Aktywizm niepoprawny

Teksty z różnych lat – nowe, stare i bardzo stare. O zabarwieniu społeczno-politycznym i polityczno-niepoprawnym. Bywa, że kontrowersyjne 😉


„Siała baba mak”. I dostała 10 lat. 

Bardzo ciekawe wnioski przynosi lektura wydanego przez Instytut Wymiaru Sprawiedliwości raportu pt. Struktura kar orzekanych w Polsce i w innych państwach Unii Europejskiej.
Pośród wielu smakowitych danych, w raporcie znalazły się i te dotyczące karania przestępstw narkotykowych.
Na 22 badane państwa, pod względem procentowej liczby osób skazanych w związku z przestępstwami narkotykowymi Polska zajmuje środkowe, 11-ste miejsce. Wyprzedzamy pod tym względem wszystkie kraje Europy Centralnej i Wschodniej, a także Portugalię, Austrię oraz… Holandię.
Więcej jasności daje kolejne zestawienie dotyczące wysokości wymierzanych kar. W tym wypadku Polska wyróżnia się jednym z najniższych współczynników orzekania kary bezwzględnego pozbawienia wolności, jednocześnie będąc zdecydowanym liderem pod względem orzekania kary pozbawienia wolności z zawieszeniem. Oznacza to, że większość skazywanych osób stanowią posiadacze małych ilości, prawdopodobnie marihuany, które to przypadki nie kwalifikują się do zastosowania surowszej sankcji karnej.
Warto zwrócić uwagę, że w Holandii, w której obowiązuje mniej restrykcyjne prawo narkotykowe, nie tylko jest niższy odsetek osób skazanych, ale jednocześnie czterokrotnie częściej zapadają tam wyroki bezwzględnego więzienia. Można więc wnioskować, że holenderskie sądy skazują zdecydowanie większą ilość dilerów niż użytkowników rekreacyjnych.
Pikanterii całej sprawie dodaje kolejna tabelka, z której wynika, że jedynie 3 procent zapadających w Polsce wyroków dotyczy kary bezwzględnego pozbawienia wolności powyżej 5-ciu lat, aż 71 procent, są to wyroki niższe niż 5 lat, a 25 procent niższe niż rok.
Mówiąc prościej, w Polsce ściga się głównie użytkowników konopi, szansę na wpadkę mają jedynie drobni dilerzy, a prawdziwi organizatorzy handlu prawdziwymi narkotykami mogą czuć się w miarę spokojnie.

Kaczki w owczej skórze.

Mechanizm narodzin totalitaryzmów za każdym razem jest podobny. W obliczu jakiejś problematycznej sytuacji pojawia się nowa doktryna. Najczęściej stanowi ona proste remedium na wszystkie bolączki. Po pewnym czasie wychodzi na jaw, że za nową ideą kryje się stare okrucieństwo. Kierowana fanatyzmem władza zaczyna narzucać swój światopogląd jako jedyny słuszny i ustawiony w opozycji do jakkolwiek pojmowanych “wrogów ojczyzny”.
Choć wyborcy zostali oszukani dali się zwieść, ich wyobrażenie było odmienne niż oferowana rzeczywistość, większość z nich utrwala się w swoim przekonaniu o słusznym wyborze. Dzieje się tak, gdyż ludzie raczej zostaną fanatykami oddanymi nawet najokrutniejszej, ale spełniającej minimum ich żądań idei, niż przyznają się do własnego błędu.
Moment, w którym dyktatorzy zaczynają realizować swoją własną wizję, nie zaś wolę narodu, zwykle nie jest ich końcem, lecz dopiero początkiem. Wyborcy tak długo będą popierać tyrana, jak długo system nie stanie się dla nich osobiście nie do zniesienia. Taki stan może więc utrzymywać się latami, tak długo, jak długo winę za wszystkie niesprawiedliwości da się zrzucić na barki “wrogów ojczyzny”.
Gdy pojawia się jakaś nowa siła polityczna, gdy idą wybory, powinniśmy bacznie obserwować, z jakich ludzi bądź organizacji składają się poszczególne partie i rozważyć czy posiadają one potencjał, aby w swoich decyzjach kierować się ślepym fanatyzmem.
Przekładając to na obecne polityczne realia w Polsce, PiS, którego trzon stanowią Kaczyński, Ziobro i Macierewicz nie jest partią wiarygodną. Kryterium potencjalnej radykalizacji aparatu państwowego, przy podejmowaniu decyzji wyborczej nie jest mniej istotne niż proponowana przez daną partię polityka socjalna. Ciekawe, że zwykliśmy analizować przed wyborami rozmaite siły polityczne, ale jedynie z perspektywy tego, co oferują w dziedzinie gospodarki, służby zdrowia, bezpieczeństwa czy szkolnictwa.
Dzieje się tak, gdyż odwykliśmy od życia w systemie totalitarnym i straciliśmy pod tym względem czujność. Ta niebezpieczna sytuacja pozwala dziś na całym świecie sięgać po władzę populistom pokroju Orbana, Trumpa, Erdogana czy Kaczyńskiego.

Syny innej matki

Likwidacja pomnika Matki Polki w Sejnach stanowi symboliczny wyraz głębokiej pogardy, jaką ludzie PiS darzą kobiety i ich prawa.
Przez pokolenia nadawanie tego imienia obiektom, pomnikom, ulicom, skwerom i parkom stanowiło hołd dla poświęcenia pokoleń polskich matek, które oddawały swoje dzieci, na wszystkich frontach, sprawie wyzwolenia ojczyzny.
Usunięciem monumentu, który stanowił jeden z symboli Sejn, PiS już nawet nie posunął się o krok za daleko, to jest o maraton za daleko.
Wiersz Adama Mickiewicza (Do Matki Polki) powstał w 1830 roku i stanowił romantyczne wezwanie do polskich matek, aby przygotowywały swoich synów na nadchodzące cierpienia.
Wszystko wskazuje na to, że ludzie, którzy sprawują władzę, całą historię chcą napisać na nowo, po swojemu. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Polacy, tak podobno przywiązani do wolności, wciąż na to się godzą.
Sprawa “dekomunizacji” najpierw dotyczyła bohaterów PRLu, później zabitej na Pawiaku Hanki Sawickiej, Ludwika Waryńskiego (sic!), a teraz przyszła kolej na Adama Mickiewicza. Na 100 procent następny do wymazania będzie „antykatolicki mason” Tadeusz Kościuszko (zresztą już znika z historii).
Na samym końcu może się okazać, że to Lech Kaczyński z wielkim kniaziem Jarosławem pokonali Niemców pod Grunwaldem, a ich matka naprawdę miała na imię Dobrawa.
Kim są więc ludzie, którzy tak bardzo nienawidzą Polski i Polaków? Mroczne siły, które wycinają Puszczę Białowieską, wpuszczają do kraju obce wojska (Konrad Mazowiecki na te same tereny zaprosił Krzyżaków), burzą pomniki i dzielą ludzi na sorty.
Ta skrajnie niebezpieczna polityczno-religijna sekta wmówiła Polakom, że jej celem jest prawo, sprawiedliwość i patriotyzm. W rzeczywistości aktualnie Polska nie ma większych wrogów niż, spychający kraj na margines Europy rząd PiS. A ludzie są niezmiennie ślepi, nie widzą, gdy przed kamerami TVP wilk przebiera się w skórę owieczki.

Pięć Gwiazd Północy

Przerażający jest materiał filmowy z przejęcia władzy we Włoszech przez populistycznego premiera Giuseppe Conte. W osobie 77-letniego prezydenta Sergio Mattarell’ego staje przed oczami duch starego Paula von Hindenburga, który z przekonaniem, że narodowy socjalizm jest przejściowy, na Kanclerza Rzeszy powołał zwycięzcę wyborów, Adolfa Hitlera.
Ta ścieżka znowu się zaczyna, podobnie jak w latach trzydziestych XX wieku, wkraczają na nią dotknięte kryzysem i nastraszone “obcymi” społeczeństwa całej Europy.
Sojusz Ligii Północnej i Ruchu Pięciu Gwiazd mówi do ludu jego językiem, mówi o rzeczach, które lud “czuje”. Retoryka współczesnych populistów jest mieszaniną słusznych, chwytliwych postulatów ze stekiem bzdur, a wszystko starannie podszyte strachem i podlane mową nienawiści. Jedynie lud prosty (sprany), nastraszony, a do tego zradykalizowany może być tak ślepy, aby nie dostrzegać braku logicznej spójności pomiędzy obietnicami obniżenia podatków a jednoczesnym wzrostem zasiłków czy pomiędzy opuszczeniem strefy euro a przyjmowaniem przez Unię uchodźców z Włoch.
Rok po zwycięskich wyborach, obiecując odnowę, niskie podatki i wysokie świadczenia Adolf Hitler proklamował w Poczdamie powstanie III Rzeszy.
Premier Conte już dzisiaj zapowiada narodzenie się III Republiki. Jaka będzie, zależy przede wszystkim od tego, czy uda jej się przetrwać. Jeżeli tak, to czy przejęcie władzy w Rzymie przez populistów uda się też przetrwać Unii Europejskiej… oraz samej Italii.

 

A mury runą.

Historia budowy murów służących ochronie przed migracjami jest długa i obfituje w przykłady nieskuteczności ich zastosowań. Budowa muru, w krótkiej perspektywie czasu dająca pozorne poczucie bezpieczeństwa, w długiej stanowi oznakę nadchodzącej zmiany.
Imponujące rzymskie wały Hadriana i Antoniana nie spełniły swego zadania w dziedzinie kontroli migracji na teren Imperium ani nie powstrzymały osiedlania się plemion brytyjskich.
Mur Aureliana chronił spokojny sen Rzymian przez zaledwie 130 lat do czasu, kiedy to padł pod naporem żądnych zwycięstw Wizygotów.
Mur, płot czy drut kolczasty – nawet świetnie chroniony i skonstruowany w bardzo wymyślny sposób, nie jest w stanie zmienić biegu wielkich wydarzeń historycznych inaczej niż przenosząc konflikt na brutalniejszy, a co za tym idzie bardziej bolesny poziom.
Jest to fakt, którego nie dostrzega odczuwająca na plecach oddech swoich przyszłych mieszkańców starzejąca się, leniwa i chciwa Europa. Jednocześnie wybierając Trumpa, stojąca w obliczu demograficznej latynoskiej rekonkwisty uprzywilejowana mniejszość białych amerykańskich chrześcijan oddała głos za postawieniem płotu na granicy z Meksykiem.
Polityka strachu, nietolerancja oraz budowa murów (także tych mentalnych) przynoszą współczesnym populistom wyborcze zwycięstwa. W rzeczywistości jednak wyznaczają punkt odniesienia, który pozwala nam ocenić miejsce, w którym po latach dominacji znalazła się cywilizacja Zachodu.
Jedynie te wartości, które nie będą stały na drodze globalnych przemian, mają szansę przetrwać w nadchodzącej epoce. Zaadaptowane do nowych realiów, mogą tworzyć podwaliny filozofii przyszłych pokoleń oraz dają nadzieję na łagodne średniowiecze.
Aby tak się stało, zamiast budowy barier należy przebudować znane nam struktury państwowe i społeczne, przygotować je na przyjęcie przyszłych gospodarzy Europy. Spuścizną, którą po sobie zostawimy, niech będą wielkie ideały Wolności, Równości i Braterstwa. A mury? „Mury runą… i pogrzebią stary świat”.


Holocaust po polsku

Szmalcownicy, zjeżdżające z całej Polski prostytutki obsługujące SSmanów, szabrownicy, chłopi stręczący ukraińskim strażnikom swoje córki w zamian za zrabowane więźniom zegarki, hołota rozkopująca żydowskie groby i wyrywająca trupom złote zęby, kolaboracyjna “granatowa policja”, “wyklęci” szantażyści z leśnych partyzantek, a także zwykli naciągacze, złodzieje czy “sprawiedliwi”, w których domach żydowskie kobiety i dzieci poza schronieniem w pakiecie dostawały przemoc oraz gwałty.
Polski udział w holocauście jest bezsprzeczny. Każdy, kto temu zaprzecza jest kłamcą. Tego stanu rzeczy nie zmieni żadna ustawa, żadne prawo ani żaden polityk.
Tak samo kłamcą jest ten, kto twierdzi, że Polacy, Żydów nie ratowali. Ratowali. I to właśnie z racji na tę chwalebną większość powinniśmy rozliczyć się ze wszystkiego tego, co rzuca cień na naszą historię a zarazem determinuje przyszłość narodu.

Nie będę płakał po PO(PiS)ie

Kryzys, w którym znalazła się antyPiSowska opozycja, może stać się bodźcem do narodzin nowej siły na drugim biegunie polskiej sceny politycznej.
Aby do tego doszło, opozycja musi zrozumieć istotę oporu, stać się wyrazicielem woli wszystkich tych, których konserwatywne państwo wypluwa.
Obecnie wiele wskazuje, że sytuacja wymusi, aby odrodzona opozycja w sposób realny, a nie pozorny walczyła o prawa kobiet, mniejszości, imigrantów czy osób niepełnosprawnych.
Szeroka koalicja sił postępowych, aby zaistnieć, będzie zmuszona wchłonąć mniejsze ugrupowania lewicowe oraz zastąpić partie starej, skompromitowanej opozycji.
Zdominowana przez populistów polityka początków obecnego stulecia łączy w sobie postulaty socjalne z nacjonalizmem oraz religijnymi konserwatyzmami.
Umiejscowiony na przeciwległym biegunie ruch sprzeciwu powinien więc oferować propozycje odmienne od oferty prawicy. Populistycznemu nacjonalizmowi należy przeciwstawić internacjonalistyczny pacyfizm, obietnicom zasiłków trzeba przeciwstawić uczciwe płace i szacunek w miejscu pracy. Nowe prądy, takie jak bezwarunkowy dochód podstawowy, w perspektywie czasu są w stanie zastąpić serwowany przez populistów system rozdawniczo-urzędniczy i powinny zaistnieć jako temat opozycyjnego dyskursu. Bez lewicy nie ma demokracji. Upadek konserwatywnej pseudoopozycji z perspektywy demokracji niewiele więc w systemie zmieni. Rzeczywistą zmianę może spowodować dopiero zastąpienie jej przez odważną alternatywę dla PiS.

Ballada o Solidarności z komuną

Przez całe moje dotychczasowe życie uporczywie przebijał się temat mitycznej komuny. Wałkowany ze wszystkich stron przybierał postać ciasta z zakalcem bądź też tortu miodowego z orzechami. Zależnie od kucharza. Ci, onegdy zrzeszeni w Polskim Związku Pożeraczy Racuchów (PZPR) zawsze zajadali się tym drugim, pozostała część musiała zadowolić się zakalcem – bez cukru, bo tego akurat zabrakło w kolejce.
Rysiu, był fajnym chłopakiem, szczyt jego kuchennej aktywności przypadał na złotą dekadę Gierka, kiedy to z kumplami jako instruktor ZSMP bzykał osiemnastoletnie harcerki. – Komuna była fajna – powiada. Zwłaszcza ta, widziana oczami zdolnego działacza partii rządzącej.
– Z chłopakami z fabryki jeździliśmy na wakacje. Dancingi, chłopie, wieczorki, wóda do oporu.
Powrót do pracy także nie wydawał się straszny, co znakomicie pamięta mój czterdziestoparoletni dzisiaj przyjaciel Arek.
– W robocie pił każdy. No i kupa lewej kasy. Zawinięte z fabryki wycieraczki goniłem taksówkarzom, później do Zagłoby (restauracja). I najebka. Wyrzucili mnie za irokeza na głowie.
Arek w nowej Polsce stale zmaga się z bezrobociem. Rysiu, nie spadł poniżej dyrektora.
Rysiu, co roku jeździł nad polskie morze, na system nie narzekał. Mieszkanie, Maluch, Polonez, rodzina, dzieci, balangi. Jak czegoś nie było w sklepach, to dało się załatwić. – I po co te durnie się buntują – myślał patrząc na „oszołoma” Zenka. Rano biega, później leci do kościoła, biegnie do pracy w sanatorium a hobbystycznie śpi obwieszony flagami na styropianie. Baw się chłopie, myślał Rysiu po cichu kibicując milicji. W czasach zabawy obraz opozycji wydawał się być karygodny. Kiedy się wszystko zaczęło w systemie „pierdolić”, Rysiu z łatwością przeskoczył na pokład ludowców. Przecież na wsi się wychował, a nasza droga ziemia i majątek narodowy obojętne mu nie są. Dał temu wyraz kupując co nieco w upadających zakładach. Płacił niewiele, jednak przecież teraz mamy kapitalizm – znaczy kupuje się taniej, sprzedaje z zyskiem. I choć legitymacja partyjna zawieruszyła się gdzieś w szafie z majtkami, zostali koledzy. Braci się nie traci. Chłopaki jak za dawnych lat spotykają się przy wódce, odwiedzają ten sam ośrodek wczasowy nad Bałtykiem i dalej nie rozumieją, dziś emeryta, styropianowca Zenka.
Przez ostatnie ćwierć wieku nie pogodził ich Lech Wałęsa, Jan Paweł II ani Adam Małysz. Jedni i drudzy pozostali wierni ideałom. Rysiu ideałowi wygodnego życia, Zenek walki o wyimaginowaną godność. Jak mawiają ludowcy, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.
Zenek poza niezmiennymi wartościami trąci jeszcze biedą. Do skromnej emerytury dorobi sobie naprawą pralek, choć jego zastraszająco niskie ceny nijak nie odpowiadają rynkowym realiom. A i od ubogiej emerytki grosza nie weźmie. Ot i wielokrotnie oszukane i skrzywdzone przez wojnę pokolenie naszych dziadków.
– Jakie miałam życie ?– mówi emerytka. – Jako dziecko przeszli Niemcy i rodziców zabrali, ciotka mnie wychowywała. Po wojnie musiałam się żenić i iść do roboty. Na nic pieniędzy nie starczało. Za pensję? Rajstopy mogłam kupić. Z dziećmi do szpitala jeździliśmy na motorze. Wszyscy świnie i kury przy domach chowali. Później było lepiej, za Gierka, ale na krótko. W stanie wojennym nas czołgami straszyli a w sklepach tylko ocet. Jak nie byłeś partyjny, nic nie miałeś. Czasami przychodziły paczki z zagranicy i nawet jakieś pięć dolarów schowane w kopercie. Jak upadała komuna straciliśmy wszystkie oszczędności. Później redukcja etatów, wcześniejsza emerytura. Teraz lekarze, kolejki, rachunki i wnukom trzeba pomagać. Co za świat. Ale ja już stara jestem. Lepiej będzie. Już tylko lepiej.
Zdecydowanie lepiej jest Markowi. W latach osiemdziesiątych jako przemądrzały elektryk wstąpił do Solidarności. Młodszy o jakieś dziesięć lat od Rysia nie miał szansy wstrzelić się złotą dekadę Gierka. Gdy wchodził w życie, komuna zdychała, wszyscy wiedzieli, że w RFN żyje się lepiej, a strajki były w modzie. Ile można było na to fajnych panienek wyrwać. Z elektryka został burmistrzem, później dyrektorem, i znowu dyrektorem, i znowu. Po drodze „komuchy” zarzucały mu jakieś przekręty, ale w sądzie się wylizał i dostał do rady nadzorczej a później na prezesa wodociągów. Czasem, gdy zbliżają się wybory lubi pokrzyczeć. – Jestem jednym z was – powiada. – Oderwijmy od koryta w końcu tych komuchów! – Wybierzcie mnie, będę Was reprezentował i dbał o Wasze interesy.
Marek nie koleguje się z Zenkiem, lecz przypomina sobie o jego istnieniu, gdy ktoś musi dowozić babcie do lokali wyborczych. Rysiu z kumplami co cztery lata straszy Markiem emerytowanych członków Polskiego Związku Pożeraczy Racuchów.
Obydwaj panowie w kolejkach do lekarza nie stoją, bo przecież jakoś da się to załatwić. Corocznie jeżdżą na wakacje, mają dom, samochód i piją wódkę w restauracjach. Reszta umie tylko narzekać. W Polsce wszystko po staremu.

 

Na piwo marsz, nie na Marsz

11 listopada powinien dla Polaków być radosnym świętem pojednania. Zrozumie to każdy ten, kto zdaje sobie sprawę z faktu, jaki dzień naznacza ta data. Ot po latach poświęceń, powstań, romantycznych marzeń kolejnych młodych pokoleń, po latach zsyłek, branek, kasacji majątków, powstał kraj o nazwie Polska. Data ta się wiąże z krótkim okresem, w którym Polacy przestali się wzajemnie zwalczać i dzięki temu wybili na niepodległość.
Tymczasem święto zgody we współczesnej Polsce zamieniło się w dzień wzajemnej nienawiści. Pod hasłem „My chcemy Boga” tłum młodych ludzi na ulicach Warszawy manifestuje swoją gniewną siłę. W tej manifestacji brak jest romantycznego ducha filomatów i filaretów, internacjonalizmu Tadeusza Kościuszki czy światowego obycia Ignacego Paderewskiego. Szmaciane nacjopolo jest karykaturą tego czym był oświecony patriotyzm ery rozbiorów. Duch płonącej tęczy nie jest też duchem ikony LGBT, autorki „Roty” Marii Konopnickiej. Podzielone na „sorty” społeczeństwo nie odzyskałoby niepodległości, dzieląc się ponownie, łatwo może ją stracić.
Wesołego Święta Niepodległości. Marsz na piwo, nie na Marsz!

Kataloński sprawdzian Europy

Nie chcąc stawać po żadnej ze stron, przeanalizujmy, co akt proklamacji niepodległości może oznaczać dla samej Katalonii, Hiszpanii oraz całej Europy.
Dla Katalonii ogłoszenie niepodległości po 300 latach państwowego niebytu oznacza przede wszystkim umocnienie, a według innych zrodzenie tego, co zwykliśmy nazywać tożsamością narodową, lub wręcz narodem. Wymiar duchowy przynależności do walczącej o własne prawa wspólnoty jest czynnikiem o wiele silniejszym niż tymczasowa koniunktura gospodarcza i przenosi się na kolejne generacje obywateli.
Jednym z pierwszych efektów proklamacji niepodległości mogą być narodziny nowej, uznawanej przez Madryt, lub nie, katalońskiej sceny politycznej. Zdominowana przez „patriotów” polityka, będzie dążyć do marginalizacji, bądź też wyparcia zwolenników związków z Hiszpanią. Przy odpowiednich warunkach bardzo szybko może ona też zacząć tracić swój lewicowo – postępowy charakter na rzecz myśli narodowo – niepodległościowej. Czynnikiem temu sprzyjającym byłaby eskalacja konfliktu i ewentualne ofiary śmiertelne starć z siłami rządowymi lub też hiszpańskimi nacjonalistami. Polityka gniewu, napędzająca oraz napędzana przez represje władz centralnych doprowadzi do eskalacji konfliktu, co z pewnością odciśnie się na kondycji ekonomicznej Katalonii. Spadek poziomu życia byłby mocnym argumentem przeciwko powołującym się na względy ekonomiczne secesjonistom. Rządowi w Madrycie może więc zależeć, aby Katalończycy boleśnie odczuli skutki własnych decyzji politycznych.
Dla dotkniętej kryzysem ekonomicznym Hiszpanii ogłoszenie niepodległości przez Katalonię jest sporym ciosem i szokiem zarazem. Zwłaszcza teraz, kiedy ważą się postbrexitowe losy Gibraltaru.
Jakby tego było mało, Katalończycy torują drogę prowadzącym przez lata terrorystyczną walkę o niepodległość mieszkańcom Kraju Basków.
W świetle powyższych problemów można się spodziewać raczej represji oraz rozwiązań siłowych niż woli porozumienia z separatystami ze strony władz w Madrycie. Jednocześnie rząd Hiszpanii będzie miał problem z obraniem jednolitego kierunku działań, zwłaszcza w kontekście nacisków opinii społecznej oraz społeczności międzynarodowej.
Zapaść ekonomiczna, utrata zaufania do elit i dodatkowo rozpad państwa, w rezultacie doprowadzą do upadku dogorywającej monarchii, z dużą dozą prawdopodobieństwa skazując kraj na bolesną tułaczkę poprzez populizmy. Secesja Katalonii, która w rzeczywistości stanowi wypadkową wielu czynników może stać się przyczynkiem do tego, aby historia Hiszpanii zatoczyła kolejne koło.
Zarówno Madryt, jak i Barcelona będą domagały się wsparcia ze strony Unii Europejskiej. Możemy się spodziewać gry pozorów pomiędzy władzami Hiszpanii a Brukselą, dla której utrata tak znaczącego członka wspólnoty byłaby tym samym czym dla Madrytu secesja Katalonii.
Dla Europy po raz kolejny w przeciągu stulecia Hiszpania może stać się egzaminem dojrzałości. Istnieją liczne przesłanki, ku temu, aby twierdzić, że na naszych oczach powstają zarysy przyszłego ładu międzynarodowego. To, w jaki sposób się on objawi, będzie zależeć od tego, ile doświadczenia wynieśliśmy z dwudziestego stulecia.

Katalonia (Nie)Po(d)legła

Władze Katalonii zachowały się głupio i nieodpowiedzialnie rozpisując referendum niepodległościowe wbrew woli rządu w Madrycie. Rząd w Madrycie zachował się głupio i nieodpowiedzialnie wysyłając Gwardię Narodową przeciwko głosującym. Sprawę dodatkowo skomplikowały wymierzone w referendum protesty frankistów, którzy jako jedyni w tej sytuacji powinni dostać srogie lanie zarówno od hiszpańskiej Gwardii Narodowej, jak i katalońskiej policji. A nie dostali.
Strzelając z gumowych kul do katalońskich manifestantów, Madryt nie przekonał ich do tego, że bycie obywatelem Hiszpanii jest fajne. Katalończycy swoim zrywem nie przekonali także europejczyków do tego, że ichniejszy twór państwowy wbrew woli Madrytu mógłby, choć pomarzyć o członkostwie w Unii Europejskiej. Tymczasem w oderwaniu od Unii Europejskiej, niepodległa Katalonia nie ma racji istnienia – tak samo, jak FC Barcelona nie ma czego szukać poza ligą hiszpańską.
Jedynym namacalnym efektem „niepodległościowego zrywu” Katalończyków pozostanie pogłębienie starych ran, nacięcie ran nowych, osłabienie Hiszpanii jako państwa oraz Unii Europejskiej jako całości.
Kto na tym zyska? Na pewno nie Barcelona, na pewno nie Madryt i na pewno nie Bruksela.

Nekrofile w archiwum

Nie wiem, czy jestem solidarny z Lechem Wałęsą. Jestem natomiast przekonany, że cała nagonka, sposób, w jaki się to odbywa i cel, który jej przyświeca są złe. Czy złe drzewo może wydać dobre owoce?

Przede wszystkim na dzień dzisiejszy nie wiadomo o czym z SBcją były prezydent rozmawiał oraz czy pobierał za to pieniądze, czy też np. raz w roku dostał prezent imieninowy.

Jeżeli okazałoby się, że Wałęsa nie donosił na kolegów, lecz agenci wypytywali go w ramach monitoringu co robotnicy myślą o sytuacji w PRLu, nie mamy do czynienia z niczym nadzwyczajnym w PRLowskiej rzeczywistości. Tym bardziej że w tych czasach Lechu był szeregowym robolem, nie zaś przywódcą rewolty. Jeśli wkrótce wyjdzie na jaw, że “Bolek” jednak zajmował się płatnym donoszeniem na współpracowników, oznacza to, że popełnił błąd dyskwalifikujący go jako przyzwoitego człowieka. Donosicielstwo jest zawsze parszywe i to niezależnie od tego, kto i do kogo donosi.

Kiepska moralna postawa jednego człowieka, czy nawet grupy osób nie może rzutować na ocenę ruchu, który liczył sobie 10 000 000 obywateli. Teczkę 27-letniego Wałęsy powinno się potraktować jako jeden z materiałów historycznych i przejść obok niej na tyle obojętnie na ile jest to możliwe. Tym bardziej że nie znamy zawartości pozostałych materiałów z archiwum Kiszczaka. Równie dobrze może się okazać, że J. Kaczyński faktycznie był homoseksualną Balbiną, a pieniądze od PRL brało kilku biskupów. To było w zamierzchłych już czasach, których większość z wypowiadających się na te tematy z racji na wiek nie pamięta i nie może rozumieć. Tak samo jak większość już zapomniała o aferze Telegrafu, gdzie radzie nadzorczej zasiadali Jarosław Kaczyński, Lech Kaczyński, Maciej Zalewski, Andrzej Urbański i Krzysztof Czabański. Pieniądze z Telegrafu w 1990 roku zostały wytransferowane do partii Kaczyńskich – Porozumienia Centrum i stworzyły podwaliny dzisiejszej potęgi PiSu. Czy jest zatem sens rozgrzebywać i rozliczać te sprawy? Ktoś mógłby powiedzieć, że tak, bo chodzi o “prawdę”. Ja jednak wierzę, że trzeba patrzyć w przyszłość, poszukiwać zgody pomiędzy Polakami a grubą kreskę pozostawić historykom. Rękach polityków grzebanie w teczkach przypomina nekrofilię i chciałbym mieć nadzieję, że nie przynosi nikomu z rządzących naszym krajem zboczonej satysfakcji.

 

———–

ZaPiSki z czasów okupacji 🙂 – czyli teksty, które popełniłem za czasów i na temat zapomnianych już co nieco pierwszych dyktatorskich rządów PiS (2005 – 2007).

Wejście Kaczora

W 1513 roku Niccolo Machiavelli zaszokował ówczesny świat twierdzeniem, że dobra i skuteczna polityka to nic więcej jak działalność nastawiona na osiąganie z góry wyznaczonych celów, które nie mają nic wspólnego z moralnością. Dobry polityk musi być skuteczny wszak historia usprawiedliwia tylko zwycięzców. 267 lat po wydaniu Księcia za zasługi wojenne francuski dyrektoriat mianował Napoleona Bonapartego wojskowym dowódcą Paryża. Mały kapral niezwłocznie dokonał zamachu stanu i dyrektoriat obalił.
Minęło kolejnych dwieście lat i władzę w Polsce przejęli pozornie komiczni bracia Kaczyńscy. Dzięki chłodnej Machiavellistycznej polityce udało im się obsadzić dwa najważniejsze stanowiska w dużym państwie usytuowanym w strategicznym miejscu Europy.
Od początku swoich rządów Kaczyńscy zabrali się za trwałą przebudowę polskiej sceny politycznej. Wręcz genialne lawirowanie pomiędzy ultrakatolickim elektoratem Radia Maryja a mamieniem centroprawicy powyborczą koalicją z liberalną PO poskutkowało zajęciem pierwszego miejsca w wyborach do parlamentu. Pewnym jest, że idąc do wyborów parlamentarnych bliźniacy z góry zakładali eliminację PO w razie własnej wygranej. W wyborach prezydenckich Lech Kaczyński prowadził bezwzględną i skuteczną walkę z kandydatem PO Donaldem Tuskiem.
Struktura głosów pozwoliła Kaczyńskim stworzyć koalicję z LPR oraz Samoobroną.
Wciągnięcie do koalicji Ligi uwiarygodniło rząd w oczach zwolenników o. Rydzyka a Smoobrona pociągnęła za sobą prostych zjadaczy Faktu i Superexpresu. Jednocześnie Kaczyńscy uzyskali upragnioną sejmową większość. Koalicjanci od lat śniący po nocach o władzy dostali to czego chcieli: dostęp do mediów i stanowiska dla swoich partyjnych towarzyszy.
Prosty lud lubi igrzyska. Grając na „walce z układem”, „wykształciuchami” i „komuną” przez cały czas trwania koalicji PiSowi udało się utrzymać w miarę stabilny elektorat co w polskich warunkach jest nie lada osiągnięciem. Wszytko to działo się kosztem popularności egzotycznych koalicjantów. Kaczyńscy znakomicie wiedzieli co robią dając Giertychowi tekę wicepremiera i ministra edukacji. Z jednej strony dzięki swoim idiotycznym pomysłom na „reformę oświaty” ściągnął na siebie gniew „wykształciuchów”, z drugiej w oczach sceptycznie nastawionego ludu Radia Maryja uwiarygodnił Prawo i Sprawiedliwość.
Pazerna na władzę i pieniądze Samoobrona pociągnęła za sobą poparcie najprostszych warstw społeczeństwa. Upraszczając można stwierdzić, iż elektoratowi LPR Kaczyńscy dali lustrację a zwolennikom Andrzeja Leppera poranne aresztowania „wykształciuchów”.
Tym oto sposobem PiS skonsumował przystawki utrzymując poparcie wyborców.
Gdyby zsumować procentowy wynik z roku 2005 wszystkich partii tworzących koalicję i dzisiejsze notowania PiSu okaże się że jako całość koalicja straciła prawie połowę swojego elektoratu, PiS stracił jednak tylko 3 do 5%, gdyż na miejsce zawiedzionych wyborców przyszli dotychczasowi zwolennicy LPR i Samoobrony.
Po wypompowaniu głosów z przystawek oraz w perspektywie spadku poparcia spowodowanego coraz większym bałaganem w państwie Kaczyńscy uznali, że lepiej jest się wycofać.
I znowu uderzono w strunę „walki z układem” tym razem Lepperowi zarzucając korupcję co dla resztek prostego elektoratu Samoobrony jest takim samym zarzutem jakim dla wiernych o. Rydzyka byłoby zarzucenie Giertychowi współpracy z SB.
Uderzenie w Samoobronę, która ideologicznie znajduje się dalej niźli LPR oraz posiada większą liczbę szabel w parlamencie stanowi dla Kaczyńskich gwarancję rozpadu koalicji.
Wszystkie dotychczasowe posunięcia PiSu świadczą o tym, że bliźniacy patrzą na politykę w perspektywie dłuższej niż jedna kadencja. Władzy nie trzymają się kurczowo, gdyż w przyszłości chcą rządzić sami – bez koalicyjnych przystawek.
Kaczyńscy chcą przejść do opozycji – oczywiście z ponad dwudziestoprocentowym poparciem co stanowi znakomitą pozycję wyjściową do zachowania fotela prezydenckiego na kolejną kadencję oraz w przyszłości przejęcie pełnej władzy w parlamencie.
Donald Tusk popierając rozpisanie kolejnych wyborów niczym przedszkolak po raz kolejny dał się nabrać na zagrywkę bliźniaków. PiS zachował poparcie, rozwalił koalicję i jako najsilniejsza partia opozycyjna z ław sejmowych będzie „punktował” rząd Tuska i być może Olejniczaka aby powrócić i zgarnąć całą pulę. Platforma Obywatelska „podpaliła się” wizją budowy rządu zapominając, iż prezydentem pozostaje Lech Kaczyński wyposażony w prawo weta. W tej sytuacji Tusk nie powinien dopuścić do wyborów, tłumacząc swoją decyzję koniecznością spokoju politycznego w państwie w związku z organizacją Mistrzostw Europy i deklarując poparcie dla wszystkich dobrych inicjatyw rządu mniejszościowego. PiS nie mając większości w parlamencie bardzo szybko by się wykrwawił oraz byłby całkowicie uzależniony od opozycji. Oddając władzę Platformie Kaczyńscy stawiają siebie w bardzo komfortowej sytuacji zostawiając bałagan za który polityczną cenę zapłaci właśnie Donald Tusk i jego partia. Życie w opozycji jest proste – można wszytko krytykować za nic samemu nie odpowiadając. Tylko czekam ma medialne komunikaty opozycyjnego PiSu mówiące: „walczyliśmy z układem, układ nas zniszczył”, „walczyliśmy z korupcją dlatego wyrzuciliśmy Leppera i rozpisaliśmy wybory”, „za naszych rządów był wzrost gospodarczy i spadło bezrobocie”, „uzyskaliśmy Euro 2012 a oni zawalili sprawę”.
Wbrew medialnym zapowiedziom prawdopodobne jest, że Kaczyńscy poczekają z wyborami do wiosny aby mieć jeszcze czas na przejęcie zatrudnionych na państwowych posadach rzesz działaczy Samoobrony i LPRu co pozwoli na stworzenie silnych PiSowskich struktur terenowych, których brak stanowi dzisiaj największą bolączkę partii Kaczyńskich.
Pomimo negatywnej oceny rządów PiSu, trzeba więc stwierdzić, że Kaczyńscy są wytrawnymi, zimnymi graczami, którzy robiąc mały krok do tyłu dopiero rozpoczynają swój marsz po pełnię władzy.

 

Duszniki przeciw lustracji

Rada Miejska w Dusznikach Zdroju: co prawda nie możemy zablokować wprowadzenia w życie przepisów absurdalnej ustawy, możemy jednak w symboliczny sposób wyrazić nasze niezadowolenie z działań machiny lustracyjnej

Rada Miejska w Dusznikach Zdroju stosunkiem głosów 12:0 przy dwóch wstrzymujących wyraziła symboliczny sprzeciw względem ustawy lustracyjnej. Radni tym samym odrzucili uchwałę powiadamiającą Sekretarza i Skarbnika Gminy o obowiązku złożenia oświadczenia lustracyjnego. Warto zauważyć tu, iż jednocześnie Sekretarz i Skarbnik zgodnie z prawem zostali powiadomieni o wynikającym z ustawy obowiązku przez Przewodniczącego Piotra Zilberta. Symboliczny sprzeciw dusznickiej Rady wpisał się większy ruch sprzeciwu przeciwko absurdom IV RP zapoczątkowany uchwałą senatu Uniwersytetu Warszawskiego.

Wypowiedź radnego Pawła Bolka: Panie Burmistrzu, Panie Przewodniczący, Wysoka Rado,

Lustracja w całym kraju wzbudza ogromne kontrowersje, zwłaszcza w środowiskach autorytetów moralnych i naukowych. Senat Uniwersytetu Warszawskiego przyjął uchwałę, która mówi: ,,Szczególne zastrzeżenia wywołuje kształt, jaki przybiera proces lustracyjny. Przepisy obowiązującej obecnie ustawy lustracyjnej nasuwają poważne wątpliwości etyczne i konstytucyjne. Rodzi to stan, w którym wielu uczciwych obywateli, kierując się głosem własnego sumienia i troską o dobrze rozumiany interes publiczny, musi dokonywać wyboru – czy podporządkować się przepisom tej ustawy, czy odmówić jej posłuszeństwa.

Wszystko to prowadzi do podważenia fundamentów demokratycznego państwa prawnego, zasad społeczeństwa obywatelskiego oraz do obniżenia standardów życia społecznego. Nie możemy przejść obojętnie wobec takiego stanu rzeczy.”

W podobnym tonie wypowiedziały się inne renomowane instytucje naukowe takie jak: Polska Akademia Nauk, Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet Wrocławski, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie czy warszawska Chrześcijańska Akademia Teologiczna. Ustawa lustracyjna jest sprzeczna z prawem, sprzeczna z konstytucją, sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i przyzwoitością. Nakłada ona obowiązek donoszenia na samych siebie, podczas gdy nawet morderca ma prawo do odmowy złożenia obciążających go zeznań.

Oczywiście, ustawodawca nałożył na Skarbnika i Sekretarza Gminy obowiązek złożenia oświadczenia lustracyjnego. O takowym obowiązku zostali poinformowani na piśmie przez Przewodniczącego Rady. Więc Pani skarbnik o tym wie i dodatkowe informowanie jej uchwałą Rady jest zbyteczne. Ustawodawca nałożył taki sam obowiązek zresztą na wszystkich, począwszy od dziennikarzy, przez radnych, naukowców, burmistrzów, dyrektorów szkół na księżach kończąc. Staliśmy się krajem absurdu! I cały świat to widzi! Włoska ,,La Stampa” napisała: ,,Polska jest nieszczęśliwym krajem, w którym trwa wojna na donosy i archiwa komunistycznych służb i gdzie „wszechwładzę” sprawują bracia Kaczyńscy, Radio Maryja i IPN” […] „Być może samym Polakom trudno zdać sobie sprawę z tego, co dzieje się w Polsce, która zdaje się być zablokowana przez paraliżujące historyczne zwarcie”

Jako Rada Miejska, co prawda nie możemy zablokować wprowadzenia w życie przepisów absurdalnej ustawy, możemy jednak w symboliczny sposób wyrazić nasze niezadowolenie z działań machiny lustracyjnej. Patrzmy w przyszłość, nie w przeszłość! Idźmy do przodu, nie wstecz! Tego od nas oczekują mieszkańcy, którzy obdarzyli nas zaufaniem społecznym. Niech Duszniki staną się oazą normalności i zdrowego rozsądku. Dlatego też proponuję zagłosować przeciw przyjęciu rzeczonej uchwały.
(wyborcza.pl)

 

Wiosenne kaczeńce

No i przyszła wiosna. Ku uciesze męskiej części społeczności niewiasty zrzuciły zimowe kreacje a na łąkach rozkwitły kaczeńce. Aż chciałoby się takiego kwiatuszka zerwać, jednak… zgodnie z kalendarzem wyborczym od jesieni kaczeńce są pod ochroną. No, przynajmniej na najbliższe cztery lata i to pod ochroną ścisłą. Kwiatuszki owe są bowiem chronione przez prawo oraz wszystkie możliwe służby mundurowe, od policji począwszy, na borowikach kończąc.
Pierwszego maja młode kaczeńce ukazały się na ulicach Bielska Białej i to nie jako ozdoba, lecz jako zakała miasta. A mianowicie tego właśnie dnia Forum Młodych Prawa i Sprawiedliwości zakłóciło wiec pierwszomajowy. Kwiatowa kontrmanifestacja odbywała się pod hasłem wykreślenia Święta Pracy z katalogu świąt państwowych. Młoda elita partii rządzącej wie co robi. Po co w kraju bezrobotnych zaśmiecać kalendarz dniem wolnym od pracy? Baaa, jak na ironię przypominającym ludziom, że coś takiego jak praca może istnieć… niestety tylko w normalnym kraju. U nas robota jest wyłącznie dla wybranych, aktualnie dla młodych, prawych i sprawiedliwych więc jak łatwo się domyślić młode pisuary wolałyby ten dzień poświęcić zarabianiu pieniędzy. W ich mniemaniu włóczenie się po manifestacjach jest jedynie stratą cennego czasu. Reasumując: Pierwszego maja kaczeńce manifestowały przeciwko manifestacjom pierwszomajowym. Ot poczuliśmy świeży powiew wiosny a wraz z nim przerażający swąd IV RP

Za świerszczyki do pudła

IV RP już dawno osiągnęła szczyty absurdu. Na początku było śmiesznie, kurwiki, owies, dwa kartofle i minister Frankenstein. Później było już tylko mniej zabawnie. Teraz robi się strasznie. Dzisiejsza Polska stała się smutnym krajem biednych obywateli emigrujących za chlebem i normalnością na „zachód”. Irak, Afganistan, „Zero tolerancji”, nienawistna lustracja, postępująca klerykalizacja życia publicznego. Wszystko w atmosferze coraz to nowszych skandali i idiotycznych pomysłów „mądrych głów” z Warszawki. Tak właśnie wygląda „Solidarna Polska” braci Kaczyńskich.
Gdy jak co rano przeglądałem najświeższe wiadomości nie mogłem uwierzyć w to co pokazało się ma moim monitorze. W wielkim zdumieniu sprawdziłem w Wikipedii, czy dzisiaj nie wypada Prima aprilis – niestety nie.
Jak donosi dzisiejsze „Metro” posłowie PiS do spółki z koalicjantami planują nas uraczyć całkowitym zakazem pornografii. Do pudła mają iść ci wszyscy, którzy ją oglądają, posiadają, sprzedają bądź rozpowszechniają tzw. goliznę. Nowelizacja kodeksu karnego zakłada, że każdy kto posiada zdjęcia lub filmy porno będzie mógł trafić za kratki nawet na rok. Jednak, gdy ktoś będzie czerpał zyski ze sprzedaży ostrej erotyki (np. pani w kiosku), zapłaci grzywnę lub posiedzi w kryminale dwa lata.
Powyższy pomysł cieszy się poparciem partii tworzących koalicję, więc w Sejmie pewnie przejdzie. Polska w zastraszającym tempie staje się więc państwem wyznaniowym – Talibanem Europy, krajem pełną gębą totalitarnym z cenzurą Internetu, prasy, telewizji. Z cenzurą sumienia.

 

Jarek nie lubi Hanki

Zimową porą roku 1917 w Krakowie w rodzinie żydowskiej przyszła na świat dziewczynka. Po ukończeniu szkoły podstawowej i gimnazjum skierowała swoje kroki na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W tych czasach studia były dla wybranych, a większość społeczeństwa cierpiała niedostatek. Hanka także z trudem wiązała koniec z końcem. Gdy wybuchła II Wojna Światowa Hanka Szapiro, bo tak się właśnie zwała, aktywnie organizowała pomoc dla więźniów politycznych. Narażając własne życie, wraz z grupką rówieśników wydawała podziemne pismo „Wolność”. Wierzyła w równość wszystkich ludzi, wierzyła, że na trupie okupanta powstanie Polska „której gospodarzem będzie robotnik, chłop i inteligent pracujący”.
W 1943 roku dzielna dziewczyna stanęła na czele Zarządu Głównego Związku Walki Młodych. Naturalnie rzecz biorąc z racji na swoje żydowskie pochodzenie rodzina Szapirów musiała się ukrywać. Hanka pomieszkiwała u znajomych posługując się przybranym nazwiskiem Sawicka. Niezależnie od konsekwencji i działań aparatu nazistowskiego terroru prowadziła pracę wydawniczą i kolportażową, niosła pomoc ludziom getta, była inicjatorką utworzenia Komitetu Pomocy Ofiarom Faszyzmu.
18 marca 1943 roku podczas spotkania z dowódcą warszawskiego oddziału Gwardii Ludowej Janem Strzerzewskim „Wiktor” oraz dowódcą oddziału zbrojnego ZWM Tadeuszem Olszewskim „Zawisza” wpadła w zasadzkę gestapo. Wywiązała się strzelanina w której „Wiktor” poniósł śmierć a Sawicka została pojmana przez gestapo. Ranna zmarła następnego dnia na warszawskim Pawiaku.
Sześć lat po jej bohaterskiej śmierci w tej samej Warszawie, tyle, że juz wolnej od faszystowskiego okupanta urodzili się Jarek i Lech. Swoje kroki skierowali na ten sam wydział prawa, na którym studiowała Hanka. W wolnej Polsce mogli bez przeszkód ukończyć studia – za które zapłaciło im państwo. Państwo, którego gospodarzem byli „robotnik, chłop i inteligent pracujący”.
Jarek i Lech, na taką Polskę sie obrazili chcąc doprowadzić do jej destrukcji. Po upadku Polski Ludowej nastąpił okres III RP, czasy w których do kraju znów zawitały bezrobocie, nędza i brak perspektyw. To także nie spodobało się Jarkowi i Lechowi. I znów dzięki głosom biednego społeczeństwa dokonali przewrotu. Na Trupie III RP powstała nowa, lepsza bo bardziej kaczyńska IV RP. Polska, w której poza biedą i bezrobociem gratis dostaliśmy masową emigrację, rządy kościoła, cenzurę i zamordyzm.
A Hanka? Jej nazwisko ma zniknąć z nazw ulic i podręczników historii – wszak walczyła o Polskę Ludową, a nie Rzeczpospolitą Kaczyńską.

Bieda, zamordyzm i lipa

Miało być lepiej, wyszło jak zwykle. I choć ludek nadwiślański przywykł do biegu po równi pochyłej to w co światlejszych umysłach zapala się czerwona lampka.
Od października wszak Polacy na rzecz rządzonego przez Kaczyńskich, Leppera i Giertycha aparatu państwowego utracą resztki prywatności.
Nowe prawo telekomunikacyjne zakłada, iż cała nasza korespondencja będzie ściśle kontrolowana przez władze.
O co chodzi? Chodzi o totalny zamordyzm. „Silne państwo” oznacza państwo totalitarne. Od października wszelkie organy ścigania (także ABW), prokuratury oraz sądy otrzymają możliwość pełnego wglądu w naszą korespondencję.
Tak oto na przykład każdy policjant (lub UBek) prowadzący jakąś sprawę będzie mógł uzyskać od operatorów telefonicznych czy internetowych treść naszej korespondencji, o ile oczywiście subiektywnie uzna, że jesteśmy w jakikolwiek sposób z tą sprawą związani (np. występujemy w charakterze świadka).
Myli się ktoś kto sądzi, iż „silne państwo” Kaczyńskich zrekompensuje to obywatelom tworząc z Polski kraj dobrobytu.
Od stycznia czekają nas nowe podwyżki. Na ten przykład czterokrotnie wzrośnie akcyza na olej opałowy, o 30 procent podatek na autogaz (koniec tańszego transportu), o 13 procent podskoczą ceny papierosów, natomiast o 25 groszy na litrze zdrożeje benzyna.
Dziesięcioprocentowa podwyżka akcyzy nie ominie nawet piwa!
Obserwując sytuację możemy z całą pewnością stwierdzić, iż „krajem kwitnącej wiśni” IV RP nie jest, co najwyżej „krajem kwitnącej lipy” a Jan z Czarnolasu pisząc fraszkę „Na lipę” okazał się naszym polskim Nostradamusem.
Co zrobić? Lipę trzeba ściąć – w związku ze zbliżającymi się wielkimi krokami wyborami samorządowymi nadarza się ku temu wyśmienita okazja.

 

(Wszech)polska szkoła

Liga Polskich Rodzin wypuściła spot reklamowy rozpoczynający się od słów „szkoła pełni bardzo ważną rolę w kształtowaniu postaw młodych Polaków”.
Przedstawia on dzieci idące do przyozdobionej biało-czerwonymi flagami szkoły. Owe flagi mogą symbolizować faszystowską indoktrynację nazywaną dumnie przez LPR „wychowaniem patriotycznym”.
Na czele „pochodu” podążają dzieci „grzeczne – ubrane schludnie i kolorowo, za nimi zbuntowana, wręcz alterglobalistyczna młodzież –taka jaką znamy z medialnych przekazów przedstawiających antygiertychowskie protesty.
Po chwili widzowi ukazuje się obraz szkolnych chuliganów atakujących podczas lekcji nauczyciela, w ich tle na tablicy narysowane są symbole wolnościowe i pacyfistyczne, oraz napis „peace”. Lektor tłumaczy, iż LPR nie zgadza się na: „patologie, przemoc, narkotyki i demoralizację młodzieży w szkołach”. Oczywiście widz ma odnieść wrażenie, że te patologie, przemoc i narkotyki to dzieło ruchów lewicowych i pacyfistycznych.
Następnie kamera wraca przed szkołę i naszym oczom ukazuje się brama zatrzaskiwana przed młodymi buntownikami. Dla ludzi niezgadzających się z chorym światopoglądem ministra edukacji nie ma więc miejsca we (wszech)polskiej szkole. Za bramą mają pozostać wszyscy, którzy na własne ryzyko używają mózgu do samodzielnego myślenia. Cały spot kończy wypowiedź uśmiechniętego Giertycha – pozującego na „dobrego ojca” polskiej młodzieży.
Materiał reklamowy LPR został skrytykowany przez psychologów jako antywychowawczy i de facto demoralizujący. Pokazuje on kierunek zmian zachodzących w IV RP. Polska staje się krajem totalitarnym, w którym nie dopuszcza się odmiennych poglądów i promowany jest jedynie koniunkturalizm. Polska Giertycha to piekło, w którym odnajdą się tylko prawomyślni „Polacy – katolicy” popierający „jedyną słuszną opcję”. W polskiej szkole nie ma miejsca na odmienności, nie ma w niej miejsca nawet na teorię ewolucji. O tym co jest prawdą naukową, a co nie, mają decydować politycy z grupy trzymającej władzę.
Możemy mieć tylko nadzieję, iż IV RP upadnie o wiele szybciej niż jej niechlubna poprzedniczka.

 

Mamy Frankensteina

Mamy w końcu od dawna zapowiadany rząd większościowy. Jak trafnie napisał jeden z internautów na portalu lewica.pl – „śmiesznie już było, teraz będzie strasznie”. Od dziś (wszech)polskie matki straszyć będą niepokorną latorośl Frankensteinem w osobie Romana Giertycha, a grabarzem polskiego rolnictwa okaże się „socjalliberalny” populista (wielki posiadacz ziemski) Andrzej Lepper.

Czego możemy spodziewać się po Giertychu?

Wielki (a raczej wysoki) wskrzeszyciel Młodzieży Wszechpolskiej od dawna nalegał na objęcie resortu edukacji. Elektorat LPR z racji na podeszły wiek wymiera i za kilka lat już nikt nie zaufa katolickim demagogom (czytaj: wyborców trzeba sobie wychować). Ot cały sekret przejęcia Ministerstwa Edukacji przez Romana wszechpolskiego.
Młodość oznacza bunt, więc giertychowski zamordyzm przyniesie skutek odmienny od zamierzonego. I bardzo dobrze – młodzi nauczą się wychodzić na ulice i walczyć o swoje prawa.

Lepper – nadzieja wsi?

Charyzmatyczny przywódca Samoobrony jest jednocześnie posiadaczem sporego majątku ziemskiego. Jak słusznie zauważył Karol Marks: „Byt kształtuje świadomość” więc minister Lepper (któremu powodzi się nieźle) na dobre utraci kontakt z własnym elektoratem. Stołki w Warszawce mają to do siebie, że zajmujący je delikwent skutecznie odrywa się od szarej, bezrobotnej i biednej rzeczywistości. Andrzej Lepper oderwał się już dosyć dawno, jednak z racji na niemożność wpływania na decyzje władz centralnych utrzymał dobre imię „obrońcy uciśnionych”. Teraz sytuacja się zmieni i w obliczu dalszego pogarszania się bytu chłopów, zaufanie do szefa samoobrony spadnie do zera. Lepper także może spodziewać się manifestacji pod swoim gabinetem – manifestacji, których do niedawna był inicjatorem.

Tak więc spokojnie możemy powiedzieć, iż wejście do rządu zatopi LPR, zatopi Samoobronę i zatopi bezpośrednio odpowiedzialny za skład rządu PiS. Kolejne wybory z pewnością wygra Platforma Obywatelska, która swym liberalnym programem dobije IV Rzeczpospolitą (i niestety przy tym jej mieszkańców) .
Miejmy nadzieję, iż po wielu latach wolnorynkowych eksperymentów społeczeństwo w końcu przejrzy na oczy i raz na zawsze odsunie od władzy skorumpowaną klasę polityczną.

Przy okazji zmian w Warszawce, swoje obłudne oblicze pokazała Europa zachodnia. Można, a nawet trzeba krytykować ciemnotę w polskim rządzie, aczkolwiek francuski „Le Monde” poszedł o krok za daleko. Gazeta znad Sekwany zażądała od Unii wprowadzenia w stosunku do Polski sankcji politycznych. Giertych to oszołom – zgoda, Lepper populista – bezsprzecznie, jednak Polska jest suwerennym państwem.
Demokracja postrzegana przez pryzmat politycznej poprawności nie jest demokracją, a liberalnym odpowiednikiem totalitaryzmu. Sytuacja w której Unia mówi: „wybierajcie demokratycznie, ale tylko odpowiednia opcję” stawia pod znakiem zapytania suwerenność państw wspólnoty.

Reasumując. Źle się stało, że do rządu weszło rozmaite oszołomstwo, jednak jak mawia przysłowie: „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”. Być może polskie społeczeństwo aby wyrwać się z bagna III i IV RP potrzebuje właśnie terapii szokowej w postaci uczącego dzieci Frankensteina.

 

Wesoło nie jest

Jakby nie patrzyć na to co się dzieje w kraju pod rządami obecnej koalicji, to na pewno nie można powiedzieć iż jest wesoło.
Minister Giertych zadecydował o wprowadzeniu do szkół programu komputerowego Beniamin.
Program ma cenzurować Internet od kątem treści pornograficznych i przemocy. Udostępniona na mocy umowy z MEN przez Katolickie Centrum Kultury aplikacja jest darmowa do użytku niekomercyjnego. Ministerstwo zachwyca się skutecznością programu i poleca ją także do użytku domowego. Istnieje tylko małe „ale”. Program jest nieskuteczny i utrudnia codzienną pacę z Internetem.
Z Beniaminem nasze dziecko może spokojnie odwiedzać serwisy „dla dorosłych” i strony organizacji nazistowskich.
Problem pojawi się natomiast w sytuacji, gdy np. z czystej ciekawości będzie chciało dowiedzieć się co oznaczają słowa: gej, homoseksualista, marihuana bądź odwiedzić blog kolegi ze szkoły.
Mamy IV RP, mamy więc i cenzurę.
Kolejny pomysł LPR dotyczy zmian w Kodeksie Karnym. Liga chciałaby wprowadzenia do KK definicji psychomanipulacji, która to wg giertychowców winna być karana w skrajnych przypadkach nawet dożywociem.
Psychomanipulacja przy tym została zdefiniowana jako „oddziaływanie na osobę lub grupę osób metodami psychologicznymi w związku z działalnością o charakterze religijnym lub rytualnym w celu bezwzględnego podporządkowania tej osoby lub grupy osób sprawcy”
Definicja pasuje jak ulał do działań Radia Maryja. Niestety w ręku grupy trzymającej władzę w IV RP, będzie ona orężem wymierzonym w wolność religijną.
Mamy IV RP, mamy więc i zamordyzm.
W kilkutysięcznym miasteczku Łodzierz zorganizowano Powiatowy Dzień Sportu. Jedna z konkurencji polegała na rzucie beretem. Zabawa wyśmienita, klimat niezły, jednak… beret był moherowy. I tutaj zaczęły się problemy. Rajcy miejscy (zgadnijcie z jakiej opcji) uznali, iż było to „celowe działanie przeciw Kościołowi” i domagają się zwolnienia z pracy dyrektorów szkół, którzy ośmielili się wziąć udział w ww. konkurencji. Sprawą zajął się wydział oświaty Starostwa Powiatowego w Miastku.
Najprawdopodobniej dyrektorzy dostaną naganę. To jednak nie wystarcza radnym, którzy żądają ich natychmiastowego odwołania, gdyż „nie można robić sobie kpin z wiary”. Od kiedy tylko chrześcijanie wierzą w Beret?
Mamy IV RP, mamy wiec absurdy.

 

Grass dla nas!

Okazało się, iż teutoński odpowiednik Leopolda Stuffa, nijaki Guenter Grass w latach swojej młodości zaciągnął się do pewnej średniopacyfistycznej formacji zbrojnej.
Waffen SS, bo tak zwała się owa ekipa miast jak na Niemców przystało palić blunty i mówić o pokoju strzelała do wszystkiego co się rusza i nie zna języka Goethego.
Oczywiście nie da się tłumaczyć zbrodni popełnianych przez brunatnych morderców. Na osobę Grassa należy wszak spojrzeć przez pryzmat historii tysiącletniej Rzeszy.
Niemiecki pisarz w wieku nastu lat żył w konkretnej rzeczywistości, erze nazistowskiego totalitaryzmu wyniszczającego osobowość człowieka.
Kolejne lata życia Grassa upłynęły jednak na odbudowie mostów spalonych pomiędzy naszymi narodami wraz ze śmiercią Ottona III.
To wszystko niestety ma zerowe znaczenie dla lubującej się w wyciąganiu błędów młodości nadwiślańskiej prawiczki.
Ultrakatolickie PiSuary przy intelektualnym akompaniamencie Wałęsy podniosły lament domagając się odebrania Grassowi nadanego w 1993 roku honorowego obywatelstwa miasta Gdańska.
I na nic się tutaj zdają tłumaczenia, że czasy były nieludzkie, że pisarz już dawno odpokutował błędy młodości, że wiele dolnośląskich miast po dziś dzień ma w gronie obywateli honorowych samego Führera.
Baa, do prawicowych oszołomów nawet nie przemawia fakt, iż ich idol Benedykt XVI był członkiem nie mniej pacyfistycznej Hitlerjugend. Każdy w IV RP powinien wiedzieć, że niemieckich staruszków dzielimy na tych dobrych (z Hitlerjugend) i tych złych (cała reszta). Grass jest zły i koniec. Niech odda Polakom kasę ze swojej ostatniej ksiązki, co tam emeryturę najlepiej też niech odda! A później zajmą się nim chłopcy z Młodzieży Wszechpolskiej. Tu jest polskie piekło i amen.

 

Herbatka góralska bez prądu

Sezon narciarski w pełni. Śnieg, dwie deski i herbatka po góralsku. Wkrótce jednak owa narciarska sielanka może zostać brutalnie przerwana przez pomysł szefa MSWiA, wicepremiera Ludwika Dorna. Na nasze stoki ma zostać wysłana armia mundurowych zaopatrzonych w tzw. „baloniki” sprawdzających trzeźwość miłośników białego szaleństwa.
Jak się łatwo domyślić podejrzany o pijaństwo będzie każdy kto z górki zjeżdża slalomem.
Policja się cieszy, gdyż miast spędzać czas na nudnych patrolach nadarzy się okazja by wskoczyć w buty narciarskie – na koszt podatnika oczywiście, a sporty zimowe do tanich nie należą.
Jakie będą konsekwencje szusowania po alkoholu – jeszcze nie wiadomo. Przypominają mi się czasy gdy za jazdę bez karty rowerowej milicja spuszczała powietrze z opon dziecięcego bicykla. Teraz być może karą będzie konfiskata nart, kijków, gogli, dożywotni zakaz ślizgania się na nartach, butach, łyżwach bądź po prostu mandat z którego to MSWiA sfinansuje zwiększenie liczby „śnieżnych patroli”.
Znajomy, który utrzymuje się z drobnej gastronomii na Zieleńcu pomysł ministra Dorna streścił jednym słowem: „idiotyzm”.
Trudno się z nim nie zgodzić, gdyż skuteczność balonikowych patroli będzie znikoma, koszty ogromne a narciarze niechybnie czmychną za granicę, gdzie bez trudu znajdą lepiej przygotowane trasy, tańsze wyciągi i dmucha się co najwyżej na zmarznięte ręce. Warto tu zaznaczyć, iż w cywilizowanych krajach grzane piwko jest serwowane bezpośrednio na stokach. Narciarstwo to sport wyczerpujący i alkohol jest szybko wydalany z organizmu.
Problem wypitych narciarzy oczywiście istnieje, jednak jest on marginalny – takowi jegomoście wszak nie są przeważnie wpuszczani na orczyk, a trasę pod górkę mogą co najwyżej odbyć piechotką – a jest to wiele skuteczniejsze niźli izba wytrzeźwień.
Dzięki genialnemu pomysłowi MSWiA stracą wszyscy, od właścicieli knajpek począwszy, przez właścicieli wyciągów na podatnikach kończąc. Co niektórzy w imię oszczędności chcieliby zamiast policji widzieć zaopatrzonych w alkomaty goprowców – ci jednak mają ważniejsze sprawy na głowie – choćby ratowanie ludzkiego życia.

Niemoralność nad niemoralnościami i wszystko niemoralność

Jak podał portal internetowy „Wirtualna Polska” 123 obcokrajowców – obywateli Wietnamu, Bułgarii, Armenii, Ukrainy i Białorusi zostało zatrzymanych podczas wspólnej akcji straży granicznej, straży miejskiej, celników i policji na Stadionie X-lecia w Warszawie.
Podczas tej „spektakularnej” akcji zarekwirowano towar o łącznej wartości 17,5 tys. zł.
Wszyscy zatrzymani obcokrajowcy oczywiście zostaną wydaleni z Polski i przez najbliższe kilka lat nasz kraj będą oglądać jedynie na mapie.
Około sześćdziesięciu z nich z racji posiadanego już wcześniej nakazu opuszczenia Polski, przed deportacją trafi jeszcze do pudła.
I po co to wszystko??? Skrzywdzono 123 niewinnych ludzi, którzy przyjechali do naszego kraju za chlebem, wydano olbrzymie pieniądze na organizację pokazowej akcji, a wszystko dla siedemnastu tysięcy złotych. Nikt nie zastanowił się nad tym, że wartość zarekwirowanego towaru to 142 złote w przeliczeniu na jednego handlarza, co stanowi śmiesznie małą stratę dla rodzimej gospodarki. Na przyszłość proponuję polskim władzom zająć się rzeczywistymi problemami, a nie szukać tematów zastępczych krzywdząc przy tej okazji niewinnych ludzi.

Jest dobrze

Przez cały kraj przetoczyła się fala protestów studenckich i uczniowskich przeciwko osobie nowego Ministra Edukacji Romana Giertycha.
W związku z tym przewrotnie muszę powiedzieć, iż cieszę się z osoby p. Giertycha na tym właśnie stołku.
Polska młodzież XXI wieku generalnie ma wszystko gdzieś, teraz jednak się zaktywizowała i wyszła w końcu na ulice. Aż przyjemnie się robi na sercu, gdy ze srebrnego ekranu oglądamy studenckie protesty nad Sekwaną. Francuzi nie boja się wyjść z domów i upomnieć się o swoje prawa, ostatnio wyszły ich trzy miliony. A Francja jest o wiele bogatsza od Polski.
Roman Giertych jako wychowawca młodzieży nauczy ją walczyć z rządem i skutecznie zrazi do oszołomskiej prawicy. I to jest dobre.
Wielu z nas buntuje się przeciwko powołaniu Centralnego Biura Antykorupcyjnego. I tutaj muszę przewrotnie stwierdzić, że mi się owy pomysł podoba.
W Wenezueli erozja zgniłego systemu parlamentarnego zaczęła się właśnie od rozliczania polityków zamieszanych w wielkie afery finansowe. Po aresztowaniu exprezydenta Carlosa A. Péreza i nieudanych próbach reanimacji państwa społeczeństwo utraciło zaufanie do klasy politycznej. Efekt: dojście do władzy Hugo Chaveza i rzeczywista poprawa bytu ludności.
Jestem przekonany, iż następne wybory wygra PO, a reanimację państwa rozpocznie od cięć socjalnych. Wtedy jednak ludzie wyjdą na ulice i obalą zgniłą liberalną oligarchię.


 

W dupach się poprzewracało

Le Pen to taka sama zaraza jak Trump, Erdogan czy Kaczyński. Populizm jest esencja bezideowego zła wyekstrahowana z dwudziestowiecznych totalitaryzmów. W dupach się białym poprzewracało. Chcieliby wciąż zwiększać swoja konsumpcje (wzrost gospodarczy jako wskaźnik ha ha ha), ale nawet dupa ma swoja maksymalna pojemność. W momencie gdy stracili jedna czy dwie frytki ze swojego talerza zaczynają szaleć i glosować na obiecujących cuda oszustów. Bo prawda jest taka, ze statystyczny Francuz lub Anglik, który i tak odczuwa niedostatki w porównaniu z tym co miał wczoraj, nie chce się dzielić tym co mu jeszcze pozostało. I nikt nie chce dostrzec, ze to cale bogactwo w rzeczywistości jest fake i na kredyt, ze świat nie jest wcale tak bogaty. Bogactwo Zachodu nie pochodzi z ciężkiej pracy Anglików czy Francuzów, ani ich wyjątkowej zaradności czy tez wykształcenia lecz z pewnych właściwości systemu finansowego i jest generowane jako dług. Tymczasem poza bańką jest jeszcze świat, dobre 90% ludzkości, które je, pije i posiada zdecydowanie mniej a pracuje ciężej i w gorszych warunkach. Wiem, ze dla białego ucha brzmi to niezbyt przyjemnie , ale wciąż mamy za dużo i jest nas za mało. I tutaj nie miałoby znaczenia większego czy Marcon czy Le Pen lub Tusk czy Korwin – Mikke. Jest tylko jeden szczegół, którym są nasze liberalne przywileje – zwyczajne ludzkie prawa, jak prawo do mieszkania gdziekolwiek chcemy, które wcale nie są takie oczywiste z perspektywy modelu państw narodowych. Te prawa gwarantuje nam istnienie ponadnarodowej Wspólnoty, która powinna się poszerzać na cala globalna społeczność, nie zaś kurczyć i dążyć do atomizacji. I dlatego właśnie Le Pen i Donald Trump są nie do przyjęcia. To są szkodniki, które niszczą nasz świat, na ta chwile belle epoque jest skończona. Nie oznacza to jednak, ze lepsze czasy jeszcze nie wrócą.

 

Dzieci gorszego reSORTU

W czasach pierwszej kadencji PiSu, aby zostać wrogiem wystarczyło być tak zwanym komunistą.  Cokolwiek to słowo oznacza, trzeba było w przeszłości zrobić coś czego Prezes nie lubi. Teraz, kiedy z racji na upływający czas okazało się że nie ma już sensu straszyć komunistami,  przed  pisowskimi propagandystami stanęły nowe wyzwania. W rolę nowych wrogów wcielili się „lewacy” oraz „dzieci resortowe”. O ile pierwszy termin jest zarezerwowany dla wszystkich którzy myślą inaczej niż władza, o tyle drugi ściśle wiąże się z pochodzeniem klasowym wroga ludu. Podobnie jak Żydem i Cyganem, dzieckiem resortowym trzeba się urodzić. Takie a nie inne pochodzenie klasowe w oczach propagandystów PiSu ma determinować status społeczny i materialny. Pod rządami kaczystów dzieckiem resortowym może okazać się każdy – syn bibliotekarki, wnuk wojskowego, córka urzędnika. Pozostające w spisku dzieci resortowe skrzętnie ukrywają swoje pochodzenie, niższość genetyczną i wyssane z mlekiem matki uzdolnienie do cwaniactwa. Są jakby gorszym sortem człowieka, są wśród nas, a może sami nimi jesteśmy.

 

CHRYSTUS NARODÓW

Polska nie jest „Chrystusem Narodów”. Zgodnie z Biblią, prorok z Betlejem oddał swe życie za grzechy innych.
Długa tradycja narodowych tragedii nie ma jednak swego źródła w cudzych występkach.
To nie kto inny jak Bolesław Krzywousty, podzielił młode państwo na dzielnice, i nie kto inny jak jego wnuk, Konrad zaprosił do kraju Krzyżaków.
Przeszło 120 lat rozbiorów zawdzięczamy Sejmowi, który rubasznie demontował państwo, broniąc własnych przywilejów.
Jedynym co przyniósł, okres planowanych na salonach powstań doby romantyzmu, było fizyczne oraz ekonomiczne wyniszczenie społeczeństwa.
W takich też warunkach, na gruzach powojennej Europy w 1918 r. odrodziła się Polska. Ze swoją dumą, nadziejami i energią młodego pokolenia naszych pradziadków.
Została ona zabita już w roku 1939, wraz z radosnym dzieciństwem ich dzieci.
Krótkowzroczni politycy znowu skazali uzbrojone w konnicę państwo na konfrontację z potęgami świata. I choć wydaje się to nieprawdopodobne, to gdy po latach cierpień, straszna wojna wydawała się zmierzać ku końcowi, politycy zadecydowali o wybuchu powstania, które okazało się pogrzebem stolicy.
Dwa lata później, kiedy zesłańcy jeszcze nie powrócili z Syberii, pośród ruin Warszawy sejm jednogłośnie rozpisywał referendum, wprowadzające w Polsce komunę.
Kolejne nadzieje, kolejne wyrzeczenia, kolejne rozczarowania, kolejne błędy.
To własne błędy Polaków, leżą u podstaw naszej słabości. Stanowią one swoistą karmę – łańcuch przyczynowo skutkowy, którego nie potrafimy zerwać. Nie pomaga nam w tym zdecydowanie przytoczone we wstępie „chrystusowe” uzasadnienie.
Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill, w ten sposób scharakteryzował Polaków:
„Pozostaje to tajemnicą i tragedią historii, że naród [Polacy] gotów do wielkiego heroicznego wysiłku, uzdolniony, waleczny, ujmujący powtarza zastarzałe błędy w każdym prawie przejawie swoich rządów. Wspaniały w buncie i nieszczęściu, haniebny i bezwstydny w triumfie. Najdzielniejszy pośród dzielnych, prowadzony przez najpodlejszych wśród podłych”.
Weźmy to sobie do serca.
Radosnego 11 listopada!

NAJWIĘKSZY DILER W POLSCE

Jeden z bliskich kolegów, zamieszkujący od lat poza granicami kraju były hurtownik narkotyków opisywał mi mechanizm powrotu zajętego przez policję towaru na rynek.

Skorumpowany funkcjonariusz miał systematycznie i niepostrzeżenie wynosić spore ilości amfetaminy i kokainy, które trafiały do sieci dystrybucji jednego z większych gangów w Polsce. Wiedza wyższego rangą żołnierza ograniczała się do źródła pochodzenia „materiału” oraz jego odbiorców. Całą sprawę reżyserował jeden z nieżyjących od kilku lat królewiczów polskiego podziemia. Zastanawiające jest, że proceder trwał ponad dekadę i nikt z jego organizatorów ani nawet drobniejszych dilerów „w firmie” nigdy nie był gnębiony przez organy ścigania. Jednocześnie do więzień trafiali (i nadal trafiają) prywaciarze – niezależne płotki importujące, bądź też produkujące narkotyki na własną rękę. Według spostrzeżeń poczynionych po latach przez mojego kolegę oraz kilku innych znajomych „z branży”, wszystko było „nagrywane z góry”.

– Jestem przekonany, że glina, który opylał nam dragi później pisał z tego raport – wprost usłyszałem podczas jednej z rozmów poczynionych w trakcie przygotowywania materiału.

Coraz częściej można spotkać się z opinią, że polska mafia, od samych swoich początków sięgających jeszcze PRLu była kreowana przez służby specjalne. Apogeum jej działalności przypada na lata dziewięćdziesiąte XX wieku, kiedy rodzimi gangsterzy byli potrzebni państwu do walki z próbującą się zainstalować w naszym kraju, a reprezentującą interesy Kremla mafią rosyjską. Operacja okazała się na tyle skuteczna, że Polska po dziś dzień stanowi białą plamę na światowej mapie wpływów rozpasanej w krajach Europy Zachodniej rosyjskiej gangsterki. Nie jest już tajemnicą, że pieniądze pochodzące z działalności przestępczej rodzime gangi inwestowały w branżę discopolo, której złota era przypada właśnie na najlepsze lata polskiej mafii. Discopralnia popadła w głęboki kryzys i na lata zniknęła z popkulturowego mainstreamu dokładnie w czasie sławetnej fali „samobójstw” oraz podejrzanych zgonów bossów polskiego podziemia. W ten oto sposób mafia, o której swojego czasu w kraju słyszał każdy nagle zawinęła swoje skrzydła będąc zredukowaną przez służby specjalne do poziomu małych lokalnych gangów, które jednak posiadają perspektywę rozwojową, jeżeli tylko znowu staną się potrzebne.Obserwując strukturę wydatków państwa polskiego trudno znaleźć paragrafy mówiące o kosztach ponoszonych w związku z działalnością służb specjalnych. Niemniej jednak służby i ich nielegalne operacje kosztują majątek. Popularność zdobyły krążące po internecie fotografie niesławnego agenta Tomka pozującego z walizką pieniędzy. Jest to tylko kropla w morzu kosztów ponoszonych w związku z opłacaniem informatorów czy też rozmaitych szpiegów, zarówno w kraju jak i poza jego granicami. Wiele mówią także policyjne statystyki traktujące o liczbie osób zatrzymanych w związku z posiadaniem narkotyków, zwłaszcza marihuany, za którą praktycznie nigdzie na świecie nie trafia się już do więzień. Nielegalny towar ma zdecydowanie większą wartość, a restrykcyjne prawo uderza w drobną konkurencję. Ciężko jest nie odnieść wrażenia, że za kratki trafiają jedynie użytkownicy trawki, domowi plantatorzy oraz dilerska drobnica – prywaciarze. Nieprawdopodobnie restrykcyjne przepisy mają na celu coś więcej niż ochronę społeczeństwa przed uzależnieniami. Wydaje się, że pod pretekstem walki z narkomanią państwo chroni zmonopolizowany przez specsłużby rynek. Jednocześnie proporcjonalnie do eskalacji konfliktu z Rosją znowu ktoś zaczyna inwestować w muzyczną scenę discopolo. Przypadek? Może. Lecz historia lubi się powtarzać.

NOWA TWARZ RASIZMU

Wstyd mi za kraj, którego paszport noszę w kieszeni. Wstyd mi za pełny nienawiści ludowy katolicyzm, który trąci niechęcią do wszystkiego, co inne, nowe, nieznane. Wstyd mi, że naród, który tak wiele skorzystał na przystąpieniu do Unii Europejskiej, nie rozumie pojęcia wspólnoty i międzynarodowej solidarności. Unia w rozumieniu przeciętnego Polaka to dojna krowa, którą należy wyciskać jak cytrynę, a wszelkie wałki na unijnych dotacjach znajdują ciche zrozumienie.
Rząd kraju, z którego w poszukiwaniu lepszych warunków życia w ciągu ostatniej dekady wyemigrowało przeszło 2 000 000 obywateli nie chce na swojej ziemi garstki uciekinierów z ogarniętej wojną Syrii. Chrześcijański kraj jest obojętny na cierpienia ludzi mordowanych przez nieludzki reżim, nawet gdy powodem represji jest wyznawanie wspólnej religii. Polacy, którzy jako pierwsi podnoszą głos w obronie własnych emigrantów, pozostają głusi na wołanie o pomoc. Tak samo obojętny jest im głos innych państw europejskich, które borykają się z problemem nielegalnej imigracji, jak i los samych imigrantów.
Nie rozumiem tylko dlaczego polskie media obłudnie wyrażają ból za każdym razem, gdy Morze Śródziemne do krainy snu zabiera coraz to nowych uciekinierów z pogrążonego wojną świata. Władze tego kraju nie mają oporów, aby wysyłać wojska na inne kontynenty. Nie ma w tym ani odrobiny troski o miejscową ludność. Jest tylko wyrachowanie i cynizm. Lansuje się tezę, jakoby przyjmując imigrantów zachód spłacał swój dług kolonialny. Pomijając zupełnie to, że emigranci uciekają z powodu jak najbardziej aktualnych konfliktów, inspirowanych niejednokrotnie współczesnymi działaniami zachodu. Polska jest na tej arenie wyjątkowo aktywna.
Lansowana nad Wisłą postawa wobec imigrantów ma charakter jak najbardziej rasistowski. Monolityczna Polska porzuciła swoją, zniszczoną przez II Wojnę Światową tradycję kraju wielokulturowego, otwartego na uciekinierów. Jak mówią statystyki, Polacy nie chcą żyć w Polsce, a fala emigracji nieprzerwanie przybiera na sile. Smutna, skłócona, nietolerancyjna Polska, aby się zmienić, aby stać się bardziej przyjaznym miejscem do życia potrzebuje imigrantów tak samo jak i imigranci potrzebują Polski. Dla jednych i drugich proces oswajania się z nową sytuacją początkowo nie będzie przyjemny, ale warto. Warto, bo ktoś musi zapełnić dziurę pokoleniową w kraju. Zjednoczona Europa, aby rozwiązać problem imigracji potrzebuje również Polski, 2 000 000 polskich emigrantów potrzebują Zjednoczonej Europy. Wydaje się natomiast, że tym, czego nikt nie potrzebuje jest strach, nienawiść oraz brak jedności.

Pytanie

To jest zasadniczo pytanie o Polskę. Czym jest dzisiejsza Polska i na ile oddaje ona ducha tego, co chcielibyśmy rozumieć przez polskość. No i dodatkowy problem, co oznacza „chcielibyśmy”. Bo jakieś pół wieku po II wojnie Światowej, ćwierć po komunie i dekadę po Janie Pawle II naród pękł. Nie ma praktycznie niczego co scala „Polskę Mafii” i „Polskę Sekty”. Skala emigracji młodych ludzi może być śmiało porównywana ze stratami ponoszonymi wskutek solidnych działań wojennych. Z drugiej zaś strony ludzie, którzy wyprowadzili się za granicę, wybrali życie w normalnych krajach. I mają rację. To jest w takim samym stopniu zarzut wobec władz IV RP, jak i wina zmiany składu etnicznego kraju po II Wojnie Światowej. Wymieszany naród, w nowych granicach po utracie wspólnego mianownika nie poradził sobie, gdy pojawiło się widmo różnorodności. Owoce? Hejting, wojna Polsko – Polska, regres prawicy, zanik lewicy, kryzys Kościoła, boje światopoglądowe i takie tam same słodkości.

Król jest nagi

Obserwując sondaże poparcia dla partii politycznych trudno nie odnieść wrażenia, że Polacy jeszcze nigdy nie byli tak jednomyślni.

Większość osób deklarujących uczestnictwo w wyborach (w praktyce mniej niż połowa obywateli) radośnie popiera partię oraz rząd, którego premier do życzeń noworocznych w prezencie dołożył jeszcze podwyżkę podatków. Większość znaczy mniej więcej 40 – 50 procent, zależnie od pory roku i tego kto przeprowadza ankiety. Łącznie liczba ta daje jakieś 20-30% społeczeństwa. Pozostali albo do urn wyborczych nie idą, gdyż żadna partia nie reprezentuje ich interesów bądź też nie popierając polityki Donalda Tuska głosują na kogoś innego. Ci pierwsi, a jest ich większość, w demokrację zwątpili już dawno. Paradoksalnie jednak o współczesnej Polsce wiedzą najwięcej, o wiele więcej niż popierający Platformę młodzi pracownicy zagranicznych banków. Wiedzą ile wynosi zasiłek dla bezrobotnych, jak z niego przeżyć i jak przeżyć bez niego. Z czego zapłacić czynsz dostając 30 zł miesięcznie od opieki społecznej i jak nie umrzeć czekając w wielomiesięcznych kolejkach do lekarza specjalisty. Z codziennej praktyki nauczyli się tego o czym na kartach podręczników akademii ekonomicznej czytali młodzi platformersi. Z tą różnicą, że oni zrozumieli na czym polega „wolny rynek”, a zamknięci pod kloszem menadżerowie wciąż tkwią w przekonaniu o istnieniu „niewidzialnej ręki rynku”.
Współczesny kapitalizm nie znosi sprzeciwu. Wielkie media promują tylko i wyłącznie partie „przewidywalne” to znaczy takie, które nie zagrażają ich interesom. Ten kto bardziej dba o interesy wielkich korporacji częściej jest pokazywany w godzinach największej oglądalności. Takie są prawa rynku – ponoć wolnego. W okresie posttransformacyjnym można było jeszcze mówić o jakimś tam głosie wyrzuconej poza margines, biedniejszej połowy społeczeństwa. Wyrażał się w on blokadach dróg, protestach i działalności subkultur młodzieżowych. Te ostatnie, w młodzieńczy sposób kontestując oparty o pieniądz ład społeczny pozwalały z nadzieją na zmiany spoglądać w przyszłość. Wtedy to aby wyeliminować potencjalne zagrożenie dla systemu a przy tym nieźle zarobić nowocześni menedżerowie skomercjalizowali nawet bunt wieku dojrzewania.
W chwili obecnej najwłaściwszą metodą klasyfikacji ruchów subkulturowych wydaje się być podział na subkultury tradycyjne – stanowiące formę kontestacji systemu i alternatywę dla zastanego porządku społecznego oraz subkultury, nazwijmy je komercyjne – czerpiące wzorce z kulturowego mainstreamu i przez ten mainstream kreowane. O ile pierwsza grupa była podzielona na podgrupy wzajemnie zwalczające się z pobudek filozoficznych, o tyle druga grupa kanalizuje bunt wieku dojrzewania w międzysubkulturowe konflikty dotyczące rzeczy błahych, niezwiązanych z tematem organizacji porządku społeczno ekonomicznego.
Współcześnie nawet legendarne hasło „Punk’s Not Dead”, wydaje się być jedynie sloganem reklamowym krzyczącym z okładek płyt CD wytłoczonych za pieniądze wielkich korporacji.
Warto jednak pamiętać, że światowa gospodarka także ma się nie najlepiej i aktualnie wydaje się pękać pod naporem będącego jej własnym dzieckiem kryzysu.
Nic tylko czekać, aż bankrutujące stacje telewizyjne ogłoszą ludzkości: król jest nagi, kapitalizm zbankrutował.

Świat na kolanach – Pax Americana

Wolność albo jest pełna, albo jej w ogóle nie ma.
Michał Bakunin

Nie wiem, jaka broń zostanie użyta podczas trzeciej wojny światowej, natomiast jestem pewien, iż podczas czwartej ludzie będą walczyć pałkami i kamieniami.
Albert Einstein

Włączając telewizor, komputer, radioodbiornik czy otwierając codzienną gazetę jesteśmy świadkami jednego z największych kataklizmów w historii ludzkości. Niestety po raz kolejny wielka światowa awantura rozpoczyna się nad Wisłą.
Aby zdać sobie sprawę z faktu jakim nieszczęściem dla całego globu będzie budowa amerykańskiej „tarczy antyrakietowej” oraz jak wielka odpowiedzialność spoczywa na protestujących mieszkańcach Europy Środkowej należy cofnąć się w czasie do 6 sierpnia 1945 roku – dnia wybuchu bomby atomowej nad Hiroshimą.
Wówczas to za pomocą zaledwie trzymetrowej bomby Little Boy amerykańskie wojsko było w stanie bez własnych ofiar ludzkich zmiażdżyć militarną potęgę Japonii. Przełom, który nastąpił w wyniku rozszczepienia atomu można porównać jedynie z wynalezieniem prochu.
Energia jądrowa w krótkim czasie odmieniła charakter konfliktów zbrojnych doprowadzając do opartej na wzajemnym strachu zimnej wojny.
Obiektywnie analizując sytuację międzynarodową okresu powojennego należy stwierdzić, iż poczucie zagrożenia wywołane posiadaniem przez drugą stronę konfliktu potężnego narzędzia zniszczenia było w pełni uzasadnione. Można sobie wyobrazić wojnę dwóch mocarstw wyposażonych w broń jądrową oraz jej tragiczne skutki. Łatwo się domyślić, iż nie mniej tragiczna byłaby dysproporcja polegająca na dostępie tylko jednej strony konfliktu do broni masowego rażenia.
Dostęp do najniebezpieczniejszych technologii wojennych gwarantuje przewagę nad posiadającym jedynie konwencjonalną broń palną przeciwnikiem, co a za tym idzie nieuchronnie prowadzi do podporządkowania państw słabszych militarnie interesom atomowego supermocarstwa.
Od lat prowadzona jest kampania na rzecz redukcji arsenałów broni jądrowej mająca na celu zwiększenie bezpieczeństwa ludzkości oraz wyrównanie szans w ewentualnym konflikcie zbrojnym.
W oczach światowych supermocarstw ma ona polegać naturalnie na ograniczeniu dostępu do nowoczesnych technologii wojennych krajom, którym wielki kapitalizm przypisał rolę poddanych.
Jednocześnie te same mocarstwa dążą do zwiększenia własnej siły militarnej stawiając siebie w roli światowego żandarma, decydującego o tym co jest dobre a co złe – co dozwolone a co spowoduje lądowanie amerykańskich Marines. Karmione prymitywną propagandą społeczeństwa bogatej Północy pozostają w przeświadczeniu o nieomylnym kursie „cywilizacyjnej misji Zachodu”.
Tym bardziej, że po upadku bloku wschodniego wielki kapitał znalazł sobie kolejnego wroga w postaci społeczeństw niezachwycających się smakiem Coca Coli oraz hamburgerów sieci McDonald’s.
Setki razy słyszeliśmy kłamstwa na temat irackiej broni masowego rażenia, która wraz interwencją wojsk USA wyparowała w magiczny sposób niczym kamfora.
Tym razem te same, należące do wielkich tego świata media wmawiają nam, że budowa tarczy jest niezbędna aby powstrzymać rakiety mające nadlecieć z Iranu. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, iż budowa amerykańskiego systemu antyrakietowego w rzeczywistości będzie chronić jedynie USA (i ewentualnie w dalszej perspektywie najwierniejszych poddanych) przed resztą świata terroryzowaną zza oceanu nuklearnymi arsenałami Wujka Sama. W tym kontekście trudno jest dziwić się protestom państw skonfliktowanych z USA oraz konkurencyjnej wobec Jankesów Federacji Rosyjskiej.
Jeszcze nigdy w historii ludzkości nie mieliśmy do czynienia z tak wielką dysproporcją militarną pozwalającą jednemu mocarstwu na zniszczenie reszty świata przy jednoczesnej gwarancji nietykalności własnych granic.
Skutkiem budowy instalacji na terenie Europy Środkowej będzie niechybne podporządkowanie całego globu imperialistycznej administracji z Waszyngtonu oraz de facto interesom chronionych przez Wuja Sama wielkich korporacji międzynarodowych.
Tak zwana „tarcza antyrakietowa” w praktyce ma bronić USA przed całym światem, odbierając światu możliwość obrony przed imperialistycznymi zakusami USA. Jedyną możliwością przeciwstawienia się globalnym planom Wuja Sama jest globalizowanie oporu i niedopuszczenie do powstania wycelowanych w wolność amerykańskich wyrzutni rakietowych w Europie Środkowej.

 

Tematy BARDZO niebezpieczne

Mija 5 rocznica śmierci opolskiego historyka dr Dariusza Ratajczaka. Przy tej okazji warto się zastanowić nad stanem demokracji i wolności słowa w Polsce.

Rozkładające się zwłoki Darka znaleziono w samochodzie na parkingu. Jako powód zgonu prokuratura podała zatrucie alkoholowe. Była to jedna z niewielu chwil, gdy uroniłem łzę na wiadomość o czyjejś śmierci. Jeszcze kilka lat wcześniej, młody doktor, zdolny naukowiec, historyk, z pasją opowiadał studentom o działaniach Armii Krajowej na Opolszczyźnie oraz o Kresach Wschodnich. Uniwersytecki etat, żona, dwoje dzieci, psiak, mieszkanie. Nic nie wskazywało na to, że wszystko legnie w gruzach, że Darek zostanie ukrzyżowany, opluty, a na jedzenie będzie zarabiał jako cieć i zmywakowy. Jako historyk z pasji i zamiłowania, wychowany w tradycyjnych wartościach nie bał się poruszać tematów kontrowersyjnych, nawet niebezpiecznych. Wierzył, że Polska jest krajem demokratycznym, a demokracja szanuje prawo naukowca do dociekań. Darek miał lekkie pióro – pisał sporo i dobrze. Wszystko miało się zawalić gdy „wyskrobał” małą książeczkę, zbiór felietonów, w jednym z nich zreferował poglądy zagranicznych rewizjonistów holocaustu. Do głowy mu nie przyszło, że tak niewinna kwestia może zrujnować życie całej rodziny a jego samego w efekcie zapędzić do grobu. Dziennikarze lubią afery, a kolejne głośne artykuły są jak szczeble drabiny, po której wspinają się licząc na zrobienie kariery. Pierwsze zareagowały Nowa Trybuna Opolska oraz Gazeta Wyborcza. Ta ostatnia piórem Piotra Pacewicza na dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia 1999 r. otwarcie wzywała do linczu. „Szanująca się uczelnia powinna go (Darka) usunąć” – krzyczał Pacewicz – „trzeba wyrzucać, nie podawać ręki…”.

Kiedy wybuchła afera, podówczas bardzo wpływowy polityk i senator Władysław Bartoszewski przebywał z wizytą w Wiedniu. Nie miał możliwości zapoznania się ani z publikacją, ani z dorobkiem naukowym opolskiego historyka. – Pozbądźcie się tego Ratajczaka i to już – krzyczał do słuchawki Rektora. Zadzwonił też ktoś ważny z Ministerstwa Edukacji Narodowej: „jak go nie wyrzucicie, nie ma dla was żadnych grantów… to jest poważna sprawa… Pan rozumie – poważna…” Dzwonią „ludzie Wiesenthala”. Był też telefon od Jerzego Urbana – „zajmę się tą sprawą, hmh”. Kolejny telefon z Ministerstwa „a może by tak tytuł kwestionować. Co on pisał w doktoracie… aha… no to nie”. Swoją stertę cegieł do kamieniowania dorzucili także „poprawni” koledzy z Uniwersytetu. Rzecznik dyscyplinarny UO, prof. Wiesław Łukaszewski (psycholog – sic!), w wywiadzie dla Wyborczej był łaskawy zapewnić, że „jeśli dr Ratajczak zostanie na uczelni, wielu z nas z niej odejdzie”.

Zgodnie z przewidywaniami uniwerek pozbył się okrzykniętego „kłamcą oświęcimskim” Darka. Nikt nie wchodził z nim w dyskusje, koledzy wykładowcy przestali go rozpoznawać, dostał wilczy bilet, który pozbawiał go prawa pracy na wyższych uczelniach – teoretycznie na 3 lata – w praktyce dożywotnio. Komisja Dyscyplinarna UO wydająca zakaz wykonywania zawodu pracowała w składzie: prof. W. Kaczorowski (historyk średniowiecza), prof. M. Dymkowski (psycholog) prof. K. Czaja (chemik), dr . hab. S. Grochalski (prawnik, przew. Komisji) oraz ks. dr. Kandzioch. Jednocześnie Ratajczkowi wytoczono proces sądowy o złamanie ustawy o IPN. Kolejne nerwy, kolejne wydatki, proces umorzono w 2002 roku. Tragedię Darka bardzo przeżywał jego ojciec, starszy pan z klasą, kresowiak, który był dumny z naukowej i publicystycznej działalności syna. Żona wkrótce zażądała rozwodu, a Darek aby się utrzymać został cieciem, później zmywakowym. Próbując się ratować poszukiwał pomocy zewsząd. Nieliczni ludzie, którzy się od niego nie odwrócili próbowali mu pomagać. Ale byliśmy biedni. Zrobić mogliśmy niewiele, wydzwaniałem po znajomych, zbudowałem jego pierwszą stronę w internecie, gdzie za 17 złotych można było zamówić książkę prosto od autora, dając mu tym samym środki na zjedzenie obiadu. Na stronie głównej przytoczyliśmy artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ: „Każdy człowiek ma prawo do wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.”

Darek jeździł po kraju z wykładami, podczas których sprzedawał swoje publikacje. Nie było to ani proste, ani dochodowe dlatego organizatorzy zawsze starali się pokryć koszta paliwa. Niektórzy jak szlachetny człowiek prawicy dr Jan Pokrywka z Kłodzka starali się tak zrobić, aby w kieszeni zubożałego naukowca zostało jak najwięcej pieniędzy. Darek podróżował samochodem, który wkrótce miał się stać jego domem. Nikt z obecnie popularnych gwiazd tzw. „prawicy” nie chciał go znać. Niektórzy zaś, jak antysemita i biznesmen Leszek Bubel, wykorzystując sytuację starali się na jego nieszczęściu zbić kapitał polityczny. Kupowali go tanio, za drobne, nie było nikogo kto odważyłby się mu zapewnić uczciwie płatny etat i tym samym uratować człowieka. Pogrążony w beznadziei, ucieczki zaczął poszukiwać w alkoholu. Nikt nie wyciągnął do niego pomocnej ręki. Jedni się bali, inni mieli go zwyczajnie w dupie, jeszcze inni nie chcieli być kojarzeni z kimś ochrzczonym przez mainstreamowe media pogardliwym mianem kłamcy. Dzisiaj, kiedy czytam peany na jego temat, gdy przeglądam Wikipedię, kiedy słucham nagrywanych na jego cześć piosenek ogarnia mnie głębokie obrzydzenie. Gdzie byliście, gdy sponiewierany Darek umierał w samochodzie? Gdzie byliście z waszymi milionami, którymi chwalicie się w kampaniach wyborczych? Gdzie były wasze firmy i wasza odwaga? Krew doktora Ratajczaka jest nie tylko na rękach koniunkturalnych kolegów po fachu z Uniwersytetu Opolskiego, nie tylko na rękach żądnych poklasku władzy dziennikarzy liberalnych mediów, lecz i tam gdzie dzisiaj z uwielbieniem wymawia się jego nazwisko. Prawdziwy Dariusz Ratajczak ani trochę nie pasował do wykreowanego przez media wizerunku. Nie było w nim krzty nienawiści czy jakiegokolwiek fanatyzmu. Był to ten typ wykładowcy – pasjonata, który studiując na uczelniach lubimy najbardziej. Pisząc powyższe słowa zdaję sobie sprawę, że mogą one mi przysporzyć wielu wrogów, zarówno po prawej jak i lewej stronie tego, co nazywamy sceną polityczną. Tak jednak działa ten system i tego typu represje mogą dotknąć absolutnie każdego, niezależnie od reprezentowanej opcji ideologicznej. Dyktatura „centrum” jest taką samą dyktaturą jak każda inna. A może nawet i gorszą, bo zabija powoli, z zupełną pogardą dla człowieka i przy ogólnym aplauzie zmanipulowanej gawiedzi.

PODLI KŁAMCY

Cała Polska mówi o próbach odwołania szefa MONu Bogdana Klicha przez fanatycznych wyznawców św. Lecha. Tymczasem posłowie większością 92 głosów ofiarują młodzieży płatne studia. Na razie co prawda tylko drugi kierunek, ale następnym krokiem będzie wprowadzenie odpłatności także za pierwszy.

Naiwny jest ten, który myśli, że platformerski podarek zostanie przywitany entuzjastycznym wyjściem na ulice tysięcy młodych ludzi wyposażonych w kamienie i butelki z benzyną. Nic podobnego. Nowocześni, wypasieni TVNowską papką studenci zarządzania i marketingu, polityką się nie interesują. Baa, oni także płacą za studia na prywatnych sorbonach. Dlaczego więc płacić by nie mieli ich bardziej uzdolnieni koledzy z politechnik i uniwersytetów?
Jednocześnie minister finansów Jacek Rostowski obdarowuje ubogich bezrobotnych cięciami w urzędach pracy.
Podobnie jak w poprzednim wypadku, żadna z liczących się stacji telewizyjnych nie zrobiła z tego wiadomości dnia. Krótka notka przemknęła gdzieś pomiędzy newsami dwóch większych portali internetowych. I na tym koniec. Bezrobotni poznają ją jednak już za kilka tygodni. Sto tysięcy z nich skorzysta w tym roku z pomocy powiatowych urzędów pracy. W ubiegłym sezonie skorzystało sześć razy tyle. Jakby nie było jeden na sześciu jakoś przeżyje rok 2011. Zgodnie z założeniami liberalnej ekonomii – przetrwa najtwardszy.
Jeżeli wierzyć prasie, politycy Platformy Obywatelskiej obawiają się lecących w dół sondaży badań opinii publicznej. Można się spodziewać, że wybitnie przychylne liberałom media oraz ośrodki badawcze i tak dosyć mocno zawyżają wyniki kruszącej się ekipy Tuska. Mimo wszystko części elektoratu premier może być pewien. Na PO zagłosują studenci. Co tu jest grane, zrozumieją dopiero wtedy, gdy większość z nich będzie płacić za studia, a zdecydowana mniejszość, bo aż jedna szósta, po studiach załapie się na staż lub roboty publiczne.