też Szpital Uniwersytecki… który czystością i zaawansowaniem technologicznym bije na głowę europejskie kliniki prywatne. A więc i mały set zdjęć na dzisiaj. Jutro, a raczej dzisiaj, kolejne kilkaset kilometrów do pokonania. Miłego weekendu!

IMG_20180420_082650.jpg IMG_20180420_083503.jpg IMG_20180420_094848.jpg IMG_20180420_113936.jpg IMG_20180420_124546.jpg IMG_20180420_134821.jpg IMG_20180420_151410.jpg IMG_20180420_151850.jpg IMG_20180420_155851.jpg IMG_20180420_214653.jpg IMG_20180420_213215.jpg IMG_20180420_215315.jpg IMG_20180420_220136.jpg IMG_20180420_223718.jpg IMG_20180421_004659.jpg IMG_20180421_131408.jpg IMG_20180421_131159.jpg IMG_20180421_132158.jpg IMG_20180421_132048.jpg IMG_20180421_161432.jpg IMG_20180421_185238.jpg IMG_20180421_192408.jpg IMG_20180421_183156.jpg IMG_20180421_181026.jpg IMG_20180421_192426.jpg IMG_20180421_135745.jpg

22 kwietnia

Tama Trzech Przełomów na rzece Jangcy brzmi fajnie. Do miasta Yichang, wybraliśmy się szybkim pociągiem. Na miejscu z lekka zimno, na pewno za zimno na japonki. Do tego niebo zaciągnięte i pada. Na szczęście dworzec jest wyposażony zarówno w toalety jak oraz sklepiki z parasolkami (nędznej jakości). Podchodzimy do informacji turystycznej, a tam zonk. Dziewczyna łaskawie informuje nas, że dzisiaj tama jest już zamknięta, ale jeszcze przed zmrokiem da się do niej dojechać, kierując się do odległego kilkadziesiąt kilometrów dalej miasta Sanxi. Od jutra zaś (taki mieliśmy plan), sprawa robi się bardziej skomplikowana, bo “z powodów politycznych” przez trzy dni niczym się tam nie dostaniemy. Szybka decyzja: jedziemy teraz. Największe przedsięwzięcie w dziejach ludzkości, które przechyliło Kulę Ziemską o 2 centymetry. Poziom wody: 175 metrów. Dzisiaj we mgle i deszczu. Pada, później zaczyna siąpić… z lekka opada mgła. Ależ to jest kolos. Zapada decyzja, aby po powrocie z tamy, udać się wprost na dworzec. Ale jak to zrobić, jeżeli nic nie jeździ i nic nie zapowiada się, aby coś jeździło. Poza ostatnim autobusem, który z litości zatrzymał się na nie swoim przystanku zabierając nas zmokniętych na pokład. Ruszamy dalej nocnym pociągiem do Syczuanu.

IMG_20180422_105244.jpg IMG_20180422_105222.jpg IMG_20180422_182308.jpg IMG_20180422_174119.jpg IMG_20180422_173638.jpg IMG_20180422_175736.jpg IMG_20180422_175956.jpg IMG_20180422_220756.jpg

 

23, 24 kwietnia

Do Chengdu, stolicy Syczuanu dojechaliśmy rano z założeniem, że chcemy tutaj jeść. Centralne miasto prowincji to zarazem kulinarna stolica Chin. Od jedzenia więc zaczęliśmy. Liczne streetfoody oferują grillowane wszystko, wszystko z makaronem, flaczkami i w ogóle wszystkim. Liczne restauracje także oferują wszystko, ale z naciskiem na słynne syczuańskie noodle. Karierę robi także hot pot. Jeszcze kilka godzin poszukiwania noclegu. Niezrozumienie zaprowadziło nas w zakamarki miasta oraz… do sauny, gdzie jednak było za gorąco na nocowanie. W końcu się udało – Trafic Hotel – wreszcie mogliśmy zrobić upragnione pranie. Zakamarki miasta penetrowaliśmy do późnych godzin nocnych. Mao z pomnika na Placu Centralnym powiedział nam dobranoc.
Nazajutrz okazało się, że siąpi, jest zimno (kilkanaście stopni), a nasze japonki nie nadają się do chodzenia po śliskich chodnikach i jesteśmy zmuszeni uprawiać narciarstwo klapkowe. Poszukiwania butów zajęły nam 7 godzin w deszczu. Nie, żeby w Chengdu nie było butów. Były i to bardzo wiele, ale w cenach od kilkudziesięciu do stu dolarów. Gdzie się podziały tanie sklepy z chińszczyzną? Spacerowaliśmy więc, zwiedzaliśmy, ślizgaliśmy się w klapkach i wchodziliśmy do wszystkich napotkanych sklepów obuwniczych. Idealne, ogumowane trampki za 20 juanów udało nam się kupić dopiero w sklepie dla robotników pobliskiej budowy metra. Jeszcze nigdy trampki nie sprawiły mi tyle radości. Piwko, czosnek na podziębione gardło i do wieczora kontynuujemy jedzonko… rozmaite, wszędzie i pyszne. Zwłaszcza gdy pogoda barowa.

IMG_20180423_225158.jpg IMG_20180424_000122.jpg IMG_20180424_132039.jpg IMG_20180424_143033.jpg IMG_20180424_142857.jpg IMG_20180424_161441.jpg IMG_20180424_162435.jpg IMG_20180424_170624.jpg IMG_20180424_172306.jpg IMG_20180424_165736.jpg IMG_20180424_170033.jpg IMG_20180424_152913.jpg

25 kwietnia

Kanding – Brama do Tybetu, miejsce, w którym od wieków Chińczycy wymieniali z Tybetańczykami sprasowaną herbatę za skóry. Na szczęście niecały obszar geograficznego Tybetu objęto dodatkowym permitem. Dzięki “nieporozumieniu”, które sprawiło, że za pośrednictwem booking.com zarezerwowaliśmy nieistniejący hotel poznaliśmy grupę trzech sympatycznych Chińczyków – młodych turystów z okolic Chengdu. W ich towarzystwie przekroczyliśmy barierę zimna nieakceptowalną dla mieszkańców Azji Pd. Wsch. Za kilka godzin razem ruszamy na szczyt płaskowyżu. Nasze doświadczenia są dalekie od zachodniej propagandy i wiary w „misję białego człowieka”. Normalni ludzie ze wszystkich stron globalnego konfliktu chcą tylko pokoju. Zachód jest w wielkim błędzie bojąc się chińskiego modelu globalizacji. Ten mariaż XIX wiecznego komunizmu z zachodnim modelem gospodarki rynkowej jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem problemów XXI wieku. Pisałem o tym w „Aniołach Jedwabnego Szlaku” już kilka lat temu. Teraz jestem jeszcze bardziej wdzięczny profesorowi Zbigniewowi Wiktorowi za kawał dobrej politologicznej wiedzy, którą wlał w moją głowę, w czasach gdy jeszcze nikt nie doceniał światowej roli ChRL. Przyszłość nie leży w jakimkolwiek ideologicznym dogmatyzmie, lecz w rozsądnym zaspokajaniu rzeczywistych potrzeb obywateli.

IMG_20180425_195448.jpg IMG_20180425_163546.jpg IMG_20180425_150332.jpg IMG_20180425_201754_1.jpg IMG_20180425_195947.jpg IMG_20180425_195837.jpg

26 kwietnia

Wraz z naszymi chińskimi kolegami, po dwunastogodzinnej przeprawie przez śniegi i góry, z lekka zmarznięci, ale szczęśliwi dotarliśmy na „dach świata”, do usytuowanego na wysokości ponad 4000 m.n.p.m Litang. Miasto jest jednym z najwyżej położonych na świecie, a w latach pięćdziesiątych XX w. było miejscem antychińskiego powstania Tybetańczyków. Podobno broń z tego okresu wciąż jest rozsiana po regionie. Po drodze, stojąc w korku (śnieg + letnie opony) byliśmy świadkami zdecydowanej 15-sekundowej interwencji policji w stosunku do kierującego tirem kretyna. Kierowca stanął w miejscu, gdzie korek zasadniczo się kończył, próbując na środku drogi założyć łańcuchy. Tworząc przy tym nowy korek. Litang przywitało nas chłodem, mięsem z jaka oraz 45 procentową grzałką zwaną tu „białym winem”. Impreza w jednym z najwyżej położonych miast globu. Powietrze tu rześkie a zapalniczki niezbyt chcą się palić. Zapowiada się smaczny sen w nieogrzewanym pokoju z podgrzewanym łóżkiem – ot taki wynalazek. Tybet mówi dobranoc.

IMG_20180426_092643.jpg IMG_20180426_084946.jpg IMG_20180426_092821.jpg IMG_20180426_093241.jpg IMG_20180426_093610.jpg IMG_20180426_151119.jpg IMG_20180426_170519.jpg IMG_20180426_183019.jpg IMG_20180426_193626.jpg IMG_20180426_193927_1.jpg IMG_20180426_202826.jpg IMG_20180426_210550.jpg IMG_20180426_191700.jpg IMG_20180426_144206_1.jpg

27 kwietnia

Tybet to pięknie widoki, ale też pradawna szkoła buddyzmu. To był długi dzień, który rozpoczęliśmy od wizyty w legendarnym klasztorze w Litang – miejscu narodzin dalajlamów, mędrców i nauczycieli duchowych. Zarówno mnisi, jak I pielgrzymi byli nam bardzo przyjaźni. W środku poranne mantrowanie mnichów, chłodno, poniżej zera. Klasztor składa się z kompleksu budynków i wielu misternie zdobionych sal. Wizyta w klasztorze Lithang Gompa jest także (a może przede wszystkim) wydarzeniem o charakterze metafizycznym.
Piękna świątynia na szczycie (onegdy zbombardowana przez Chińczyków), ubodzy ludzie ubogie Litang, nowe chińskie samochody na nowych drogach, elektryfikacja, informatyzacja. Młodzi chcą żyć lepiej, jeść lepiej inaczej się ubierać. Klimat w Tybecie srogi, ziemia daje niewiele, dawniej z miasta do miasta jechało się tygodniami, ryzykując życie w nieprzyjaznych górach. Buddyzm paskudnie ocenia walkę, o cokolwiek by nie była. Tybetański separatyzm? Niezbyt jestem sobie w stanie wyobrazić ambasady Tybetu w Waszyngtonie. Amerykańskie wojska w Tybecie – bardziej.
Dalszą drogę samochodem, można opisać słowami: było malowniczo. Wylądowaliśmy w hotelu u stóp wysokiej na 5 958 m góry Yangmaiyong, Zdjęcia z porannego mantrowania mnichów ze względu na restrykcyjne przepisy obowiązujące na terenie klasztoru można uznać za unikalne. Jutro autostop przez góry. Trzymajcie kciuki.

IMG_20180427_093645.jpg IMG_20180427_093717.jpg IMG_20180427_093732.jpg IMG_20180427_093931.jpg IMG_20180427_094342_1.jpg IMG_20180427_094818.jpg IMG_20180427_094625.jpg IMG_20180427_101522.jpg IMG_20180427_095837.jpg IMG_20180427_104856.jpg IMG_20180427_101614.jpg IMG_20180427_105616.jpg IMG_20180427_134032.jpg IMG_20180427_133048.jpg IMG_20180427_140551.jpg IMG_20180427_142836.jpg IMG_20180427_154548.jpg IMG_20180427_183727.jpg IMG_20180427_123934.jpg IMG_20180427_184007.jpg IMG_20180427_184750.jpg IMG_20180427_131348.jpg IMG_20180427_140847.jpg IMG_20180427_165115.jpg IMG_20180427_133918.jpg IMG_20180427_105124.jpg

28 kwietnia

Pogoda była dziś dla nas łaskawa, nie padał śnieg ani nie porwał wiatr. Po kilku fortunnych podwózkach autostopem, kierując się mapą, trafiliśmy do tybetańskiej wioski pośrodku niczego (poza górami) gdzie nie było (prawie) nikogo. Aby było weselej, okazało się, że nie jeżdżą tam też żadne samochody. Chowając się przed wiatrem za murem stojącym w pobliżu drogi obserwowaliśmy pustkę… trochę zastanawiając się przy tym nad mglistą opcją B. Po jakimś czasie na horyzoncie pojawił się żółty, sportowy Hyundai. Ha! Jest opcja na transport! Auto zatrzymaliśmy dosyć asertywnie, przekonując jadących nim chłopaków, że choć bagaży jest full (jechali do roboty ze sprzętem spawalniczym) to zmieścimy się jeszcze i my i nasze plecaki. Kiedy byliśmy już pewni, że dosyć szybko dotrzemy do celu, ku zdziwieniu chłopaków (jechali na GPS) i naszemu okazało się, że dalej drogi też nie ma. To znaczy w niedalekiej przyszłości pewnie będzie, bo Chińczycy ryją tunele i przecinają się przez góry, aby powstała, ale na tą chwilę są tylko gruzy, po których nad urwiskami jeżdżą ciężarówki. Kilka kolejnych godzin zajęło sportowemu Hyundai’owi o niskim zawieszeniu pokonanie trasy, z której dumny byłby niejeden właściciel dobrej terenówki. Finalnie wylądowaliśmy w cudnym tybetańskim miasteczku Xiang Cheng. Zgodnie ze wszystkimi znakami na niebie i na ziemi dalej drogi już są. Pozdrowienia z Państwa Środka!

IMG_20180427_214016.jpg IMG_20180427_183422.jpg IMG_20180428_112943.jpg IMG_20180428_113224.jpg IMG_20180428_113702.jpg IMG_20180428_130411.jpg IMG_20180428_154613.jpg IMG_20180428_154634.jpg IMG_20180428_232620.jpg IMG_20180428_153543.jpg IMG_20180428_153311.jpg IMG_20180428_155750.jpg IMG_20180428_164110.jpg IMG_20180428_112805.jpg IMG_20180428_112835.jpg IMG_20180428_183047.jpg IMG_20180428_182948.jpg IMG_20180428_124118.jpg IMG_20180428_183835.jpg IMG_20180428_183106.jpg IMG_20180428_133901.jpg IMG_20180428_130356.jpg

29 kwietnia

Dzisiaj z okazji przejechania, lekko licząc, ponad 1000 kilometrów przez Tybet zrobiliśmy sobie majówkę. Wstaliśmy późno i robiliśmy nic. Ot taki przerywnik na wymagającej trasie. Udało nam się jednak znaleźć równowagę pomiędzy medytacją w buddyjskim klasztorze a opcją piwną. Na dobrą sprawę nie jest to takie trudne, gdyż nauki Buddy nie odbiegają od europejskiego wolnomyślicielstwa. Niech się święci Pierwszy Maja! Jutro ruszamy dalej w kierunku Junnan, gdzie wraz z Chińczykami planujemy celebrować majowe święto.

IMG_20180428_185613.jpg IMG_20180429_115107.jpg IMG_20180429_211653.jpg IMG_20180429_155839.jpg IMG_20180429_115759.jpg IMG_20180429_161638.jpg IMG_20180429_161300.jpg IMG_20180429_164834.jpg IMG_20180429_164901.jpg IMG_20180429_180245.jpg IMG_20180429_172130.jpg IMG_20180429_115529.jpg

30 kwietnia, 1 & 2 maja

Po niespodziewanie morderczej przeprawie jesteśmy z powrotem w Yunnanie i z powrotem w naszym ulubionym mieście Jinghong. Dwie doby „w ciągu” spędziliśmy w drodze, pokonując znowu ponad 1000 kilometrów. W tym kilkaset przez góry, gdzie co prawda nie było dróg, ale za to bardzo malownicze przepaści. Naszym najsolidniejszym posiłkiem w tym czasie było suszone mięso z jaka. Jeden nocleg zaliczyliśmy na chodniku pod dworcem, ale na szczęście już w Chinach właściwych (bardzo bezpiecznie i czysto), w mieście Dali, o względnie przyjaznej temperaturze otoczenia. Okazało się także, że tybetańska szkoła złodziei, przed którą już pierwszego dnia ostrzegali nas Chińczycy ma się świetnie. Dowodem na to jest fakt, że podczas porannych zakupów odkryliśmy, że złodziej z autobusu wzbogacił się o 100 dolarów z rysiowej torebki, pozostawiając nam… jednego juana. O profesjonalizmie gnojka niech świadczy fakt, że Rysiu torebkę cały czas miał pod głową. Trudno, i tak bywa. W podobny sposób kiedyś załatwili mnie Tajowie.
Dzisiaj wypoczywamy niedaleko granicy z Laosem i cieszymy się Jinghong. Bardzo, bardzo fajne miejsce nad Mekongiem, które zdecydowanie wszystkim polecam, zresztą jak i wizytę w Państwie Środka.

IMG_20180430_085659.jpg IMG_20180430_090014.jpg IMG_20180430_094341.jpg IMG_20180430_103746.jpg IMG_20180430_164910.jpg IMG_20180430_161538.jpg IMG_20180430_165801.jpg IMG_20180430_170330.jpg IMG_20180430_165832.jpg IMG_20180501_014541.jpg IMG_20180501_065057.jpg IMG_20180502_142053.jpg IMG_20180502_205117.jpg IMG_20180502_144705.jpg IMG_20180502_205358.jpg IMG_20180502_221128.jpg

 

3 maja

Z tą piosenką to było tak, że pozazdrościliśmy wiejskiej kapeli Bayer Full występów w Chinach. Ponieważ Chińczycy nie rozumieją, o czym i w jakim języku śpiewają discopolowi wirtuozi (sprawdzone!), piosenka, którą ułożyliśmy w trasie jest w całości po polsku (lingwistyczny efekt ten sam). Napisaliśmy ją łapiąc autostopa w prowincji Junnan, a nagraliśmy na pożegnanie z Państwem Środka, dając mały występ w cudownym mieście Jinghong. Ot i efekt.

KHMERSKIE CHŁOPAKI

Prowadźcie nas hen bezkresne drożyny
Przez Yunnan, Syczuan na Tybetu dach
Znad khmerskiego morza przez Laos i Chiny
Ku słońcu ze wschodu, choć deszcze i piach

Uśmiech to wytrych do serca ludzkiego
Niejeden Azjata przygarnia tu nas
Jak mówią Polacy „swój ciągnie do swego”
Uboga tułaczka to lekcji jest czas

Cierpliwość, wytrwałość tu bronią są naszą
Przez bezkres autostrad jedziemy wciąż w przód
I choć w Europie Chinami nas straszą
My wiemy – nie tutaj już nędza i głód.

IMG_20180502_161940.jpg IMG_20180502_162331.jpg IMG_20180502_161903.jpg IMG_20180502_163523.jpg IMG_20180502_173825.jpg IMG_20180502_155629.jpg

4 maja

Kiedy wczoraj rano opuszczaliśmy chiński Jinghong, robiliśmy to z przekonaniem co do dwóch kwestii: że jeszcze chcemy tutaj wrócić oraz, że „dzisiaj do Luang Prabang w Laosie to już nie dojedziemy”.
Po drodze czekała nas przeprawa graniczna i kilkaset kilometrów przez góry.
Życie lubi zaskakiwać, a podróże zaskakują zawsze. Po sprawnej odprawie wizowej i kilku krótkich podwózkach, gdy już zaczynało zmierzchać, bez specjalnego przekonania zatrzymaliśmy rozklekotaną ciężarówkę. Chłopaki zaproponowali nam miejsce na pace, ale co to była za paka…. Dwóch podróżujących na niej Laotańczyków podłogę wyścieliło matami do spania i przygotowało kolację. Gdy zaczął padać deszcz (w górach pada znaczy pada) chłopcy rozłożyli plandekę, drugą dając nam jako kołdrę (w górach wieje znaczy wieje). Wagon sypialny w wersji LUX i to prosto do…. Luang Prabang. Gdy dotarliśmy tu o godzinie drugiej w nocy i zaczęliśmy rozglądać się za tanim noclegiem usłyszeliśmy „wołanie o pomóc” oraz grupę młodych ludzi zgromadzonych dookoła innej ciężarówki. Z lekka podchmielony ziomek wręczył kluczyki swojej dziewczynie, która całkiem paskudnie zaparkowała do rowu/kanału. W ramach wdzięczności względem laotańskiej branży transportu drogowego, z sukcesem podjęliśmy się zadania. W ciągu kilku godzin nocnych jedna ciężarówka wyciągnęła nas przez góry, drugą my wyciągnęliśmy z błota. Równowaga musi być. Noc przespana w guesthouse. Rano spacer po mieście. Luang Prabang to najpopularniejsza destynacja turystyczna w Laosie. Pomimo to miasteczko jest raczej spokojne (nie było takie w Nowy Rok, co trzeba zrozumieć) i ślicznie położone. Spora liczba sympatycznych (i niedrogich) lokali gastronomicznych sprawia, że jest ono idealne na zwiedzanie w trybie barowym. Jutro ruszamy na południe. Gdzie wylądujemy, to się jeszcze okaże.

IMG_20180503_162856.jpg IMG_20180503_162900.jpg IMG_20180503_195706.jpg IMG_20180504_131240.jpg IMG_20180504_132147.jpg IMG_20180504_132814.jpg IMG_20180504_133006.jpg IMG_20180504_133252.jpg IMG_20180504_133830.jpg IMG_20180504_133804.jpg IMG_20180504_134057.jpg IMG_20180504_134843.jpg IMG_20180504_134228.jpg IMG_20180504_161940.jpg

5, 6 maja

Ha. No i się udało. Choć rano myśleliśmy, że stolica Laosu jest daleko, bo deszcze, bo góry…
Okazało się, że jest w zasięgu dwóch podwózek autostopem 🙂 z przerwą na obiad w Vang Vieng. „Daleko” to pojęcie względne. Weekend spędzamy w stolicy, maleńkim Vientiane.
Ponowna wizyta w Vientiane. Hmmmm… polubiłem to miasto. Stolica, zero wieżowców, niewielki ruch drogowy, życie toczy się swoim tokiem… powoli, od knajpki do knajpki. Ciężko tu odczuć stres i wielkomiejski zgiełk. Laotańczycy są podobni kulturowo do Khmerów. W najlepszym tego słowa znaczeniu. Czuję się w Vientiane trochę jak w Siem Reap, a trochę jak w moim ukochanym Takeo. Jedzenie jest świetne, z dużym naciskiem na świeżą miętę. Pomimo braku topowych atrakcji turystycznych, stolica Laosu wydaje się być atrakcją w samą sobie. Miejscem, którego subtelny klimat z pewnością poczują miłośnicy Azji. Takich stolic na tym kontynencie już nie ma i być może jest to ostatnia chwila, aby poczuć „stare” Vientiane. Za trzy lata rusza pociąg i autostrada łącząca dwie potęgi: Chiny z Tajlandią. Centralnym punktem tego szlaku stanie się właśnie Vientiane. Śpieszmy się kochać miejsca.. Tak szybko odchodzą.

IMG_20180505_144551.jpg IMG_20180506_142859.jpg IMG_20180506_143257.jpg IMG_20180506_144657.jpg IMG_20180506_145354.jpg IMG_20180506_153427.jpg IMG_20180506_153445.jpg IMG_20180506_222724.jpg

7, 8 maja

Laos to „długi” kraj. Po teleportacji dwoma autostopami kilkaset kilometrów na południe deszcze ustały, zrobiło się ciepło (gorąco), a dzień skrócił się o godzinę. Jesteśmy w Thakhek, jakieś 400 kilometrów od granicy z Kambodżą. Region malowniczy, górki, pola, Mekong… jak w domku.
Zastanawialiśmy się z Rysiem co można napisać o ósmym maja. Laotańska prowincja ma pewne cechy wspólne z wyspami w Kambodży. Znaczy się wciąga w tryb leniwo-piwny. Pobudka przed dwunastą (bo wieczór się przeciągnął), chwila zawahania co robić… zostać. Śniadanie. Jest gorąco więc piwko. Czemu nie? Dalej szlajanie się po mieście. Uff, gorąco. „Ze mną się nie napijesz?” Kolejne piwko. A może by tak coś zjeść? I tak do kolejnego wieczora. Spędzonego na dłubaniu pestek z dyni przy… piwku z kombatantem, laotańskim komunistą, który o dziwo znakomicie zna niuanse współczesnej geopolityki i poza laotańskim mówi jeszcze w przynajmniej dwóch językach. Aaa bym zapomniał o pewnym „drobnym” szczególe… Mekong. Na granicy z Tajlandią rzeka wygląda naprawdę imponująco. Zobaczcie sami…

IMG_20180507_163044.jpg IMG_20180507_164643_1.jpg IMG_20180508_131545.jpg IMG_20180508_140728.jpg


9, 10 maja

Obchodzimy dzisiaj w laotańskim mieście Pakse miesięcznicę naszego wyjazdu. Z tej okazji zestawiliśmy zdjęcia. Dzisiaj i miesiąc temu. Nawet udało nam się przez ten czas zachować część garderoby… Tylko spodnie się nam rozleciały, a czerwoną khramę w Nowy Rok darowałem zakochanemu w niej Laotańczykowi. Jak widać na fotkach ja trochę zdziadziałem (wieku nie oszukasz), Rysiu zaś zhipisiał. Był to wspaniały czas całkiem wyczerpującej włóczęgi. Cztery kraje, grube tysiące kilometrów, ciężka do zliczenia liczba miast i niemożliwa do oszacowania liczba środków transportu oraz przesiadek. „Uboga tułaczka to lekcji jest czas”, jak śpiewaliśmy w piosence. Myślę, że obaj nauczyliśmy się wiele, a pełen sens owych lekcji zrozumiemy dopiero w przyszłości. Podróże poszerzają spectrum naszego myślenia, zgodnie z nauczaniem Kybalionu „Wszystko jest Umysłem”. I dlatego warto jest podróżować, nawet (a może zwłaszcza) gdy rano nie wiesz czym się będziesz poruszać i gdzie „wylądujesz” na noc.
Dzisiejszy dzień minął nam na przejechaniu 400 kilometrów na pace ciężarówki oraz w kabinie wietnamskiego tira (ale co to był za tir… American style truck). Do tego warto dołożyć kilkanaście kilometrów „z buta”. Jutro udajemy się w poszukiwania 4000 wysp na Mekongu. Pozdrowienia z południa Laosu!
10 maja od rana lał deszcz, w związku z czym wyjazd na wyspy odłożyliśmy na jutro. Pakse nie jest na pewno najfajniejszym miastem w Laosie, w związku z czym skoncentrowaliśmy się na jego kulinarnych atutach. Te akurat Pakse posiada. Są tu zarazem lokalne stragany, jak i zachodnie restauracje, a nawet kuchnia hinduska i moja ulubiona, mniam malajska. Po drodze do Kambodży warto tu wpaść, choćby na obiad.

IMG_20180409_204724.jpg IMG_20180509_212223.jpg
IMG_20180509_155431.jpg IMG_20180509_180035.jpg IMG_20180509_181046.jpg IMG_20180510_114154.jpg IMG_20180510_114659.jpg IMG_20180510_114005.jpg IMG_20180510_174850.jpg IMG_20180510_174312.jpg

11 maja

Don Det to jedna z archipelagu 4000 Wysp rozsianych po laotańskiej części Mekongu. Zasadniczo jest tu ładnie, ale jak dla nas nazbyt turystycznie. Absolutnie nie chcę powiedzieć abyście się tutaj nie kierowali… wszystko zależy od punktu widzenia. Jeżeli ktoś zaczyna swoją przygodę z Azją, to w porównaniu powiedzmy z generalnie jeszcze bardziej turystyczną i „plastikową” Tajlandią, na pewno będzie zachwycony. Koneserów kontynentu jednak laotańskie wyspy prawdopodobnie zawiodą, tak samo jak zawiedzie ich kambodżański Koh Rong. Biało, anglosasko, imprezowo, a lokalsi traktują przyjezdnych raczej z dystansem. Na plus wyspy można dopisać dwie hinduskie restauracje, a także wioski, do których dojedziecie rowerem. Ceny w miarę ok. Wciąż nie potrafię pojąć, po jaką cholerę przyjeżdżają tu młodzi ludzie z zachodu, którzy większość czasu spędzają na waleniu piwa przed knajpianym telewizorem odtwarzającym amerykańskie filmy. Te wyspy na pewno byłby fajne, gdybyśmy my „biali” dostosowali się do lokalnego kodu kulturowego, nie zaś podporządkowali działalność lokalsów naszym zachciankom. Jutro kierujemy się w kierunku Kambodży, teraz zaś z głośników w pobliskiej restauracji słuchamy zachodniej muzyki oraz pijanej, euroamerykańskiej imprezy. Nazajutrz planujemy przekroczyć granicę. W kambodżańskim Stung Treng już jest normalnie, po khmersku oraz lokalnie. Wkrótce powrót do domu.

IMG_20180511_112405.jpg IMG_20180511_112430.jpg IMG_20180511_113944.jpg IMG_20180511_114941.jpg IMG_20180511_142439.jpg IMG_20180511_150551.jpg IMG_20180511_150813.jpg IMG_20180511_172418.jpg IMG_20180511_151712.jpg IMG_20180511_174231.jpg IMG_20180511_175024.jpg IMG_20180511_151109.jpg IMG_20180511_115226.jpg IMG_20180511_153238.jpg

12 maja

Pozdrowienia z Kambodży. home, sweet home. Dobre jedzonko, bbq I znane nam marki piwa. Po 3,5 godziny łapania stopa pośrodku niczego i łapczywym nawadnianiu się jessst. I znowu jedziemy na pace:)
Dzisiaj oficjalnie kończymy naszą wędrówkę. To był wspaniały czas intensywnej przygody oraz prawdziwej lekcji. Przejechaliśmy mniej więcej do 10 000 kilometrów przez cztery kraje (Kambodża, Tajlandia, Laos, Chiny), terytoria zamieszkane przez wiele mniejszości narodowych. Autostopem, pociągami i autobusami. Ta podróż to było rozmaite jedzenie, dwie strefy klimatyczne i cztery pory roku. Odwiedziliśmy zarówno ciężki klimatycznie (brrr zimno) Tybet jak i największe miasto świata oraz największą tamę świata, która o dwa centymetry odchyliła geograficzny biegun Ziemi, wydłużając dobę o 0.06 mikrosekundy. Przede wszystkim było nam dane spotkać cudownych ludzi, których serca pod każdą szerokością geograficzną otwiera szczery uśmiech. Jestem przekonany, że wielu z nich jeszcze spotkamy na swojej drodze. Dziękujemy tym, którzy nam sympatycznie kibicowali, losowi i samym sobie nawzajem. Wiele czynników równocześnie było potrzebnych, abyśmy dziś, w kambodżańskim Stung Treng mogli wypić podsumowujące piwo. To, co mogę każdemu polecić to… nie bójcie się realizować własnych marzeń, rzeczy niemożliwe nie istnieją. Nasza podróż finalnie kosztowała pewnie mniej niż średnie wakacje w Chorwacji… zawsze 90 procent stanowi fantazja. Jutro z białego rana Rysio jedzie do Siem Reap, ja zaś w kierunku Phnom Penh i dalej do domku, gdzie wzywają mnie sprawy zawodowe i czeka stęskniona kotka Lucky. Pozdrawiamy z rozdroża w Stung Treng.

 IMG_20180512_094932.jpg IMG_20180512_123025.jpg IMG_20180512_124327.jpg IMG_20180512_135455.jpg IMG_20180512_140920.jpg IMG_20180512_174943.jpg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *