Ziemia, ta nieludzka

17 września każdego roku jest jedynym świętem państwowym, które wywołuje moje emocje i które, traktuję jako najistotniejsze.
Światowy Dzień Sybiraka, rocznica napaści ZSRR na Polskę to znakomita okazja, aby przypomnieć, co oznacza wojna dla zwykłych obywateli, wypędzonych, uchodźców, prawdziwych ofiar konfliktu.
Po raz kolejny nie mogę uczestniczyć w obchodach pod pomnikiem Sybiraków, które wielokrotnie miałem zaszczyt prowadzić.
Z racji na odległość, i tym razem nie siądę do babcinego ciasta w zacnym gronie członków Związku Sybiraków. Większość członków dzisiaj stanowią kobiety, bo mężczyźni umierają szybciej.
17 września jest dniem refleksji, który zwłaszcza nam, Dolnoślązakom powinien przypominać gdzie i jakie są nasze korzenie.
Poniżej dzielę się spisanymi za życia, krótkimi wspomnieniami mojego, ś.p. dziadka Ryszarda Hendlera. Wspomnieniami z nieludzkiej ziemi. Nie powiem, że miłej, ale na pewno wartościowej lektury Wam życzę.

Czytaj dalej Ziemia, ta nieludzka

Czy można zabić pijawkę w świątyni?

Niewielu zagranicznych turystów decyduje się na wizytę w himalajskim stanie Sikkim o tej porze roku. Mówiąc dokładniej: nie spotkałem nikogo. Ludzie boją się deszczu, chmur, powodzi, osunięć terenu itd. itp. Pogoda co prawda bywa różna – z naciskiem na „różna”, a osunięcia terenu są na porządku dziennym. Po drodze byłem świadkiem akcji poszukiwawczej zwłok pasażerów samochodu, który wraz z jednym z takich osuwisk, wpadł do rwącej, górskiej rzeki. Ratownicy, pontony, wojsko i jak to zwykle bywa spora liczba gapiów.
Pelling gdzie się zakwaterowałem to mieścina maleńka, aczkolwiek popularna i w lipcu pusta zarazem.
Położone na wysokości 2150 m. n.p.m. miasteczko jest jedną z najczęściej odwiedzanych, turystycznych destynacji w leżącym u stóp Kanczendzongi, dawnym, górskim królestwie, niezależnym państewku, włączonym jako stan do Indii na drodze referendum w 1975 roku. Wtedy to, dzięki poparciu 97% Sikkimczyków, licząca sobie 8586 m n.p.m. uważana przez miejscową ludność za bóstwo Kanczendzonga stała się najwyższym szczytem drugiego najludniejszego kraju świata.
Gdy zaczyna się sezon, liczne lokalne restauracyjki oraz górskie hotele wypełniają się ludźmi.
Jedną z najpopularniejszych atrakcji Pelling jest aktualnie, otwarta w 2018 roku u stóp 42-metrowej statuy patrzącego w dół, ze współczuciem na świat , bodhisattwy Awalokiteśwary, szklana kładka. Rozpościera się z niej genialny widok na Himalaje, a napisy informują, że należy ograniczać jednorazową liczbę odwiedzających do 50 osób, z czego wnioskuję, że w sezonie bywa tłoczno.
Wszystko więc wskazuje, że tutejszy, najstarszy w Sikkim, założony w 1642 roku buddyjski klasztor Sanga Choeling Monastery, także odwiedzają liczni turyści.
Niezależnie od wysokosezonowej popularności Pelling, w lipcu, kosztem widoków, które mi umknęły oraz pocztówkowych zdjęć, stanęła przede mną możliwość poznania prawdziwego, wolnego od turystycznego zgiełku życia himalajskiej prowincji.
Pierwszy raz do klasztoru, najstarszej tybetańskiej tradycji Ningma, trafiłem idąc we mgle, która zazdrośnie skrywała piękno Himalajów. Zwisające ze stromych wzgórz paprocie, świeże, górskie powietrze, odgłosy lasu oraz pustka, przywracały klasztorowi mistykę, z jakiej nawet najświętsze miejsca obdziera wysoki sezon turystyczny. Pokonując stromą, siedmiokilometrową trasę, odnosiłem wrażenie, że przeniosłem się do jakiegoś innego świata, świata czarów, z którego nie chcę wracać do rzeczywistości.

Czytaj dalej Czy można zabić pijawkę w świątyni?

Varanasi. Miasto napędzane przez Śiwę.

Podczas gdy większość systemów religijnych oferuje swoim wiernym całe zestawy gotowych odpowiedzi, hinduizm jest inny, zachęca ich do stawiania pytań. Kim jestem? Dlaczego jestem, kim jestem? Dlaczego moje ciało wygląda, jak wygląda? Z czego się składa? Dlaczego jest ciałem? Na te i wiele, wiele innych pytań latami siedząc na prowadzących do Gangesu schodach, odpowiedzi szukają sadhu, dążący do wyzwolenia “święci mężowie”, babowie, bramini i rozmaici przebierańcy. Broda, splecione włosy, wymalowane twarze, strój, najczęściej pomarańczowy. Nie ma jednego kanonu wyglądu “świętego męża”, tak jak nie ma jednego boga w hinduizmie. Dlaczego? To byłoby sprzeczne z naturą. Teoretycznie każdy człowiek, koncentrując swoją energię, zwracając się w jej kierunku (de facto do siebie samego), jest władny wykreować osobistego boga. Własnego, lokalnego, boga może więc posiadać każda społeczność. Stąd też wzięła się imponująca liczba 33 milionów czczonych bóstw, jak i ich rozmaite wyobrażenia oraz funkcje. Nie ma jednego kanonu wiary, tak jak nie ma jednego języka, grupy etnicznej, mody, ubioru, ani sposobu myślenia. Indie są wielkim zlepkiem różnorakich, drobnych elementów, a stosunek do wiary wyrazem tej różnorodności. Być może takie, a nie inne filozoficzne podejście ma wpływ na panujący w kraju charakterystyczny, wszechobecny nieład. Baba oznacza mędrca. Teoretycznie powinien być to ktoś, kto przez lata medytacji odnalazł odpowiedzi na istotne pytania. Mądrość baby może stanowić pomoc w drodze przez życie. Życie sadhu upływa w ascezie, okupione jest brakiem możliwości wykonywania pracy zawodowej, innej niż medytacja i poszukiwanie ścieżki wyzwolenia.
W tradycyjnie kastowych Indiach, gdzie nie było zwyczaju pomocy bliźniemu, wyjątek stanowi wspieranie mędrców. Sadhu nie potrzebuje wiele. Mieszka gdzieś w świątyni, odżywia się skromnie, jest skoncentrowany na kwestiach zupełnie niematerialnych. Idealny sadhu powinien pędzić wędrowny tryb życia. Przenosić się z miejsca na miejsce, zgodnie z archetypem spędzając swój czas częściowo na medytacji w górach, a częściowo nauczając nad Gangą.

Aby spotkać prawdziwego babę, udałem się do Varanasi. Miasta założonego przez samego Shivę, według naukowców liczącego sobie ponad 3000 lat, najważniejszego miejsca hinduizmu. Każdego roku poszukując odpowiedzi na stawiane sobie pytania, przyjeżdża tutaj około 2,5 miliona pielgrzymów oraz liczni turyści z całego świata.

Czytaj dalej Varanasi. Miasto napędzane przez Śiwę.

KUMARI – żyjąca bogini

Panujący w XVII wieku Król Dźajaprakaś, ostatni z rządzącej Nepalem dynastii Malla dokonał gwałtu na dziewczynce, która z tego powodu zmarła. Od tej pory w nocnych koszmarach nękała go opiekunka królewskiego rodu, bogini Taledźu, dając do zrozumienia, że musi odszukać małą dziewczynkę, która będzie reinkarnacją bogini. Ma ją czcić oraz co roku prosić o błogosławieństwo.
Kumari, w języku nepali znaczy dziewica. Kult dziewic w Nepalu jest znacznie starszy niż rządy dynastii Malla, liczy sobie kilka tysięcy lat.
Od czasu zbrodni, którą popełnił monarcha, Taledźu nie opuszcza Nepalu, zawsze pozostając młodą, mądrą, dostojną, urodziwą, odważną, grzeczną i nieskazitelną. Zgodnie ze starą tradycją, co roku udzielając błogosławieństwa głowie państwa. Aby w małej dziewczynce rozpoznać Kumari, żyjącą boginię, od stuleci zbiera się rada najwyższych kapłanów i astrologów. Kumari czczona jest zarówno przez hinduistów, jak i niektórych buddystów.
Kandydatka musi pochodzić z ludu Newarów i „spełnić surowe wymagania: nie może mieć żadnych skaz ani defektów, musi być urodziwa i zdrowa, dobrze wychowana, a także odważna. Do cech fizycznych, którymi musi cechować się Kumari, należą odpowiedni kształt paznokci, długie palce, płaskie stopy, pierś „podobna do lwiej”, szyja „jak muszla morska”, mały język, czysty i poważny głos, długie rzęsy, połyskująca skóra, sztywne włosy kierujące się na prawo, karnacja przypominająca miąższ figowca bengalskiego i 22 innych cech doskonałości.

Czytaj dalej KUMARI – żyjąca bogini

Matka (nie?)święta, patronka ubogich

Doktor Ranjan Mustafi lekarz z Kalkuty, wyciągając poważne argumenty natury medycznej, podważa cudowny charakter uzdrowienia Moniki Besra. Według Watykanu miało ono nastąpić w „jego” szpitalu za nadprzyrodzonym wstawiennictwem Matki Teresy i stanowiło jedną z podstaw jej procesu kanonizacyjnego.
Jednocześnie British Medical Journal informował o fatalnych praktykach, które miały miejsce w prowadzonych przez zgromadzenie sióstr Misjonarek Miłości placówkach medycznych.
W przestrzeni medialnej pojawiają się też kierowane pod adresem placówek zakonnych oskarżenia o handel dziećmi, chrzczenie „na siłę” przez siostry umierających wyznawców innych religii, oraz przeznaczanie ofiarowanych środków raczej na budowę nowych domów zakonnych i krzewienie wiary katolickiej niż pomoc ubogim.
Liberałowie oskarżali Matkę Teresę o skostniały konserwatyzm, sprzeciw wobec aborcji i antykoncepcji, konserwatyści zaś o liberalizm, synkretyzm religijny czy wręcz komunizm. Oliwy do ognia dolewają ujawnione pośmiertnie, wbrew jej woli, spisane za życia dzienniki, w których opisuje swoją „noc duchową” i utratę wiary w istnienie Boga.
Dom, w którym pracowała, żyła i zmarła Matka Teresa z Kalkuty jest otoczony ciasnymi, hałaśliwymi uliczkami, zamieszkanymi przez miejscową biedotę – ubogich ludzi różnych wyznań, w różnym wieku i różnego pochodzenia etnicznego. Ciężko pracujące dzieci, starcy z najniższej kasty, robotnicy. Niewielu jest tutaj chrześcijan, choć postać Matki Teresy szanują wszyscy.
Snując się ruchliwymi uliczkami, pytając ludzi, którzy mieli z nią styczność, poszukiwałem odpowiedzi dlaczego?

Czytaj dalej Matka (nie?)święta, patronka ubogich

Zapomniane królestwo Himalajów

Sikkim od pierwszego wejrzenia bardzo różni się od reszty Indii. Nie mam tu na myśli jedynie położenia w górach czy chłodniejszego klimatu, lecz ogólną estetykę miejsca. Estetyka jest tym, co zawsze rzuca się w oczy jako pierwsze. Czyste ulice, nieporównywalnie mniej kierowców nadużywających klaksonu, ruch drogowy raczej uporządkowany, mam wrażenie, że trochę na siłę przez wszechobecnych policjantów drogówki, ale jednak.
Centrum Gandtok, położonej na stromych wzgórzach niewielkiej, stanowej stolicy wyznacza deptak, którego nie powstydziłyby się europejskie kurorty. Modnie ubrane dziewczyny, podrywający je chłopcy ze smartfonami, brak żebraków i co jakiś czas przewijający się buddyjscy mnisi, w strojach świadczących o obrządku tybetańskim. Gangtok bardziej przypomina tybetańskie Garze w Chinach niż hałaśliwą i brudną Kalkutę.

Czytaj dalej Zapomniane królestwo Himalajów

Słodka herbata i gorzkie łzy

Według oficjalnych danych rządu Bangladeszu w obozach dla uchodźców Rohingya na Półwyspie Teknaf przebywa obecnie 1200000 uchodźców z sąsiedniej Birmy, nieoficjalnie liczba ta wynosi 1700000 i co roku się powiększa o około 100000 nowo narodzonych dzieci. Dramatyczna sytuacja humanitarna, brak oświaty i opieki medycznej są tutaj codziennością, z którą mierzą się władze jednego z najbiedniejszych państw świata, przy jednoczesnym braku chęci realnego rozwiązania problemu ze strony społeczności międzynarodowej.

„Jest w naszym języku takie pojęcie jak leniwy umysł”, powiedział mój niezastąpiony tłumacz Abdul. Pod tym określeniem kryje się stan ducha, który występuje, gdy człowiek przez długi czas nie ma nic do roboty. Wtedy codzienność przeobraża się w monotonię, ta monotonia wciąga, sprzed oczu giną wszelkie perspektywy, człowiek traci wiarę, że samemu jest w stanie cokolwiek zmienić.
Kiedy wpływające regularnie na konto pieniądze z zachodnioeuropejskich zasiłków pozwalają przeżyć na w miarę znośnym poziomie, zwykle kończy się to popieraniem zapewniających status quo populistów, ewentualnie jakimś brexitem. O wiele gorzej jest, gdy sponiewierani mężczyźni, ojcowie rodzin, których duma została złamana, domostwa spalone, a armia zgwałciła ich córki i żony, latami przebywają w obozach dla uchodźców.
Miesięczna racja żywnościowa dla całej rodziny wynosi tutaj 25 kilogramów suchego ryżu i trzy kilogramy fasoli. Do tego dochodzi jeszcze litr nędznego oleju palmowego, łaskawie darowanego przez rząd Wielkiej Brytanii – oleju, który, nie dość, że ma paskudny wygląd i śmierdzi, to jak twierdzą „obdarowani”, powoduje wiele problemów układu pokarmowego.

Czytaj dalej Słodka herbata i gorzkie łzy

Bangladesz wita wędrowca

Stolica Bangladeszu – Dhaka liczy sobie prawie 17 milionów mieszkańców, jednak międzynarodowy port lotniczy wizualnie przypomina mocno przerośnięty, brudny dworzec autobusowy we Wrocławiu – ten stary, wyburzony przed ME w piłce nożnej.
– Czy posiada pan zaproszenie? – około trzeciej nad ranem, po całej dobie w podróży, wypełnieniu wszystkich papierków, staniu w trzech kolejkach i opłaceniu wizy, zapytał mnie bangladeski pogranicznik.
Zaproszenia nie posiadałem – bo i od kogo?
– Nie zna pan nikogo w Bangladeszu? – padło kolejne pytanie…
Niespodziewanie banalna sytuacja z zakupem wizy „on arrival” zaczęła się komplikować. Zarówno moje wydrukowane potwierdzenie rezerwacji hotelu, jak i sam cel wizyty (wpisałem tourist) zaczęły budzić niezrozumiałe wątpliwości faceta z krzyżami zamiast gwiazdek na pagonach.
Byłem jedynym realnym turystą w tłumie zatrudnionych w miejscowych fabrykach Chińczyków. Jeden z nielicznych białych, włoski biznesmen, także nie krył zdumienia moim celem wizyty – pora deszczowa nie sprzyja turystyce, a do tego “a tu nie ma nic ciekawego” dodał.
Wątpliwości pogranicznika nie wzbudził natomiast mój bilet powrotny, który, choć wydrukowany po Polsku to zawierał zrozumiałą datę wylotu 25.07. Zasadniczo mogło na nim pisać wszystko – liczy się data – o którą oczywiście zapytał oficer. Po kolejnych kilku(nastu?) minutach konsultacji z innym mundurowym (ten zamiast krzyży miał na pagonach czworokąty) dostałem upragnioną pieczątkę
Jeszcze tylko kontrola i odnalezienie bagażu – który leżał samotnie porzucony przez obsługę pośrodku hali.
Ze wszystkich wymaganych dokumentów przedstawionych służbom granicznym, jedynie powrotny bilet lotniczy nie był zgodny ze stanem rzeczywistym. Faktycznie granicę z Indiami planuję przekroczyć lądem, nie samolotem i maksymalnie za dwa tygodnie, nie za miesiąc. Przechytrzyłem system? Nie do końca. Sprawdzając na pieczątce okres, jaki mogę przebywać na terenie kraju, spostrzegłem, że sympatyczny pogranicznik wystawił mi wizę do 24.07, tak więc kończy się ona jeden dzień przed zadeklarowaną datą lotu powrotnego. Ciszę się, że nie pojutrze.

(Trafia do kontenera: Podróże małe i duże)

Uratować świat, który umiera

Zgodnie z oceną współczesnej nauki Ziemia weszła w etap szóstego masowego wymierania gatunków, czego efektem będzie rychły kres znanej nam cywilizacji. Jednocześnie teoretyczne szanse na ratunek naszej planety wciąż stoją w sprzeczności z żądaniami sporej części ludzkości. Na naszych oczach przemija ostatnia okazja, aby w czasy nowej, rozwijającej się w odmiennych warunkach, cywilizacji wejść w możliwie bezbolesny dla nas sposób. Co zatem musiałaby zrobić ludzkość, żeby uchronić większość populacji od nadchodzącej zagłady?

  • konsumować mniej
    Nadmierna konsumpcja jest głównym powodem degradacji naszej planety. W rzeczywistości niewielki procent ludności konsumuje nieporównywalnie więcej niż cała reszta. Zasoby naturalne naszej planety są ograniczone, nie da się zatem podnieść poziomu konsumpcji reszty świata do poziomu najbogatszych zakątków globu. Kurczące się zasoby oraz rosnąca populacja Ziemi, sprawiają, że konsumpcjonistyczny model społeczeństwa prowadzi do cywilizacyjnego samobójstwa.
  • używać przedmiotów użytkowych dłużej
    Im dłużej używamy przedmiotów, im rzadziej wymieniamy sprzęty na “nowy model”, tym mniejszy wywieramy odcisk na środowisko. Duża część świata nadal nie posiada podstawowych dóbr, zbyt często wymienianych w krajach zamożniejszych.
  • zabronić planowanego postarzania produktów
    Aby dodatkowo zachęcić klientów do nowych zakupów, producenci opłacają specjalne zespoły odpowiedzialne za “postarzanie produktów”, w taki sposób, aby szybko się psuły I wymagały wymiany. Należy wrócić do produkcji produktów solidnych i na lata, w dziedzinach, w których następują dynamiczne zmiany technologiczne, w miarę możliwości, wykorzystywać technologie modułowe, pozwalające na wymianę podzespołu zamiast całego produktu.
  • przestawić gospodarkę na czyste źródła energii
    To oczywiste, że produkcja energii znacznie przyczynia się do degradacji naszej planety. Wszelkie wysiłki nauki oraz inwestycje w energetykę powinny być nastawione na jak najszybsze uniezależnienie się od szkodliwych źródeł produkcji energii. Należy pozyskiwać energię ze słońca, wiatru, wody, czy silników napędzanych wodorem, do czasu osiągnięcia pełnej mocy energetycznych ze źródeł odnawialnych wspierając się atomem.
  • przejąć zyski globalnych korporacji na rzecz naprawy planety
    Doprowadzenie do upadku globalnych koncernów mogłoby wywołać kryzys głodu wśród całych narodów uzależnionych od zbudowanych przez nie sieci dystrybucji pożywienia. W perspektywie masowego wymierania Ziemi należy jednak przejąć nad nimi kontrolę oraz sprawić, aby generowane przez korporacje zyski zasilały specjalny międzynarodowy fundusz ratowania planety.
  • wprowadzić globalny zakaz produkcji oraz dystrybucji jednorazowych produktów z plastiku
    Międzynarodowy zakaz jednorazowych produktów oraz odpowiednie prawodawstwo mogą doprowadzić do sytuacji, w której taniej będzie pozyskać surowiec z recyclingu niż wytworzyć nowy. Inaczej nigdy nie posprzątamy oceanów.
  • obłożyć najbogatsze regiony świata obowiązkiem likwidacji głodu w najbiedniejszych
    W dzisiejszych czasach likwidacja głodu nie byłaby wielkim wysiłkiem dla ludzkości i nawet niewielki procent pieniędzy przeznaczanych globalnie na zbrojenia pozwoliłby zakończyć ten wstydliwy problem. Najbogatsze kraje świata powinny wyznaczyć sobie perspektywę czasową oraz terytoria, które zobowiązują się wyciągnąć ze skrajnej nędzy.
  • zwielokrotnić nakłady na naukę oraz służbę zdrowia
    Zmiany klimatyczne są powiązane z rozprzestrzenianiem dawno zapomnianych chorób, pojawieniem się nowych oraz katastrofami naturalnymi. Na walkę z chorobami tropikalnymi, wirusami, także tymi odpornymi na tradycyjne lekarstwa należy rzucić armię naukowców oraz przygotować warunki leczenia dla pacjentów.
  • zakończyć spekulację, powrócić do pracy jako wartości
    Bardzo prawdopodobne jest, że czeka nas zderzenie z rzeczywistością, w której większość znajdującego się w obiegu pieniądza nie ma oparcia w niczym, poza długiem i okaże się bezwartościowa. W kontekście ograniczoności zasobów naturalnych jedyną wartością dodaną do gospodarki jest ludzka praca. Należy ponownie docenić wartość pracy, eliminując zarówno prekariat, jak i klasę nauczoną życia z zasiłków społecznych. Powrót do postulatu 3 x 8. 8 godzin snu, 8 godzin pracy, 8 godzin odpoczynku.
  • rozpocząć proces możliwie bezbolesnej kasacji globalnego zadłużenia
    Globalne zadłużenie jest tak samo ogromne, co i fikcyjne. Jakkolwiek jedynie niewielki procent globalnej ludności korzystał z dobrodziejstw życia wewnątrz największej bańki spekulacyjnej w dziejach ludzkości. Jej pęknięcie będzie oznaczać wyrównanie szans. W nowej rzeczywistości w lepszej sytuacji znajdą się państwa, których obywatele są nauczeni pracy, mają mniejsze wymagania, liczne, chętne do nauki młode pokolenie i pozytywną prognozę demograficzną. Niekoniecznie jest to optymistyczna perspektywa dla kurczącej się populacji państw bogatej Północy.
  • przygotować się na problem starzejącego społeczeństwa
    W obliczu niewydolnych systemów emerytalnych oraz starzejących się społeczeństw powinno się przygotować odpowiednie warunki i miejsca pracy dla imigrantów w krajach o negatywnej prognozie demograficznej. Można to zrobić poprzez otwieranie instytucji szkoleniowych oraz biur imigracyjnych w krajach borykających się z problemem przeludnienia, oraz tych, które w najbliższych latach będą zmuszone do ucieczki klimatycznej.
  • zakończyć inspirowane przez imperia konflikty zbrojne
    Trwający okres wielkiego wymierania naszej planety nie jest najlepszym czasem do prowadzenia wojen, choć groźba ich wybuchu właśnie teraz jest najbardziej prawdopodobna. Na pewno nie da się wygasić wszystkich konfliktów na całej planecie, lecz ich zdecydowaną większość, za którą odpowiada kilka najpotężniejszych państw świata.
  • odbudować zniszczone bombardowaniami kraje, umożliwić uchodźcom powrót do domu
    Wielkie, niekontrolowane migracje można powstrzymać, jedynie kończąc wojny i likwidując powody, dla których ludzie decydują się na porzucenie własnych domostw. Krajom zniszczonym w wyniku prowadzonych przez wielkie mocarstwa tzw. proxy wars, bezwzględnie należą się reparacje. Odbudowa zrujnowanych państw może okazać się czynnikiem stymulującym globalną gospodarkę.
  • rozpocząć proces demilitaryzacji i zaoszczędzone środki przeznaczyć na rekultywację zdegradowanych terenów oraz eliminację zjawiska głodu
    Rekultywacja na globalną skalę może się okazać motorem napędzającym technologię i naukę, który zastąpi gospodarczą rolę sektora zbrojeniowego. Nowa rywalizacja powinna polegać na zapewnieniu przez państwa przyszłości własnym obywatelom, nie zaś niszczeniu innych państw.
  • wycinanie lasów tropikalnych, polowanie na zagrożone gatunki oraz odpowiedzialność za katastrofy ekologiczne traktować jako zbrodnie przeciwko ludzkości
    Wymieranie gatunków jest dziś faktem. Osoby, które biorą udział bądź organizują polowania na przedstawicieli zagrożonych gatunków zwierząt, rządy, które podejmują decyzje o wycinaniu lasów deszczowych lub doprowadzają do katastrof ekologicznych, powinny być ścigane jako winne zbrodni przeciwko ludzkości.
  • wprowadzić globalne, pozwalające na odbudowę populacji, limity połowów ryb
    Zaśmiecone oceany są dodatkowo plądrowane przez producentów żywności, którzy bezwzględnie odławiają ryby oraz owoce morza. W obliczu wytrzebienia z życia mórz i oceanów w perspektywie nadchodzących kilkudziesięciu lat należy wprowadzić restrykcyjne limity połowu ryb oraz niezbędne mechanizmy skutecznej kontroli branży.
  • rozszerzyć skalę nowych nasadzeń na obszarach pustynnych
    Optymizmem napawają działania rekultywacyjne, którym poddawane są obecnie tereny pustynne w wielu miejscach świata. W obliczu braku pól uprawnych oraz masowej wycinki, która w przeciągu ostatnich kilku dziesięcioleci dotknęła obszary leśne na całym świecie, tworzenie nowych ekosystemów może mieć istotny wpływ na wynik batalii o zbalansowanie klimatu.
  • rozwijać nowe technologie
    Być może dzięki rozwojowi techniki uda się ludzkości uciec zagładzie o krok do przodu. Wyzwań jest wiele – począwszy od opracowywania nowych technologii produkcji ekologicznej żywności, przez zaawansowaną medycynę, energetykę, sztuczną inteligencję, robotykę na kosmicznym górnictwie kończąc. Każda z tych technologii może okazać się przełomowa. Do stracenia pozostało już niewiele.

Ludzie mają jeszcze szansę, aby wprowadzić powyższe zmiany, co niekonieczne pozwoli powstrzymać wszystkie, często nieuchronne już skutki katastrofy klimatycznej. Taki świat byłby jednak bardziej znośny dla pokoleń, które nadejdą po nas i z powodu naszej działalności będą zmuszane w popłochu uciekać z zalewanych miast i zapadać na straszliwe choroby.
Jeżeli opamiętanie nie przyjdzie teraz, to odwlecze się ono w czasie, powracając wraz z głodem, biedą i epidemiami, z którymi będą musiały zmierzyć się nasze wnuki. Ograniczenie przez ludzkość konsumpcji wydaje się nieuniknione, lecz jeszcze jest czas, aby zrobić to planowo. Wkrótce tego czasu zabraknie.

( Trafia do kontenera Uratować świat, który umiera )