Polskie opowieści

Ten materiał przygotowywałem do książki, która nigdy nie zostanie dokończona, więc czemu go nie opublikować? Bez korekty, wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń przypadkowe, w razie „wu” – sorry.

Rodzina ta od wielu lat nie potrafi żyć w zgodzie. Czas spędzany przy niedzielnym stole zabierają spory o to, kto był bardziej represjonowany przez władze komunistyczne oraz dlaczego w „nowej Polsce” niektórzy wujkowie są bogaci, a pozostali dorobili się jedynie garba oraz kolejek po receptę na leki.

Starsze pokolenie ze strony mamy wspomina braki zaopatrzenia w Stanie Wojennym, ze strony ojca zaś wakacje nad morzem oraz nowego malucha. Starzy wymagają od młodych realizacji własnych marzeń o dobrobycie. Młodzi zazdroszczą starszym komfortu stabilizacji w czasach gdy mięso było na kartki.

Tym, co ich dzieli, jest także religia. Im bliżej schyłku życia i mniej szans na realizację marzeń, tym większa jest wiara w raj po śmierci. – Dzieciństwa nie miałam, młodość tyrałam w komunie a teraz za 1000 złotych to nawet na leki nie starcza – lubi narzekać babcia.

– Ale babcia przynajmniej mieszkania się dorobiła – odpowiadają wnuki. I tak w kółko oraz bez końca.

Czasami w gronie rodziny rozmawia się o przeszłości. Nie jest to łatwe, tym bardziej, że familia w obecnej formie stanowi zlepek wszystkiego co ze zdziesiątkowanej populacji przedwojennej II RP zlepić się dało. Wspominki na temat dobrego pochodzenia jakiejś tam starej odnogi rodu malowniczo kontrastują z dwoma pokojami babcinego pałacu na PRLowskim blokowisku – obecnej siedziby rodowej starszyzny.

Ktoś inny z kolei wspomina korzenie chłopskie, ktoś ma robotnicze, ktoś jest przesiedleńcem z Kresów Wschodnich lub wnukiem przedwojennego urzędnika. Podczas obiadowych lekcji historii i polityki z niezrozumiałych powodów niezbyt ochoczo wspomina się o żydowskich korzeniach części rodziny. Zgodnie z rodzinnymi przekazami to właśnie ta gałąź dziadkostwa i wujkowstwa była najlepiej wykształcona i najinteligentnejsza, więc budowanie rodzinnej legendy w odniesieniu do tych korzeni byłoby najbardziej sensowne. Żydów całe życie nie lubił stary chłop, wujek z Lubelszczny którego rodzice, podobno wykopali po wojnie skarb – jakieś tam złoto i zegarki. Rolnik swoim zapachem przypominający zapeklowany w cebuli, niedomyty kawał mięsa zwykł mawiać, że „Żydzi przed wojną okradali Polaków i dobrze, że ich nie ma”. A złoto i zegarki są.

Powielając stare wzorce także i młode pokolenie jest rozbite na kilka mniejszych grup, które już dzisiaj nie potrafią znaleźć wspólnego języka. Tymi, którym powodzi się relatywnie nieźle są emigranci do krajów, gdzie mieszkanie można sobie wynająć i pieniędzy zostanie jeszcze na życie. Kuzyn, który studiuje w Polsce marzy o karierze biurowej. Póki co zamiast białego kołnierzyka nosi jednak niebieską koszulę z logiem hipermarketu gdzie wykłada chemię… na półkach. Choć zapewnia, że nie zazdrości emigrantom normalnego życia, zwykł wypowiadać się o nich w pogardliwy sposób – „za słabi, aby sobie poradzić w Polsce, nigdy nic w życiu nie osiągną”. „W tym kraju da się żyć” mówi jego młodsza siostra, która wynajmuje ładną, schludną kawalerkę a na studia zarabia udzielając korepetycji językowych starszym przedsiębiorcom. Lekcje podobno trwają godzinę, pracuje ciężko, zwłaszcza nocami.

Większość pokolenia 20 czy 30 latków do kościoła nie chadza. Deklarują się oni jako wierzący, lecz ich wiara jest ograniczona do pobożnego asystowania dziadkom podczas chrzcin i pogrzebów. „- A co ten klecha wie o wychowaniu dzieci?” raz po raz słyszy się przy stole – „Żony powinni mieć, a nie jak teraz za dziećmi się oglądać”. I tak dalej i tak dalej. Całkowita negacja katolickiej moralności odbija się na tych młodych, którzy wciąż jeszcze do kościoła chodzą. Wobec powtarzanych jak mantra argumentów wolą milczeć bądź też stają po stronie dziadków wdając się z rówieśnikami w popieraną emocjonalną i niejednokrotnie absurdalną argumentacją awanturę.

Pomimo ogólnego rozwoju cywilizacji, komórek i Internetu wszyscy spotykają się coraz rzadziej. Rodzina coraz bardziej pęka na wiele niesymetrycznych części a rodzinne kontakty ograniczają się do wciśnięcia „lubię to” pod zdjęciem na Facebooku. Coraz częściej nasuwa się pytanie, czy oni jeszcze są rodziną? A jak są to czy będą nią nadal za 10 – 15 lat, gdy na dobre odejdzie stare, cementujące wspólną pamięć pokolenie dziadków.

O ile nad tragedią dezintegracji pojedynczej rodziny moglibyśmy przejść obojętnie, o tyle nie możemy tego zrobić, gdyż akurat tą rodziną jesteśmy wszyscy. Urodzeni po 1945 roku, w nowych granicach, nowych realiach i nowym społeczeństwie, Polacy.

1.

Przez całe moje dotychczasowe życie uporczywie przebijał się temat mitycznej komuny. Wałkowany ze wszystkich stron przybierał postać ciasta z zakalcem bądź też tortu miodowego z orzechami. Zależnie od kucharza. Ci, onegdy zrzeszeni w Polskim Związku Pożeraczy Racuchów (PZPR) zawsze zajadali się tym drugim, pozostała część musiała zadowolić się zakalcem – bez cukru, bo tego akurat zabrakło w kolejce.

Rysiu, był fajnym chłopakiem, szczyt jego kuchennej aktywności przypadał na złotą dekadę Gierka, kiedy to z kumplami jako instruktor ZSMP bzykał osiemnastoletnie harcerki. – Komuna była fajna – powiada. Zwłaszcza ta, widziana oczami zdolnego działacza partii rządzącej.

– Z chłopakami z fabryki jeździliśmy na wakacje. Dancingi, chłopie, wieczorki, wóda do oporu.

Powrót do pracy także nie wydawał się straszny, co znakomicie pamięta mój czterdziestoparoletni dzisiaj przyjaciel Arek.

– W robocie pił każdy. No i kupa lewej kasy. Zawinięte z fabryki wycieraczki goniłem taksówkarzom, później do Zagłoby (restauracja). I najebka. Wyrzucili mnie za irokeza na głowie.

Arek w nowej Polsce stale zmaga się z bezrobociem. Rysiu, nie spadł poniżej dyrektora.

Rysiu, co roku jeździł nad polskie morze, na system nie narzekał. Mieszkanie, Maluch, Polonez, rodzina, dzieci, balangi. Jak czegoś nie było w sklepach, to dało się załatwić. – I po co te durnie się buntują – myślał patrząc na „oszołoma” Zenka. Rano biega, później leci do kościoła, biegnie do pracy w sanatorium a hobbystycznie śpi obwieszony flagami na styropianie. Baw się chłopie, myślał Rysiu po cichu kibicując milicji. W czasach zabawy obraz opozycji wydawał się być karygodny. Kiedy się wszystko zaczęło w systemie „pierdolić”, Rysiu z łatwością przeskoczył na pokład ludowców. Przecież na wsi się wychował, a nasza droga ziemia i majątek narodowy obojętne mu nie są. Dał temu wyraz kupując co nieco w upadających zakładach. Płacił niewiele, jednak przecież teraz mamy kapitalizm – znaczy kupuje się taniej, sprzedaje z zyskiem. I choć legitymacja partyjna zawieruszyła się gdzieś w szafie z majtkami, zostali koledzy. Braci się nie traci. Chłopaki jak za dawnych lat spotykają się przy wódce, odwiedzają ten sam ośrodek wczasowy nad Bałtykiem i dalej nie rozumieją, dziś emeryta, styropianowca Zenka.

Przez ostatnie ćwierć wieku nie pogodził ich Lech Wałęsa, Jan Paweł II ani Adam Małysz. Jedni i drudzy pozostali wierni ideałom. Rysiu ideałowi wygodnego życia, Zenek walki o wyimaginowaną godność. Jak mawiają ludowcy, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Zenek poza niezmiennymi wartościami trąci jeszcze biedą. Do skromnej emerytury dorobi sobie naprawą pralek, choć jego zastraszająco niskie ceny nijak nie odpowiadają rynkowym realiom. A i od ubogiej emerytki grosza nie weźmie. Ot i wielokrotnie oszukane i skrzywdzone przez wojnę pokolenie naszych dziadków.

Ryszard Hendler, mój kochany dziadziuś urodził się na kresach wschodnich, w ten oto sposób po latach opisywał swoje dzieciństwo. Tekst pozwolę sobie przytoczyć w całości.

Przed II wojną światową mieszkaliśmy na Polesiu w miejscowości Siechniewicze, gdzie ojciec jako ochotnik wojenny z 20-stego roku otrzymał od Piłsudskiego osadnictwo. Ojciec był wykształconym człowiekiem, znał biegle kilka języków. Pracował w gminie na stanowisku sekretarza, mama była gospodynią w naszym domu. Ja we wrześniu 1939 roku rozpocząłem naukę w drugiej klasie szkoły powszechnej, którą przerwałem osiemnastego września z wraz wkroczeniem armii i władzy radzieckiej.

Od tego dnia przeżywaliśmy nieustanne stresy. Każdej nocy funkcjonariusze NKWD dokonywali w domu rewizji. Po kilku miesiącach aresztowali mojego ojca. Widziałem jak prowadzili go po tafli lodu na zbiorniku wodnym, bijąc go po plecach kolba karabinu, kiedy się przewracał, kopali go.

Tej nocy i w takich okolicznościach ojca widziałem po raz ostatni. Miałem wówczas osiem lat i cierpiące serce bezbronnego dziecka.

Następnie, 13 kwietnia 1940 roku, również w nocy, funkcjonariusze NKWD w sposób bestialski powrzucali nas (matkę sześcioro dzieci w wieku od kilku miesięcy do czternastu lat) na furmankę, a następnie do bydlęcego wagonu. Dając trochę jedzenia i wody co kilka dni, z hukiem i wrzaskiem wieźli nas w nieznane.

W tym wagonie w nieludzkich warunkach zmarł mój najmłodszy brat.

Bolszewicy zabrali ciało i nikt nie wie co z nim zrobili.

Po kilku tygodniach wyładowano nas w stepie na brzegu rzeki Iszym.

W czasie przewożenia brodem przez rzekę, woły padały ze zmęczenia i cała noc przebywaliśmy na furze w środku bardzo szerokiej rzeki, co spowodowało panikę.

Następnego dnia zawieziono nas do miejscowości pod nazwą 14-toczka, gdzie komendant oświadczył, że nikt nie ucieknie, bo zjedzą go wilki.

Zamieszkaliśmy w ziemiance o powierzchni około 20metrów kwadratowych razem z innymi dwoma rodzinami wygnańców. Wszyscy rozpaczali ze strachu, głodu i zimna. Przedmiotowa ziemianka wydała się nam zbiorową trumna ustawiona w przeklętym przez zesłańców stepie.

Aby przeżyć, jako dziecko walczyłem nawet na noże o zdobycie krowiego łajna na opał, które gołymi rękoma wydzieraliśmy bydłu spod ogonów.

Pracowałem jako pastuch cieląt, wołów, poganiacz bydła, w kieracie masłobijki, służyłem u Kazachów, kradłem, chodziłem po prośbie itp.

Za niewywiązywanie się z ciężkich obowiązków bito mnie. Przez sześć lat nie jadłem żadnych owoców, warzyw, cukru, tłuszczów itd. Z głodu pożywiałem się wilgotną ziemią popijając słoną wodą, gdyż nawet trawa tam nie rosła. Nie raz widziałem jak rodzeństwa chciały się nawzajem pozjadać a matki z apetytem patrzyły na swe dzieci. Wtedy modliliśmy się o cud. Pamiętam jedno wydarzenie, któremu przypisaliśmy miano cudu. Kiedy nadzieja nas opuściła, a głód powoli wysysał z nas życie, wół najadł się zboża przywiezionego dla wojska. Nieprzetrawione ziarno wydalił z kałem, my dokładnie je wybraliśmy i zjedliśmy. Była to wielka radość, na trochę ustąpił ból głodu. W zimie odmarzały nam wszystkie wystające części ciała, na ścianach ziemianki powstawała warstwa lodu, o grubości dziesięciu centymetrów. Wszy i pluskwy wypijały z nas ostatnią krew. Przeszedłem wszystkie panujące choroby. Bolszewicy zabrali mi dzieciństwo, musiałem dorosnąć już jako ośmioletni chłopiec. Cierpień jakich tam doznaliśmy, nic nie może wynagrodzić, a tragiczne wspomnienia będą mi towarzyszyć do końca życia”

Dziadziuś zmarł w roku 2000. Wielu jego rówieśników wciąż żyje, niestety w poczuciu niezmiennej krzywdy. – Jakie miałam życie ?– mówi emerytka. – Jako dziecko przeszli Niemcy i rodziców zabrali, ciotka mnie wychowywała. Po wojnie musiałam się żenić i iść do roboty. Na nic pieniędzy nie starczało. Za pensję? Rajstopy mogłam kupić. Z dziećmi do szpitala jeździliśmy na motorze. Wszyscy świnie i kury przy domach chowali. Później było lepiej, za Gierka, ale na krótko. W stanie wojennym nas czołgami straszyli a w sklepach tylko ocet. Jak nie byłeś partyjny, nic nie miałeś. Czasami przychodziły paczki z zagranicy i nawet jakieś pięć dolarów schowane w kopercie. Jak upadała komuna straciliśmy wszystkie oszczędności. Później redukcja etatów, wcześniejsza emerytura. Teraz lekarze, kolejki, rachunki i wnukom trzeba pomagać. Co za świat. Ale ja już stara jestem. Lepiej będzie. Już tylko lepiej.

Zdecydowanie lepiej jest Markowi. W latach osiemdziesiątych jako przemądrzały elektryk wstąpił do Solidarności. Młodszy o jakieś dziesięć lat od Rysia nie miał szansy wstrzelić się złotą dekadę Gierka. Gdy wchodził w życie, komuna zdychała, wszyscy wiedzieli, że w RFN żyje się lepiej, a strajki były w modzie. Ile można było na to fajnych panienek wyrwać. Z elektryka został burmistrzem, później dyrektorem, i znowu dyrektorem, i znowu. Po drodze „komuchy” zarzucały mu jakieś przekręty, ale w sądzie się wylizał i dostał do rady nadzorczej a później na prezesa wodociągów. Czasem, gdy zbliżają się wybory lubi pokrzyczeć. – Jestem jednym z was – powiada. – Oderwijmy od koryta w końcu tych komuchów! – Wybierzcie mnie, będę Was reprezentował i dbał o Wasze interesy.

Marek nie koleguje się z Zenkiem, lecz przypomina sobie o jego istnieniu, gdy ktoś musi dowozić babcie do lokali wyborczych. Rysiu z kumplami co cztery lata straszy Markiem emerytowanych członków Polskiego Związku Pożeraczy Racuchów.

Obydwaj panowie w kolejkach do lekarza nie stoją, bo przecież jakoś da się to załatwić. Corocznie jeżdżą na wakacje, mają dom, samochód i piją wódkę w restauracjach. Reszta umie tylko narzekać. W Polsce wszystko po staremu.

2.

Pani Jasia lubi wspominać swoją młodość. Z Kresów Wschodnich przyjechała w 1946 roku. Jako dziewczę pomagała w zakładzie szewskim ojca. – Tata przerabiał wszystkie rodzaje poniemieckiej galanterii na buty dla wojska. Czasy były ciężkie, ale wesołe. Baliśmy się, wszystkiego brakowało, ale tańczyliśmy i też dużo śmiechu było. W szkole trzeba było uważać co się mówi, partia umacniała się u władzy, ale my byłyśmy młode i wierzyłyśmy w lepszą przyszłość.

– A zobacz na to zdjęcie – powiada- ten przystojny facet w mundurze marynarza to mój brat. Ale wszystkie dziewczyny za nim szalały. W wojsku nauczył się pić, później pracując na budowie popadł w nałóg. I więcej już nic nie osiągnął.

Z uzależnieniem od alkoholu zmagał się także pan Piotruś. Ten pogodny weteran Ludowego Wojska Polskiego przeszedł cały szlak bojowy z Lenino do Berlina. Polska Ludowa, w której przyszło mu żyć stanowiła sen jego młodości, za który poległo wielu kolegów. W czasie wojny samogon koił ból, pomagał przetrwać otaczające go okropności, zapewniał rozrywkę i dodawał odwagi. Później przyszło wyzwolenie – praca fizyczna, mieszkanie w suterenie i niesamowita wręcz pogoda ducha, dowcip i piosenki, z którymi wracał na ustach po „powszednim kielonku”. Zmarł samotny, lecz lubiany przez wszystkich. Dla mnie odeszła część Polski, przez której pryzmat od dziecka postrzegałem czasy II Wojny Światowej.

Ciocia Władzia większość swojego życia spędziła w jednopokojowym mieszkaniu bez łazienki, z ukochaną, samotnie wychowywaną córką. Urodzona jeszcze w czasie trwania I Wojny Światowej analfabetka poznała zarówno dobrodziejstwa mitologizowanej II RP, wszystkie lata PRLu oraz efekty przemian demokratycznych.

Przed wojną wraz z siostrą utraciła mamę, a ojciec wyrzucił ją do lasu. Spotkać się miały dopiero po latach. Głodną sierotę znalazł w lesie i zabrał do domu miejscowy chłop. Nikt się nią nie opiekował ani jej nie karmił, jadła odpadki przeznaczone dla świń. Z niedożywienia nie chodziła ani nie mówiła aż do trzeciego roku życia, przez co gospodarze podejrzewali u niej niedorozwój umysłowy. Jako kilkuletnia dziewczynka od świtu do nocy pracowała w folwarku. Czasy te wspominała później dobrze, bo miała co jeść.

Po wojnie trafiła do prowadzonego przez siostry zakonne sierocińca w zrujnowanej Warszawie. Podobnie jak w folwarku była źle traktowana i znów zajmowała się świniami. W tych warunkach zaszła w ciążę z żonatym świniopasem. Córeczka trafiła do domu dziecka, a Władzia aby jej nie utracić pojechała za nią zamieszkując w ośrodku sióstr zakonnych w Częstochowie. Po przeprowadzce na „ziemie odzyskane” rozpoczęła pracę w pralni. Większość przynoszonego ze stołówki jedzenia oddawała córce, sama nie dojadając. Aż do dnia, w którym zasłabła przy maglu i straciła wszystkie palce u obu rąk. Od tej pory 14-letnia córka musiała dorosnąć. Na szczęście wcześniej dzięki wstawiennictwu kierowniczki udało się załatwić jednopokojowe mieszkanie bez kibla. Aby przeżyć na rencie, sprzątała Urząd Miejski oraz zarzygany przez pijaków areszt śledczy. W latach osiemdziesiątych, gdy chorowaliśmy jako dzieci, przychodziła się nami opiekować aby ulżyć naszym rodzicom.

W wieku lat nastu nie rozumiałem cioci Władzi, wstydziłem się jej, prześmiewając wraz z siostrą nabyte na drodze życia zwyczaje. Staruszka słodziła herbatę połową szklanki cukru, którego jej brakowało za młodu, a większość kładzionego na talerzu jedzenia dzieliła ze złośliwym, rozłożonym na kolanach skundlonym jamnikiem. Ów nienawidzący wszystkich, uratowany od śmierci w lesie, agresywny jamnik stał się też powodem, dla którego jako durnowaty nastolatek z wściekłością wyrzuciłem przebywającą u nas przez dwa tygodnie „Władę” za drzwi mego rodzinnego domu. Została wyproszona z miejsca, w którym myła i karmiła mnie jako dziecko. – Jeśli nie chcecie mojego psa, to nie chcecie i mnie – usłyszała mamusia. Władzia nigdy więcej nie rozpoznała mnie na ulicy. Nie wiem czy to z powodu starczej demencji, mojego jak to mawiała „żydowskiego zarostu”, czy też żalu wywołanego niedopuszczalnym zachowaniem zbuntowanego małolata.

Młodzi nie rozumieją starszego pokolenia, nie darzą go szacunkiem, wolą zapomnieć o wiejskich korzeniach. Chcieliby być kimś innym niż są w rzeczywistości.

Dwudziestokilkuletni Marcin jest gejem. Od lat nie może się zgodzić z rodziną, która z upodobaniem pielęgnuje rodzinne tradycje. Zatrudniona w Urzędzie Wojewódzkim ciotka wydała nawet jakąś tam sumę pieniędzy na odtworzenie rodowego herbarza. Marcin przeprowadził się do Warszawy, gdzie jako pracownik call center z trudem odkłada pieniądze na czynsz, szkołę i kilka drinków w „branżowym” klubie.

W domu zawsze poruszało się tematy uchodzące powszechnie za ambitne. Na półkach zalegały stosy książek, a ojciec lubi wspominać studenckie czasy Solidarności.

Babcia Marcina przez lata była sekretarką na uniwersytecie, dzięki czemu kilku starszych profesorów Wydziału Socjologii spoglądało na niego życzliwym okiem. Jej mieszkanie na blokowisku stanowiło bezpieczny azyl, gdy jako nastoletni pedał dostawał regularny wpierdziel od podwórkowych kiboli.

– Wszystko będzie dobrze, z takich rzeczy się wyrasta – pocieszali się latami krewni. Marcin jednak nie wyrósł. Kiedy skończył osiemnaście lat zamieszkał z o czternaście lat starszym Stefanem. W pojęciu najbliższych został utrzymankiem. – Kurwę męską wyhodowałem – darł się przez telefon, starszy o 10 lat od mamy ojciec.

Związek rozpadł się po roku. Marcin przeprowadził się do babci. Ta pokornie milczała, jej głos słyszał tylko, gdy odmawiała wieczorami różaniec. Ze ścian spoglądały pożółkłe zdjęcia nobliwych przodków, w odróżnieniu od otoczenia niezmiennie uśmiechnięte, obojętne nawet na gejowski grzech Onana.

Gdy na studiach poznał Marka, wszystko się zmieniło. Wspólne wycieczki rowerowe, koncerty na Wyspie Piaskowej, chłopcy pojechali nawet na wycieczkę do Holandii. Marcin poczuł, że świat jest piękny i nie ogranicza się jedynie do dwóch nieakceptujących ich rodzin oraz garstki homofobicznych chuliganów. Kiedy zapragnęli zamieszkać razem, okazało się, że nie mają gdzie i za co. Marek wpadł na pomysł wynajęcia mieszkania i zorganizowania w nim hydrofonicznej hodowli marihuany. Chciał ją sprzedawać jedynie swoim starym kumplom z akademika, a pozyskany w ten sposób dochód przeznaczyć na rzecz gospodarstwa domowego. Pech sprawił, że nie wiadomo jak i kiedy ktoś go sypnął. Aktualnie odsiaduje wyrok 4 lat więzienia. Marcin mieszka w stolicy i czasami pisuje do niego listy. – Gdyby ten kraj był normalny, gdybym choćby dostał mieszkanie jak moi dziadkowie, wszystko pewnie byłoby inaczej. Może nawet bylibyśmy szczęśliwi.

3.

Igor jest dziś celebrytą. Trzydzieści parę lat, rozczochrany wracał z imprezy u kumpla ze szkolnej ławki, gdy kupując codzienną gazetę dowiedział się, że karierę zawdzięcza dziadkowi z UBecji. Całe życie znakomicie wiedział, że dziadek ze strony mamy był milicjantem a pracę zaczynał jako młody chłopak w Urzędzie Bezpieczeństwa. Wojnę przeżył na Syberii wraz z rodzicami, którzy zostali zesłani, ponieważ pradziadek sprzedawał kułakom pastę do butów. Po wojnie jakiś stary kolega wspomniał mu, że jest robota w bezpiece i nawet dach nad głową się znajdzie. Młody żydowski chłopak bez pieniędzy skorzystał z oferty i tak przepracował w bezpiece ponad cztery lata, skończył szkołę i został milicjantem. Na emeryturę odszedł w czasach Gierka. Zaczął hodować porzeczki, z których wyrabiał najlepsze wino na świecie.

Ojciec Igora, inżynier po AGH pochodził z dobrej góralskiej rodziny. Z teściem raczej się dogadywał. Na temat polityki zdanie mieli odmienne, jednak obydwoje wiedzieli, że dzielą ich doświadczenia II Wojny światowej.

Kariera telewizyjnego eksperta od wszystkiego rozwinęła się sama. Studencka radiostacja, dżointy, browary, meta, koks, imprezy z fajnymi ludźmi, jeden, drugi trzeci koncert. Jakaś tam przelotna telewizyjna miłość. Później była wpadka po pijaku za kółkiem, ale za to wpadka w dobrym towarzystwie. Nic tak nie łączy, jak wspólne kłopoty. Igor jest wygadany, inteligentny i zasadniczo bardzo fajny z niego kumpel. Te przymioty w jego wypadku wystarczyły, aby osiągnąć sukces. Nie jest zepsuty, na dobrą sprawę nie przywiązuje specjalnej wagi do rozpoznawalności, a wręcz jest dla niego trochę krępująca. – Jestem normalnym gościem. Jem, sram, pije, palę, nie lubię, gdy ktoś traktuje mnie jako kogoś wyjątkowego.

Wyjątkowa dla części polskiej populacji okazała się za to jego „żydowskość” oraz „ubeckie korzenie”. – Nie, żeby mi było jakoś specjalnie przykro. Powiedziałem dziewczynie, że powinna się cieszyć, bo bycie Żydem we współczesnym świecie jest trendy, a to co jest trendy jest też sexy. W dupie mam kto i co pisze na mój temat, i nie ma tu żadnego znaczenia, że zamiast do żydokomunistycznej bożnicy rodzice zaprowadzili mnie do pierwszej komunii. Tylko cholera, po co oni takie rzeczy wypisują? Mam wrażenie, że wciąż nazwanie kogoś Żydem stanowi obelgę. Podważa wiarygodność osoby. Jakbyśmy się czuli, gdyby Niemcy w ten sam sposób używali słowa „Polak”?

– Polska jest cool – mówi 24 letnia Samantha. – Po ukończeniu służby wojskowej chciałam zamieszkać w Europie. Dlaczego nie w Polsce pomyślałam. W końcu to z Polski pochodzili wszyscy moi dziadkowie. Kraj jest w Unii Europejskiej a z Krakowa blisko do Budapesztu, Wiednia czy Pragi. I co? I zadzwoniłam do polskiej ambasady z przekonaniem, że otrzymanie polskiego paszportu jest dla mnie formalnością. Usłyszałam, że nie ma mowy! Jeżeli chcę, to mogę próbować wyszukując jakieś dokumenty mówiące, że dziadek służył w polskim wojsku. Zrobię to bo mi zależy, ale to jest niesprawiedliwe. Uważam, że władze w Polsce preferują potomków katolickich Polaków ze wschodu ignorując wnuki ludzi innego wyznania.

Samantha chciałaby sprzedać w Tel Awiwie mieszkanie po dziadkach i otworzyć w Krakowie pracownię sztuki aby sprzedawać swoje prace w wielkich stolicach Europejskich. – Czy to jest złe dla Polski? – pyta – Czy bez takich ludzi jak ja Polska będzie lepsza?

Że będzie lepsza, przekonany jest Andrzej z Kraśnika. – To jest Żydów wina, że ich Hitler zabijał. Popatrz tylko – dlaczego nikt ich na świecie nie lubi. Wszędzie się rozpanoszyli, mają polskie nazwiska, ukryli się i ssą z nas pieniądze. Zobacz do kogo należą banki, zobacz na prawdziwe nazwiska członków rządu.

– Nie jestem antysemitą – broni się Andrzej – dzisiaj każdy, kto mówi o Żydach to od razu antysemita. Oni z nas krew pili, później ratowaliśmy ich przed Niemcami, a teraz znowu z nas krew piją. Taka to żydowska wdzięczność.

– A co z polskimi pogromami ? – pytam

– I na tym skończyliśmy rozmowę – pada odpowiedź

Choć wielu z nas bezrefleksyjnie kwestionuje polski współudział w holocauście, istnieją mocne dowody, jeżeli nie na zorganizowaną kolaborację to na pewno na chaotyczny bandytyzm oraz żądzę żydowskich majątków, która ogarnęła polskich chłopów na terenach okupowanych przez III Rzeszę.

Nasza rodzina po dziś dzień utrzymuje kontakt z potomkami uratowanej przez pradziadka z wileńskiego getta żydowskiej nauczycielki. – Nauczycielka jadła lepiej od nas, była gościem – wspomina babusia.

Napięcie było już wcześniej – na temat Pogromu Kieleckiego mówi buddyjski mnich Julek – Ojciec mi opowiadał, że już przed wojną dało się to wyczuć. A później ktoś to sprowokował i stało się co się stało.

Julek uczy, że najważniejsza jest miłość, a nasza obecna narodowość jest tylko chwilową formą, którą przybraliśmy jako ludzie.

Dalecy od tych nauk są liderzy rosnących w siłę młodzieżowych organizacji skrajnej prawicy. Używają oni innego języka niż Andrzej z Kraśnika. Na niepokoju starają się jednak zbudować swój kapitał polityczny. Jest to o tyle zastanawiające, że wielu z nich jest bardziej lub mniej świadomymi wykonawcami poleceń służb specjalnych.

Robert zanim trafił na szklane ekrany, mieszkał w niewielkim miasteczku. W ogólniaku działał w jakiejś grupie chuliganów i dostało mu się od policji podczas dewastowania żydowskiego kirkutu. Słaby był i ojca miał bezlitosnego. Wpierdol na komisariacie i wracaj do domu. Na tym kończy się opowieść Roberta. Co było dalej mogę wywnioskować na podstawie tego, w jaki sposób w wieku siedemnastu lat próbowano mnie zwerbować do współpracy oraz późniejszych kontaktów z pracownikami takich służb.

– Nikomu nic nie mów, zobaczymy co będzie, może uda się jakoś to wyciszyć – usłyszał od gliny. Po tygodniu zadzwonił telefon. – Dzień dobry Panie Robercie, dzwonię z delegatury Urzędu Ochrony Państwa. Czy moglibyśmy się spotkać? Tak, aby porozmawiać o tym co się stało. Proszę zachować ten telefon jako poufny.

Spotkanie odbyło się w restauracji. Dwóch panów pokazuje legitymację, zaczyna słodzić, że w zasadzie to mają takie same cele jak np. zwalczanie „grupy brudasów”, a następnie dali mu do przeczytania treść legitymacji, z której wynika, że każdy obywatel jest zobowiązany do pomocy. Napomknęli coś mimochodem o pieniądzach, a później zaczęli straszyć wywaleniem ze szkoły, kryminałem i złamanym życiem. Ambitny, młody, strachliwy, o wodzowskich zapędach przystał na jakieś tam spotkania co jakiś czas, pokrycie kosztów etc. Później pojawił się problem z pracą. Na szczęście szybko znalazł się się wspierający patriotów przedsiębiorca, który dał mu robotę. Jedna, druga, trzecia inicjatywa partyjna. Gdy tylko pojawiło się społeczne zapotrzebowanie na skrajną prawicę, media wiedziały kogo i której godzinie należy pokazać.

Śledząc życiorysy promowanych w mediach ekstremistów prawie zawsze można znaleźć pilnie strzeżony, taki czy inny incydent z policją i następujący wkrótce po nim zwrot w karierze.

4.

Maciek nie zazdrości rówieśnikom, którzy wyjechali na zachód. – Mi tam w Polsce jest dobrze. Nie narzekam. Zaraz po szkole poszedłem do roboty i zacząłem zaoczny licencjat. Dla Kampanii Piwowarskiej siódmy rok pracuję. Najpierw jako przedstawiciel handlowy, teraz nadzoruję grupę sprzedawców. Wiesz, wyniki, normy standardy. Generalnie wszystko. Mieszkam z laską, na wakacje do Chorwacji jeździmy. Oczywiście kasa mogłaby być lepsza. Ale po co narzekać?

– Będziesz zakładać rodzinę?

– Nie no stary, nie teraz. Magda by chciała, ale wiesz, dzieci to kasa. Mieszkanie musielibyśmy zmienić, wyposażyć, no i w ogóle plajta.

– Przecież nie zarabiasz kiepsko?

– No stary, ale też kokosów nie ma. Laska nie pracuje, a ja zarabiam mniej niż mój kuzyn na zmywaku w Londynie. W Polsce może to wygląda nieźle, ale dobrze wiesz, jakie są ceny. Za to da się fajnie żyć, ale tylko samemu.

O pensji Maćka i to w przeliczeniu na całą rodzinę marzy Wojtek – pracownik Urzędu Pracy w małym miasteczku. Mądry chłopak, grzeczny. Na studiach się zakochał, jako że rodzina katolicka to i ślub wzięli. Z dziećmi się nie spieszyli, pierwszy raz wpadli po roku. Wojtek dzięki protekcji został listonoszem. – Praca fajna, połazisz, z ludźmi pogadasz, i państwowa na umowie zachwalał radny wojewódzki, kolega ojca.

Życie wkrótce pokazało, że pan T. nigdy w życiu nie był listonoszem. No i jakby miał nim zostać skoro komuna dawała człowiekowi alternatywę. Dwa lata później, już z dwójką dzieci, młody ojciec awansował, znowu dzięki protekcji pana T. na specjalistę w Powiatowym Urzędzie Pracy. – Teraz chłopie to już urzędas jesteś. Panisko pełną gębą – wychwalał polityk.

Praca fajna, choć męcząca psychicznie. Wnioski, rozliczenia wniosków, dotacje, papiery, zaświadczenia i tak w kółko. Wojtek urósł w swoich oczach, Magda wkrótce znalazła pracę w biurze podróży. Jego 1800 zł oraz jej 1200 daje razem 3000 złotych dochodu netto.

Farciarz jesteś. – słyszał Wojtek od kolegów. – Klasa średnia – żartowali wspólnie.

Po odliczeniu 1200 zł na mieszkanie, 500 na przedszkole, 250 raty za podstarzałego Forda Mondeo zostaje jakieś 1050 złotych miesięcznie do podziału na cztery osoby. – Niech policzę – mówi Wojtek – 1050 na cztery daje 262 zł na osobę miesięcznie, czyli 8,75 dziennie. Z tego musisz kupić buty, jedzenie, czasami jakiś drobny upominek czy po prostu napić się piwa. Ciesz się chłopie życiem!

Wojtek od dawna myśli o wyjeździe z Polski. – Tutaj czuję się niepotrzebny. Trzymam się tej roboty już czwarty rok, bo innej w okolicy nie znajdę. A jak już mam wyjechać to przecież nie do Łodzi.

Rodzina tonie w długach, pieniędzy brakuje na wszystko, a ostatnio u Magdy w pracy coś się mówi o zwolnieniach.

Czuję się zrobiony w chuja – mówi Wojtek. – To wszystko czym nas karmili to jedna wielka ściema. Ucz się, a dostaniesz dobrą robotę! Uczysz się, chcesz żyć normalnie a roboty nie ma żadnej. Jak coś załatwisz to po znajomości i inni ci zazdroszczą. Zostajesz urzędnikiem, stajesz po drugiej stronie, ludzie jeszcze więcej od ciebie wymagają, a ty z tego wszystkiego znowu masz gówno. Tylko jeszcze bardziej śmierdzi. Gość na stanowisku zarabia tyle, co 8 urzędasów, a to my robimy całą robotę. I jeszcze zbieramy joby. Rodzina chciałaby, abyś zagwarantował jej jakiś status a ty za każdym razem w bankomacie walczysz o przeżycie. Ile wybrać na zakupy. 100? Nie. 70? Za dużo. W końcu wybierasz 40, bo to jednak nie 50. I kupujesz minimum. Nie wyjechałem jeszcze, chyba ze strachu przed utratą tego, co mam. Boję się, że może być gorzej, a przecież mam na utrzymaniu rodzinę. Wielu kolegów wyjechało i jednak jakoś sobie radzą, nawet ci, którzy w Polsce sobie w ogóle nie radzili. Chciałbym mieszkać tutaj, tutaj pracować i żyć z rodziną, ale się nie da. Ktoś może powiedzieć, że jestem nieudolny, ale czy nieudolni są także wszyscy moi koledzy? To może ten system nie działa?

O systemie dobrego zdania nie ma Olek. Olek z zamiłowania oraz powołania jest trollem. Swój poranek opisuje na Facebooku mniej więcej w ten sposób: #poranna kupa #grzanki z colą #nie ustępuj miejsca w tramwaju.

Później wpada w wir pracy programisty. Pomiędzy biciem w klawiaturę a drapaniem się po jajach pije spore ilości coli oraz „wrzuca na fejsbuka” #wyjebać pielęgniarki z sejmu. do łóżek darmozjady.

Wojtek, kolegów za wielu nie ma. Czasami z chłopakami z polibudy kopsnie się na giełdę elektroniczną. W odróżnieniu do „realu” ma sporo wirtualnych przyjaciół. Kiedyś nawet jedna z lasek na trzy miesiące zawładnęła jego konserwatywno-liberalnym serduszkiem. Nigdy jej nie widział, lecz z fotek znał dokładnie każdy milimetr jej wirtualnego ciałka. Fantazje, polucje, smsy, zawalony projekt w pracy. Po miesiącu nawet zaczął dbać o higienę osobistą, przyciął wąsy oraz zawiązał kucyka. I co? I tu wchodzi w kiblu na fejsbuka. Patrzy – własna, osobista fotka zrobiona podczas trzepania kapucyna. W przypływie miłości wysłał ją wybrance. – Jak małolat, jak jakaś pierdolona gimbaza, dałem się wrobić komunistom z wrogiego forum w internecie.

Komunistów nienawidzi Wojtuś strasznie.

– Najgorsza zaraza, która ogranicza moje prawa. A jak można ograniczać prawa? Świat działa oparciu o prawa.

W jego mniemaniu w Polsce, Niemczech, a nawet w Ameryce rządzą komuniści. Komunistą jest Obama, Tusk i Merkel.

Z jakiej racji mam płacić na emerytów? – pyta Wojtek. Niech każdy sam odkłada na swoją starość. Biedni są sobie winni. Ja nie szukam roboty, a to robota szuka mnie.

– A myślałeś o wyjeździe za granicę?

– Po co? To słabeusze wyjeżdżają. Ja zarabiam w Warszawie lepiej niż w Berlinie.

– A nic cię w Polsce nie denerwuje?

– Wszystko mnie denerwuje. I dlatego chcę to zmieniać. Po cholerę nam tylu urzędników? Po co ZUS, Urzędy Pracy, zasiłki? Przecież wszyscy do tego dopłacamy. Połowę zwolnić od razu, połowie obciąć pensje. Wszyscy będziemy mieli więcej w kieszeniach.

Nie o napełnianiu kieszeni, lecz o sprawiedliwym życiu zawsze marzył Mirek. Średni uczeń, zdolny piłkarz, zawsze jednak gdzieś na uboczu hałaśliwego towarzystwa. Większość swojego życia był ministrantem bądź lektorem w miejscowym kościele. Parafia mała, gmina miejsko-wiejska na wschód od Wisły. Od dziecka wpajano mu katolickie wartości. Śmieje się, że do siódmego roku życia myślał, że Trzy Osoby Boskie to Jan Paweł II, Jezus i Maryja. Lektorem przestał być, gdy na Oazie poznał dziewczynę. Nie uprawiali seksu, ale czasem poszli w ślinę. Wszystko skończyło się, gdy po szkole średniej Monika wyjechała na studia i zakochała się w wokaliście popularnej w województwie kapeli disco polo. Mirek się nie załamał, potraktował to jako znak od Boga. Po rekolekcjach dla młodzieży dorosłej zdecydował o wstąpieniu do zakonu.

Na rekolekcjach grasz na gitarze, śpiewasz i klaszczesz w ręce. W nowicjacie sprzątasz, uczysz się i zbijasz bąki. Póki jesteś świeży, wymagają jeszcze od ciebie modlitwy, później możesz poprosić o pozwolenie na tzw. praktykę indywidualną. Atmosfera w klasztorze jest zależna od przełożonego. W moim była luźna, aż za bardzo. Po obiedzie chłopcy wychodzą na spacer, masturbują w pokojach lub idą napić się czegoś mocniejszego. Po jakimś czasie zauważyłem, że co niektórzy z zakonników połączyli się w pary.

Choć mój ojcze do pokoju, mam nowy znaczek w kolekcji – przy stole zagadywał o. Michał do o. Adama. Później puszczali w pokoju muzykę i po jakiś trzech godzinach rozpromienieni schodzili do refektarza napić się herbaty. Co do swoich podejrzeń upewniłem się, gdy podczas mycia naczyń cichaczem zaszedł mnie o. Michał. Niby przypadkowo pogłaskał moją dłoń mówiąc – Jakie ty masz delikatne ręce. – milczałem – Wkrótce idziesz do seminarium. – dodał po chwili – Wiesz jak tam jest, sami fajni ludzie i więcej luzu. Ja to Ci zazdroszczę, jak byłem w diecezjalnym to chłopaki po cichaczu schodzili do piwnicy zrobić sobie laseczkę. – dodał rubasznie wyraźnie sondując moją reakcję.

A co na to Pan Jezus?

No wiesz, pan Jezus lubił żartować.

Tego wieczora nie mówiąc nikomu, Mirek spakował walizki i wrócił do domu. Aktualnie pracuje jako pomocnik w zakładzie samochodowym u stryja. Wszyscy koledzy z Oazy pozakładali rodziny i nie mają dziś za bardzo wspólnego tematu. Aby odreagować, Mirek znalazł sobie męskie hobby. Bije lokalne rekordy prędkości na motocyklu Suzuki GSF 600. Ze znalezieniem dziewczyny będzie już ciężej. Nie chciałby się wiązać z „byle kurwą”, a dobre dziewczyny z okolicy postrzegają go jako byłego księdza.

Z dziewczynami problemu nigdy nie miał Piotrek. Wygadany, trochę cwaniaczkowaty syn drobnego przedsiębiorcy. Od zawsze mówił, że chce zrobić karierę. Za pożyczone od rodziców pieniądze kupił podstarzałe BMW, którym z kolegami rozbijał się po dyskotekach. Po studiach długo nie mógł znaleźć pracy. Gdy ją znalazł, wylądował na kasie w hipermarkecie. Z Jolą był półtora roku. Całe półtora roku wypruwania sobie żył na zaspokojenie potrzeb wygodnickiej panienki.

Nie rób mi siary, kup ten sweterek. Znajomi jadą do Zakopca, pojedziemy Misiu z nimi? A może w końcu wynajmiesz mieszkanie? – słyszał codziennie.

Gdy przychodził po pożyczce do rodziców, za każdym razem słyszał, żeby znalazł wreszczie porządną robotę. Tylko co oznacza „porządna robota”?

Weź się za coś normalnego – wtórowała Jola – wstyd mi przynosisz.

To wyjedźmy razem za granicę – proponował dziewczynie.

Czy ty chory jesteś? I co i ja będę robiła na zmywaku? A może nas utrzymasz z pensji zmywakowego? I jeszcze trzeba angielski znać. Wiem, bo moja siostra mieszka w Birningham.

Któregoś dnia Jola poleciała odwiedzić siostrzyczkę w Wielkiej Brytanii. Nie wróciła. Że zmieniła zdanie, Piotrek dowiedział się z Facebooka, gdzie na zdjęciu jakiś Pakis trzyma ją za dupę. Jak sam mówi oczy otworzył dopiero, kiedy znalazł się sam z piętnastoma tysiącami długu.

Sprzedał samochód, odpalił Internet i po pół roku zapisał się do Forum Młodych PiS. Dzisiaj stoi na stanowisku, że to rządy Okrągłego Stołu spiepszyły jego życie. Jest także przeciwnikiem Unii Europejskiej.

Emigracja, nigdy. – powiada – Zawsze jest wybór. Ja wybrałem dumę. Nie rozumiem, dlaczego ktoś kto uciekł, powiedzmy sobie, zdezerterował, mieszka gdzie indziej i gdzie indziej płaci podatki ma mieć prawo głosu w wyborach na terenie Polski? Pójdźmy jeszcze dalej i pozwólmy głosować wszystkim wnukom Żydów, którzy wyjechali do Izraela. Myślę, że to jest problem, przed którym stanie następne pokolenie Polaków.

Wiele problemów, z którymi boryka się Polska widzi także Witek. Młody lewak z Warszawy.

Jebać burżujów! – wita mnie na czacie.

– A kto to jest burżuj? – Pytam z ciekawością.

Burżuj to pies, zakała gatunku. To ktoś, kto kumuluje kapitał wyrwany reszcie społeczeństwa.

Czyli słynny jeden procent?

Jeden procent bogatych posiada więcej niż reszta ludzkości.

A Ty kim jesteś?

– Jestem resztą.

– Klasa robotnicza?

– Walcząca klasa robotnicza.

Witek pracuje po magazynach. Oczywiście na śmieciówkach.

Wkurwiony jestem. Najgorsze jest to, że tego systemu nie da się zmienić. Trzeba go wysadzić i zbudować od nowa.

– Jak zbudować?

– Sprawiedliwie. Wywieszać bankierów, znacjonalizować koncerny. Innej drogi nie ma. Tylko komunizm.

– A Stalin?

– Większość niby czerwonych się od niego odcina, ale ja uważam, że trzeba docenić jego dokonania.

– Jak na przykład krwiożercza dyktatura?

– Nie da się wprowadzić porządku bez ofiar. Musisz zrozumieć to, że gdyby nie twarda polityka Stalina to szybko zostałby zabity, a Związek Radziecki by nie przetrwał. Wojnę pewnie wygraliby Niemcy. Ile wtedy byłoby ofiar?

– Polska także potrzebuje ofiar?

– Nawet ksiądz prosi o ofiarę. Tak czy inaczej, to wszystko pierdolnie. Ludzie nie dogadują się ze sobą. Nawet nie próbują rozmawiać. Wszyscy jesteśmy podłączeni do jednej elektrycznej dojarki, która wysysa z nas to, co zdołamy w swoim życiu wypracować. Ale silnik w dojarce zaczął się pierdolić. Jak to stanie, wszyscy pójdą na noże. I wtedy właśnie wybuchnie rewolucja. Dopóki ludzie są podłączeni do systemu, nie rozumieją jak bardzo są wysysani. To jest takie znieczulenie dozowane za pomocą kabla telewizyjnego.

– Jesteś pewien, że wam się uda?

– Taka jest prawidłowość dziejów. Ludzie mają dosyć i albo my, albo skrajna prawica. Wszystko się rozstrzygnie jeszcze za naszego życia.

Od zawsze uważałem się za istotę uduchowioną, toteż i katolicyzm w którym wyrosłem, a przez to katolickie postrzeganie świata i moralności wypełniają najgłębsze przestrzenie mojej osobowości. Mieszkając pomiędzy wyznawcami rozmaitych religii oraz mając szansę dogłębnie poznać buddyjskie społeczeństwo wykreowałem swój własny światopogląd. W uproszczeniu scharakteryzował bym go jako filozoficzny synkretyzm, odrzucający ideę Boga osobowego.

Wszędzie, gdzie podróżuję spotykam ludzi rozmaitych religii, wyznających jednakże ten sam zestaw podstawowych wartości, wszędzie też pojawiają się te same pierwiastki, jak wzajemnie podobne do siebie opowieści o świętych (jakkolwiek ich nie zwać), karze za złe występki etc. Z opowieści moich zaprzyjaźnionych kapłanów chrześcijańskich, czy buddyjskich mnichów miałem także okazję poznać pikantne kulisy życia za murami klasztorów.

Na tej podstawie wytworzyłem też swój prywatny, osobisty ranking bardziej i mniej lubianych systemów religijnych. Chciałbym zaznaczyć, że moich osobistych doświadczeń nie wynika aby jakakolwiek religia determinowała bycie lepszym lub gorszym człowiekiem. Wszystkie na ten przykład wspomnienia z państw muzułmańskich mam jak najbardziej dobre. Uważam jednak, że w życiu społeczności muzułmańskiej jest o wiele mniej uśmiechu niż w społeczeństwach rdzennie buddyjskich. Chrześcijaństwo jest tutaj mniej więcej pośrodku. Szczęście ludzi najlepiej objawia się w uśmiechu dziecka. Nie mam także praktycznie żadnych złych doświadczeń z kontaktu z przedstawicielami jakiegokolwiek duchowieństwa. Instytucje kościołów i innych związków wyznaniowych uznaję nie mniej jednak za zbędą i szkodliwą. Nikt nie stoi na straży monopolu prawdy, a system religijnych norm i zakazów stoi raczej na straży zhierarchizowanej instytucji niż duchowego rozwoju wyznawców. Duchowy autorytet w moim mniemaniu powinien pochodzić z mądrości mnicha, nie zaś ze stopnia jaki piastuje w biurokratycznej strukturze.

Odrzucenie chrześcijaństwa, po latach zgłębiania jego tajników nie był procesem prostym. Oceniam go mniej więcej jak jazdę na rowerze bez trzymanki. Będziesz miał skrępowane ręce tak długo aż będziesz się bał puścić kierownicy. Kiedy już to zrobisz musisz bardzo uważać, aby się nie przewrócić. Z czasem jednak docenisz nową umiejętność i wolność oraz pewność jaką ona daje. W razie potrzeby łapiesz się steru, ale nie jesteś do niego przywiązany. Nie wierzę w ateizm bez wartości. Zamiana jakiegokolwiek systemu filozoficznego na popkulturę jest niebezpieczną brawurą, której finał boleśnie obserwujemy we współczesnym świecie. Odrzucając dany system religijny należy przełączyć się na „intuicję”, a oświecony humanizm jest o niebo lepszym rozwiązaniem niż bojaźliwy konserwatyzm.

W Polsce spotkałem się z nietolerancją, niczym kara dopadła ona osobnika, który jako małolat tolerancję traktował z pogardą. Polacy nie są tolerancyjni dla odmienności. Nie mam tu na myśli nawet tak jaskrawych różnic jak narodowość, kolor skóry czy orientacja seksualna. Nasze społeczeństwo wypluwa wszystkich, którzy starają się myśleć wbrew manipulowanej nędznymi mediami lub stłamszonej ludową wiarą woli większości. Obrywało mi się więc za krytyczne spojrzenie na pontyfikat Jana Pawła II, kler katolicki, romantyczną małyszomanię czy nawet brak orgazmu na myśl o Euro 2012. Zawsze starałem się nie dawać ponieść fali owczego pędu. Pędzące owce jednak zadeptują wszystko co staje im na drodze. Polska nie jest krajem wolnym, a jest tak dlatego, że Polacy nie są ludźmi wolnymi. Za wiele ich ogranicza. Mam tu ma myśli szereg barier wewnętrznych, które owocują np. zamykaniem do więzień użytkowników marihuany czy brakiem zgody dla związków partnerskich. I nie ma tu mowy o żadnym poszanowaniu dla osób o odmiennym światopoglądzie czy też stylu żucia. W XXI wieku rolę ustaw norymberskich przejął hejt w Internecie.

Mój były szef ma na imię R. Z racji na posturę ciała i charakter nazywany przez niektórych Pączusiem.  R. pochodzi z małej gminy miejsko-wiejskiej, gdzie wychował się w porządnej, katolickiej rodzinie miejscowych inteligentów. Dzięki staraniom rodziców w domu nie brakowało niczego, a „Pączuś” ku zawiści małomiasteczkowego społeczeństwa dostał niskopłatny staż w Domu Kultury a następnie wcale nie wyjątkowy etat tamże. Gdy pojawiła się okazja wskoczył na stanowisko dyrektora nowo powstałej jednostki w moim mieście. Kulisy tego awansu nie są do końca jasne: trochę szczęścia, trochę znajomości, jakiś tam spór personalny w tle. Nie bez wątpienia rolę w awansie odegrał posłuszny charakter, który dla przełożonego, zwłaszcza gdy ten jest politykiem, stanowi gwarancję zupełnej uległości pracownika. Nowy dyrektor, dzisiaj ma dwójkę dzieci, jak mawia „żonę poznał w kościele”, gdzie grał na gitarze. Zrobi więc wszystko aby utrzymać się na dobrze płatnym stanowisku. Myślę, że nie dla tego, bo jest zły i zepsuty władzą, lecz aby zapewnić swoim dzieciom to co sam dostał od rodziców. Przy ogólnie panującej opinii BMW (bierny, mierny, wierny), przetrwał już dwóch burmistrzów i aktualnie próbuje powtórzyć to osiągnięcie po raz trzeci.

Lubiłem R., spędziłem w jego towarzystwie setki godzin. Po dziś dzień pamiętam jak obejmując stanowisko precyzował swoje wartości „-Trzeba jeść małą łyżeczką – mówił”. „- Jak mnie wywalą otworzę szkołę jazdy, jakoś trzeba sobie poradzić”. Pomimo różnic światopoglądowych jego dobre chęci traktowałem jako coś pozytywnego. Tryskałem pomysłami, które z większym, lub mniejszym powodzeniem wcielaliśmy wspólnie w życie. Sytuacja zaczęła się pogarszać w ramach zbliżania się wyborów samorządowych. Strach przed zmianą koniunktury zaczął brać górę nad koleżeńską solidarnością. Zasadniczo w porządku. Z domu R. wyniósł, że rodzina jest ważniejsza niźli koledzy. Problem w tym, że bycie przydupasem, wiernym wykonawcą poleceń polityków niekoniecznie oznacza robienie czegoś dobrego. Zupełnie odkładam tu w niepamięć nieprzyjemności, które wskutek zmiany warty osobiście dotykały mnie ze strony „kolegi”. Z czasem R. bez powodzenia zaczął sam startować wyborach – zawsze z listy władzy – nie jest istotne jakiej władzy. Deklarowaną wcześniej uczciwość zastąpiła lojalność wyrażająca się choćby poprzez służbowe zakupy robione w hurtowni należącej do bezpośredniego przełożonego. „- Bo przecież trzeba wspierać lokalne firmy”. Wiązanki wręczane artystom podczas koncertów zaczęliśmy w pewnym momencie kupować w sklepie jego cioci i ta sama ciocia zgarnęła jakieś tam drobne za wywieszenie reklamy na jej budynku. Co jakiś czas dyrektor występował do swego szefa o nagrodę w formie podwyżki swojej i tak wysokiej pensji. „-Bo wiesz kredyty, remont samochodu, dzieci, wakacje”. Normalne potrzeby na zaspokojenie, których w normalnych krajach wystarcza szeregowemu pracownikowi restauracji. Wbrew ogólnemu pojęciu o urzędnikach wyższego szczebla Rafał nie wydaje się być radosnym japiszonem. Paraliżowany strachem przed utratą stabilizacji nie podejmuje jakichkolwiek odważnych decyzji, cierpi na chroniczne sraczki przed sesjami Rady Miasta, wiecznie naburmuszony zamyka się w biurze oraz tworzy wokół siebie grono ludzi wiernych. Uzależnionych od niego w taki sam sposób, w jaki on dał się uzależnić od swoich przełożonych. System, w którym przyszło mu funkcjonować rozprzestrzenia się jak rak, który za drobne kupuje nowe elementy. W mechanizmie tym każdy element można w dowolnym momencie wymienić na inny, tak samo tani, a może i bardziej wierny, to znaczy mocniej uzależniony od całości. Całość zaś zależy „jedynie” od pieniędzy.

Z katolickiej rodziny oraz prowincji pochodzi także Tomek. Od R. różni go to, że jego rodzinna wioska leży we wschodniej Polsce na Rzeszowszczyźnie. Tam prawie wszyscy zawsze głosują na PiS. Tomek nigdy nie głosował na Platformę, nie wszedł w system, który w jego mniemaniu jest zupełnie zły i zdominowany przez zdrajców. Nie znając języka wraz z żoną wyemigrował do Anglii gdzie wiernie pracując w gastronomi dorobił się stanowiska szefa kuchni lotniskowej restauracji. Rytm życia wielu polskich emigrantów wyznacza praca, obowiązki rodzinne, plotki na temat innych Polaków oraz okazjonalna wódczana najebka. Tomek ma parcie budowę domu w rodzinnej okolicy. W końcu własna chałupa po dziś dzień stanowi wioskowy wyznacznik poziomu społecznego.

Aby odłożyć potrzebne do awansu społecznego pieniądze Polacy żyją „na kupie”. Podnajęte pokoje – dwie rodziny i kilku ściągniętych do roboty singli żyjących pod jednym dachem minimalizują koszty życia na Wyspach Brytyjskich. W rozumieniu Tomka i jemu podobnych Anglia jest tylko tymczasowym miejscem zarobku. Dom jest tam daleko, gdzie gromadnie ze współlokatorami (oraz pracownikami w jednym) spędza się sielskie wakacje na wsi. Tomek w pracy lubi otaczać się „swoimi”, toteż i skład jego kuchni jest prawie w 100 procentach podkarpacki. Nie ma raczej kolegów innych narodowości, a ich wynajęty od agencji dom w Wielkiej Brytanii stanowi coś na kształt ambasady ściany wschodniej RP. Niedziela w kościele, na obiad rosół , urzędowy język – polski. Najpopularniejszym, oglądanym grupowo show są odtwarzane po tysiąckroć nagrania z wesel – własnego, znajomych, rodziny. Tutaj nie lubi się liberałów, lewicy, niewierzących ani nawet przybyszy z Dolnego czy Górnego Śląska. Tomek nie pali marihuany i niezbyt toleruje wśród pracowników osoby o innym światopoglądzie. Nie szanuje oczywiście homoseksualistów, nie godzi się na zrównanie ich w prawach, bez entuzjazmu wypowiada się również o innych zamieszkujących Wielką Brytanię narodowościach. – Uważajcie na „Portugali” – mówi do współpracowników – oni chcą nam zabrać robotę – podburza. Nieznający języka, sprowadzeni przez Tomka do pracy młodzi Polacy, przyjmują jego światopogląd tworząc coś na kształt filii własnej wsi na Wyspach. Tutaj niezmiennie żyje się życiem rodzimej wichury, w tym samym otoczeniu, poruszając te same tematy, zupełnie nie integrując się z lokalnym środowiskiem. – Oni dalej nie wyjechali ze swojej wsi – mówiłem kiedyś koledze – zmieniła się tylko zagroda. Jak na zwolennika Polski smoleńskiej przystało, Tomek nie chce Unii Europejskiej, nie potrafi wyjaśnić jednak dlaczego jeszcze nie wrócił do swego raju pod Rzeszowem.

Mniej więcej z tej samej okolicy pochodzi Adrian. Choć młodość spędził na wsi, jego rodzinne mieszkanie znajdowało się w bloku zamieszkanym przez nauczycieli. Adrian ma talent artystyczny, jeszcze w Polsce dorabiał malowaniem graffiti oraz tatuażami. W Anglii poradził sobie dobrze, wyrwał się z polskiego środowiska, poznał język, realizuje swoje pasje. Adrian nie stoi po stronie sekty smoleńskiej, ma wyjebane na zdanie biskupów, którzy chcą regulować każdy aspekt życia. Wakacje także spędza na Rzeszowszczyźnie, którą pokazuje swoim angielskim i hiszpańskim kolegom. W odróżnieniu od Tomka nie zamęcza otoczenia przyśpiewkami discopolo. Jego muzyką jest hip hop, ordynarną wódę zastąpił aromatycznymi skrętami, a Kościół niezależnym myśleniem. Adrian tęskni do Polski ale innej niż Tomek. Chciałby żyć u siebie, lecz takim życiem jakie poznał na zachodzie.

Gdy pracował razem z Tomkiem pełnił rolę czarnej owcy, narkomana, który kumpluje się z czyhającymi na polskie miejsca pracy „Portugalami”. Gdy pojechał na wyprawę po Azji Pd-Wsch, koledzy z roboty widzieli w nim dziwaka. Przecież muzułmanie w Malezji niechybnie go zabiją… Poznał nowe kraje, kajakiem przemierzał dżunglę, nikt go nie zabił. I zmienił pracę. Z kuchni przeniósł się na barmana. Teraz nikt nie uważa go za odmieńca, narkomana i nieroba. Niepolacy oceniają go nieporównywalnie lepiej niż ziomkostwo z Podkarpacia. Jeśli Adrian i Tomek jednocześnie wróciliby do Polski jeden z nich byłby nieszczęśliwy, zależnie od tego jaka wizja kraju w najbliższych latach weźmie górę nad Wisłą. Podział na konserwatywny wchód oraz otwarty zachód nie jest jedynie linią geograficzną rozdzielająca Polskę B od Polski A. Ta granica przebiega w umysłach Polaków i wszystko wskazuje, że nadal będzie się pogłębiać.

Rozkładające się zwłoki Darka znaleziono w samochodzie na parkingu. Jako powód zgonu prokuratura podała zatrucie alkoholowe. Była to jedna z niewielu chwil, gdy uroniłem łzę na wiadomość o czyjejś śmierci. Jeszcze kilka lat wcześniej, młody doktor, zdolny naukowiec, historyk, z pasją opowiadał studentom o działaniach Armii Krajowej na Opolszczyźnie oraz o Kresach Wschodnich. Uniwersytecki etat, żona, dwoje dzieci, psiak, mieszkanie. Nic nie wskazywało na to, że wszystko legnie w gruzach, że Darek zostanie ukrzyżowany, opluty, a na jedzenie będzie zarabiał jako cieć i zmywakowy. Jako historyk z pasji i zamiłowania, wychowany w tradycyjnych wartościach nie bał się poruszać tematów kontrowersyjnych, nawet niebezpiecznych. Wierzył, że Polska jest krajem demokratycznym, a demokracja szanuje prawo naukowca do dociekań. Darek miał lekkie pióro – pisał sporo i dobrze. Wszystko miało się zawalić gdy „wyskrobał” małą książeczkę, zbiór felietonów, w jednym z nich zreferował poglądy zagranicznych rewizjonistów holocaustu. Do głowy mu nie przyszło, że tak niewinna kwestia może zrujnować życie całej rodziny a jego samego w efekcie zapędzić do grobu. Dziennikarze lubią afery, a kolejne głośne artykuły są jak szczeble drabiny, po której wspinają się licząc na zrobienie kariery. Pierwsze zareagowały Nowa Trybuna Opolska oraz Gazeta Wyborcza. Ta ostatnia piórem Piotra Pacewicza na dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia 1999 r. otwarcie wzywała do linczu. „Szanująca się uczelnia powinna go (Darka) usunąć” – krzyczał Pacewicz – „trzeba wyrzucać, nie podawać ręki…”.
Kiedy wybuchła afera, podówczas bardzo wpływowy polityk i senator Władysław Bartoszewski przebywał z wizytą w Wiedniu. Nie miał możliwości zapoznania się ani z publikacją, ani z dorobkiem naukowym opolskiego historyka. – Pozbądźcie się tego Ratajczaka i to już – krzyczał do słuchawki Rektora. Zadzwonił też ktoś ważny z Ministerstwa Edukacji Narodowej: „jak go nie wyrzucicie, nie ma dla was żadnych grantów… to jest poważna sprawa… Pan rozumie – poważna…” Dzwonią „ludzie Wiesenthala”. Był też telefon od Jerzego Urbana – „zajmę się tą sprawą, hmh”. Kolejny telefon z Ministerstwa „a może by tak tytuł kwestionować. Co on pisał w doktoracie… aha… no to nie”. Swoja stertę cegieł do kamieniowania dorzucili także „poprawni” koledzy z Uniwersytetu. Rzecznik dyscyplinarny UO, prof. Wiesław Łukaszewski (psycholog – sic!), w wywiadzie dla Wyborczej był łaskawy zapewnić, że „jeśli dr Ratajczak zostanie na uczelni, wielu z nas z niej odejdzie”.
Zgodnie z przewidywaniami uniwerek pozbył się okrzykniętego „kłamcą oświęcimskim” Darka. Nikt nie wchodził z nim w dyskusje, koledzy wykładowcy przestali go rozpoznawać, dostał wilczy list, który pozbawiał go prawa pracy na wyższych uczelniach – teoretycznie na 3 lata – w praktyce dożywotnio. Komisja Dyscyplinarna UO wydająca zakaz wykonywania zawodu pracowała w składzie: prof. W. Kaczorowski (historyk średniowiecza), prof. M. Dymkowski (psycholog) prof. K. Czaja (chemik), dr . hab. S. Grochalski (prawnik, przew. Komisji) oraz ks. dr. Kandzioch. Jednocześnie Ratajczkowi wytoczono proces sądowy o złamanie ustawy o IPN. Kolejne nerwy, kolejne wydatki, proces umorzono w 2002 roku. Tragedię Darka bardzo przeżywał jego ojciec, starszy pan z klasą, kresowiak, który był dumny z naukowej i publicystycznej działalności syna. Żona wkrótce zażądała rozwodu, a Darek aby się utrzymać został cieciem, później zmywakowym. Próbując się ratować poszukiwał pomocy zewsząd. Nieliczni ludzie, którzy się od niego nie odwrócili próbowali mu pomagać. Ale byliśmy biedni. Zrobić mogliśmy niewiele, wydzwaniałem po znajomych, zbudowałem jego pierwszą stronę w internecie, gdzie za 17 złotych można było zamówić książkę prosto od autora, dając mu tym samym środki za zjedzenie obiadu. Na stronie głównej przytoczyliśmy artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ: „Każdy człowiek ma prawo do wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.”
Darek jeździł po kraju z wykładami, podczas których sprzedawał swoje publikacje. Nie było to ani proste, ani dochodowe dlatego organizatorzy zawsze starali się pokryć koszta paliwa. Niektórzy jak szlachetny człowiek prawicy dr Jan Pokrywka z Kłodzka starali się tak zrobić, aby w kieszeni zubożałego naukowca zostało jak najwięcej pieniędzy. Darek podróżował samochodem, który wkrótce miał się stać jego domem. Nikt z obecnie popularnych gwiazd tzw. „prawicy” nie chciał go znać. Niektórzy zaś, jak antysemita i biznesmen Leszek Bubel, wykorzystując sytuację starali się na jego nieszczęściu zbić kapitał polityczny. Kupowali go tanio, za drobne, nie było nikogo kto odważyłby się mu zapewnić uczciwie płatny etat i tym samym uratować człowieka. Pogrążony w beznadziei, ucieczki zaczął poszukiwać w alkoholu. Nikt nie wyciągnął do niego pomocnej ręki. Jedni się bali, inni mieli go zwyczajnie w dupie, jeszcze inni nie chcieli być kojarzeni z kimś ochrzczonym przez mainstreamowe media pogardliwym mianem kłamcy. Dzisiaj, kiedy czytam peany na jego temat, gdy przeglądam Wikipedię, kiedy słucham nagrywanych na jego cześć piosenek ogarnia mnie głębokie obrzydzenie. Gdzie byliście, gdy sponiewierany Darek umierał w samochodzie? Gdzie byliście z waszymi milionami, którymi chwalicie się w kampaniach wyborczych? Gdzie były wasze firmy i wasza odwaga? Krew doktora Ratajczaka jest nie tylko na rękach koniunkturalnych kolegów po fachu z Uniwersytetu Opolskiego, nie tylko na rękach żądnych poklasku władzy dziennikarzy liberalnych mediów, lecz i tam gdzie dzisiaj z uwielbieniem wymawia się jego nazwisko. Prawdziwy Dariusz Ratajczak ani trochę nie pasował do wykreowanego przez media wizerunku. Nie było w nim krzty nienawiści czy jakiegokolwiek fanatyzmu. Był to ten typ wykładowcy – pasjonata, który studiując na uczelniach lubimy najbardziej. Pisząc powyższe słowa zdaję sobie sprawę, że mogą one mi przysporzyć wielu wrogów, zarówno po prawej jak i lewej stronie tego, co nazywamy sceną polityczną. Tak jednak działa ten system i tego typu represje mogą dotknąć absolutnie każdego, niezależnie od reprezentowanej opcji ideologicznej. Dyktatura „centrum” jest taką samą dyktaturą jak każda inna. A może nawet i gorszą, bo zabija powoli, z zupełną pogardą dla człowieka i przy ogólnym aplauzie zmanipulowanej gawiedzi.