Ludzie zwyczajni

Rozdziały z „Ludzi Zwyczajnych” i „Aniołów Jedwabnego Szlaku”


Sri Lanka

DOBRY JEZUS

Nauka w katolickiej szkółce wypełnia radością serca uczęszczających do niej dzieci. Wszyscy się tutaj znają i otaczają serdeczną pomocą. Na odrapanej ścianie wiszą kolorowe karteczki. Jedne z nich informują o aktualnych czytaniach z Pisma Świętego, inne mówią, kto w danym miesiącu obchodzi urodziny.

– Kim jest ta pani na obrazku? – zapytałem uśmiechniętych dziewczynek. – To Maryja – usłyszałem w odpowiedzi. – A ten pan? – To Jezus. Jest dobry.
Dobry Jezus sprawia, że dzieci nauczą się pisać, a jego pomocnice, miejscowe siostry zakonne przygotują im obiad. Siostry uczą jak należy dziękować Panu za jego dary. Szkółka jest biedna, tak jak jej uczniowie, personel i tak jak biedny był Zbawiciel. Biedny Jezus, w biednym kraju mieszka w biednym kościółku. Ubóstwo stanowi tutaj cnotę. Zresztą nie może być inaczej gdyż pojmowane w ten właśnie sposób pozwala ubogim zachować radość życia i nadzieję zbawienia.
Kilka tysięcy kroków dalej pośród zielonych pagórków wyrasta dwudziestowieczna rezydencja. Po trzydziestu latach od wkopania kamienia węgielnego wzniesiony przez brytyjskiego arystokratę budynek przeszedł na służbę Jezusa. Aby zobaczyć obydwa udostępnione dla pospólstwa luksusowe pokoje należy wnieść w kasie odpowiednią opłatę. Wielebni ojcowie, pokorni słudzy Kościoła mają też do zaoferowania wygodne noclegi w zachodnioeuropejskich cenach, przyklasztorny sklepik i małą restauracyjkę.

– Kaplica jest zamknięta dla odwiedzających usłyszałem od zirytowanego moją obecnością w wypielęgnowanym ogrodzie kleryka. – Ale to jest klasztor – odparłem. – To jest teren prywatny.

Zamilkłem. Elegancko przystrzyżona trawka, dwóch młodych, zadbanych kleryków, japoński motocykl i zapewniająca komfort modlitwy klimatyzacja. Jezus jest Królem, musi mieć zatem godne przedstawicielstwo na Ziemi. Tutejsza administracja kieruje się mottem świętego Benedykta – „ora et labora”. By jedni mogli się modlić, pozostali muszą pracować.

 

Chiny

SPOTKANIE Z „POLITRUKIEM”

L. jest wykładowcą nauk politycznych w partyjnej szkole Komunistycznej Partii Chin. Sympatyczny sześćdziesięciolatek nie ma w sobie nic z tępego, podręcznikowego politruka. Poznaliśmy się w okolicznościach nietypowych – o tyle nietypowych, że L. wyciągał mnie i dwójkę moich azjatyckich przyjaciół z komisariatu policji w stanowiącym zamkniętą enklawę mieście T. Wjazd do tego typu terytoriów na terenie Chińskiej Republiki Ludowej wymaga specjalnego zezwolenia, którego z racji na niewiedzę nie posiadaliśmy. Ten stary przyjaciel Sunnego z uśmiechem przyglądał się, jak miejscowi gliniarze nie za bardzo wiedzieli, co z nami zrobić.

– A teraz pojedziemy z policjantami na drugi komisariat, Paul jest pierwszym obcokrajowcem w mieście T. i każdy chce go zobaczyć. – Pierwszym? – zapytałem z niedowierzaniem. – Tak mówi komendant, biali tu nie przyjeżdżają, bo miasto leży na uboczu i jest turystycznie nieciekawe.

Faktycznie T. nie imponuje ani położeniem, ani też architekturą. Jedynym interesującym obrazkiem są wszechobecne na ulicach uzbrojone oddziały wojska i policji. Wszyscy napotkani mundurowi, włącznie z tymi, którzy byli łaskawi nas zatrzymać, są mili i uśmiechnięci, a piękna policjantka z lokalnego komisariatu znakomicie wie, jak kokietować zatrzymanego obcokrajowca.

Po godzinnej przygodzie z „bijącym sercem systemu” trafiliśmy do lokalnej restauracji. L. zamówił jedzenie i wyposażył nas w zgrzewkę piwa.

– A więc wykładasz w partyjnej szkole L.? – zapytałem – czy mogę przeprowadzić z Tobą wywiad? – Z przyjemnością – odparł politruk i dolał wszystkim piwa. – Co sądzisz o zmianach w Europie Środkowej po 1989 roku, o odejściu od komunizmu? – Jesteśmy przyjacielsko nastawieni do wszystkich krajów dawnego bloku wschodniego, jeśli ludzie wybrali zmianę widocznie Polska jej potrzebowała. – A co z komunizmem? – zapytałem nieco zbity z tropu. – Z wielką sympatią patrzymy na europejskich komunistów – odparł L. i położył na mojej miseczce kilka kawałków gotowanej ryby. – Teraz mamy w Europie kryzys gospodarczy – czy nie sądzisz, że przenoszenie przez korporacje fabryk do Chin i wykupywanie przez Chińczyków europejskich firm stanowi dla nas zagrożenie? Ludzie nie mają gdzie pracować…

Na twarzy chińskiego politologa pojawił się pobłażliwy uśmiech.

– Nie sądzę Paul. Taka jest gospodarka. Kryzys nie dotyka jedynie Europy, w Azji też jest kryzys. Gospodarka to sinusoida – raz jest dobrze, raz jest źle.

W latach dziewięć dziesiątych mieliśmy w Azji załamanie, później przyszły lata rozwoju. Tu nie ma co panikować, to jest naturalne. Europa i Ameryka muszą zrozumieć, że Chiny są normalnym graczem na arenie międzynarodowej. Nasze firmy, tak jak firmy z każdego innego kraju, mogą handlować akcjami. – Mówisz jak kapitalista L. – powiedziałem z uśmiechem – jaką drogę Twoim zda niem powinna wybrać teraz Europa, więcej interwencjonizmu czy wolnego rynku – komunizm czy kapitalizm?

– Z gospodarką jest tak, że i komunizm, i kapitalizm mają swoje dobre strony, muszą się uzupełniać. Od tego jest państwo aby decydować czy w danym momencie gospodarka potrzebuje więcej komunizmu, czy kapitalizmu. Tu nie powinno być mowy o wojnie, musi panować harmonia. Kraje, które tego nie zrozumieją, są skazane na porażkę we współczesnym świecie.

– Czyli wszystko zależy od sytuacji? – Dokładnie, jeżeli ludzie nie mają pracy i pieniędzy, potrzebna jest interwencja państwa aby ograniczyć pomoc, gdy już będzie dobrze. Te dwa systemy muszą się uzupełniać.

– Czy uczycie w szkołach marksizmu i czy młodzi rozumieją nauki Karola Marksa? – Owszem, uczymy – odparł L. nalewając kolejną szklankę piwa –  ale nie każemy czytać młodzieży opasłych tomów trudnej literatury, młodzież uczy się o Marksie z łatwiej napisanych podręczników innych autorów.

– A jaka stoi przyszłość przed Koreą Północną? – zmieniłem temat, też podobno jest krajem komunistycznym. – Korea Północna jest socjalistyczna, komunizm to stan idealny, droga do niego wiedzie przez socjalizm. Korei Północnej bardzo daleko jest do ideału, musi się otworzyć na świat, na innowacje i jestem przekonany, że w przyszłości to zrobi. Inna droga nie istnieje.

Nie chcąc dłużej zamęczać naszego gospodarza oraz przyjaciół tłumaczących pytania na chiński i odpowiedzi na angielski zabrałem się za jedzenie. – Jak Ci się podoba w Chinach Paul? – tym razem to L. zadał pytanie. – Bardzo – odpowiedziałem zupełnie szczerze – wiele się można tutaj nauczyć.

 

Sri Lanka

PRAWO SZCZURA

Wysiadając z trzykołowego tuk tuka, o mały włos nie nadepnąłem na martwego szczura. Zwłoki gryzonia jeszcze nie były w stanie rozkładu, który to fakt świadczył o jego niedawnym zgonie. Kilka metrów dalej, w ustawiony pod obrazkiem Najświętszej Marii Panny telewizor wpatrywał się młody Synegalez.

– Good morning Sir – przywitał mnie sympatycznie po czym przeszedł do  procedury meldunkowej. – Ładne miejsce odpowiedziałem kurtuazyjnie – tylko jakiś kot przyniósł martwego szczura na przyhotelowe podwórko. – Kot nie da sobie rady z dużym szczurem. Aby zabić takie zwierze potrzebna jest mądrość powiedział stróż wskazując na opartą o ścianę drewnianą pałkę. – W moim kraju tą mądrość nazywamy bronią – zażartowałem. – W moim też. Mądrość jest najlepszą bronią. Gdy inne szczury zobaczą trupa to tu nie przyjdą.

Po kilku godzinach siedziałem z grupą majętnych mieszkańców Colombo przy rozpalonym nad oceanem ognisku. Popijając whiskey, moi gospodarze raz po raz wystukiwali na bębnach taneczne rytmy. Tematem przewodnim tego typu spotkań zwykle są dysputy o dzielących dyskutantów różnicach kulturowych. Międzynarodowe imprezy są żywym dowodem na słuszność tezy, że powodem wojen jest brak relacji międzyludzkich, a nie zaś same różnice.

– Po pierwsze wszyscy jesteśmy ludźmi – rzucił ktoś z towarzystwa. Z tej też okazji wychyliliśmy kolejnego drinka. – Nawet Tamilowie? – zapytałem nieco zgryźliwie. – Nawet Tamilowie. Wszyscy mieszkańcy Sri Lanki są dziś zjednoczeni i mamy wspaniałego prezydenta. – A co z tysiącami Tamilów zamordowanych przez synegaleskie wojsko? – Trzeba było ich zabić aby inni mieli dla nas respekt i siedzieli u siebie. – I to nazywasz mądrością? – zapytałem mając przed oczami poranną rozmowę z hotelowym stróżem. – No my friend – odparł mój znajomy – ja to nazywam polityką.

 

Rosja

MOSKIEWSKIE INSPIRACJE

Jeżeli globalny kryzys ma jakikolwiek wpływ na jakość serwowanego na pokładach samolotów pożywienia, to na pewno fakt ten nie dotyczy Rosjan.

Dwudziestoczteroletnia Irina trasę z Moskwy do Republiki Czeskiej pokonuje trzy razy tygodniowo. Rosyjskie stewardessy miewają nazbyt wymalowane usta i podkreślone różem policzki. Pod tą powłoką tandeciarstwa kryje się jednak głęboka skromność i elegancja nieporównywalna z jakimkolwiek „babskim szczepem” w krajach Zachodu. Taka jest właśnie Irina. Ma w sobie coś wspólnego z moskiewskim przedmieściem, gdzie skromne chałupy wiejskiej biedoty przeplatają się z rezydencjami uwłaszczonych po upadku Związku Radzieckiego “nowych Rosjan”. Ten dziwny kraj wspaniałych ludzi wita nowoczesnym lotniskiem i organizacyjnym chaosem. Śliczne pracownice służby granicznej nie reagują na sympatyczne uśmiechy.

Tu jest Rosja, Moskwa, Trzeci Rzym. Ucieleśnienie snów milionów. O tym, że państwo jest ponad jednostką, przekonała się czekająca od czterech dni w międzynarodowej strefie lotniska młoda Kongijka. Dwa paszporty, w tym francuski, znaczą niewiele w porównaniu z obowiązującymi przepisami. Trzeci Rzym nie upadnie, gdyż o wiele łatwiej jest zniszczyć imperium, niż jego biurokrację. Szczęśliwcy po jedynych trzech godzinach zostaną przewiezieni na drugi terminal lotniska, skąd pomimo braku wizy w paszporcie mogą kontynuować swoją podróż. Kongijka jeszcze poczeka. Na jej puszystej nieco twarzy rysuje się zrezygnowanie.

– To jest Moskwa – mówi i z uśmiechem ogląda swoje artystycznie wypielęgnowane paznokcie. – Tak, to jest Moskwa – przyznaje siedzący obok podróżny i spoglądając jej głęboko w piersi, „przybija piątkę”. Wywołany przez powabną pograniczniczkę, mundurową piękność rodem z plakatów “Jednej Rosji” Putina, powstaje z miejsca i dopowiada – Tak, to jest Moskwa, moja droga, brama do Azji. Powodzenia.

O bramę raju otarł się Maxim. Gdy przyszedł na świat w 1993 roku, Związek Radziecki już nie istniał. W biednej wiosce pod Taszkientem, życie płynęło spokojnie. Tu nikt nie myślał o Moskwie inaczej niż w kategoriach dobrobytu. – Ucz się rosyjskiego, Maxim – mówiła babka – Bo będziesz nikim – wtórowała nauczycielka z wiejskiej szkółki.

-A, be, we… – powtarzał. Rosyjski jest bramą do lepsze go życia. W Uzbekistanie trzeba go znać. Pomimo, że władze promują alfabet łaciński, to właśnie cyrylicą wypełnił Maxim deklarację celną na lotnisku w Taszkiencie. Gwar przekrzykujących się pod głównym wejściem taksówkarzy przywołał mu na myśl wczorajsze pożegnanie z ulicami Moskwy. Trzy miesiące spędzone na wylewaniu fundamentów poszły na marne. Wypłatę za ostatnie 60 dni przywłaszczył sobie jakiś cwaniak z agencji pośrednictwa pracy. – Cóż począć? – wtrącił. – Teraz przynajmniej jestem wśród swoich. – Tu na moment rozpromie niały jego azjatyckie rysy twarzy. – Zobaczę moje dwie siostry. – A do Moskwy wrócisz? – Wrócę, trzeba jakoś żyć, Przyjacielu.

 

Sri Lanka

NIRWANA

Cały dzień (dwanaście godzin) spędziłem w starych autobusach, których kierowcom niestraszne są wysoka prędkość i linia ciągła. Nietrudno się temu dziwić w kraju, w którym większość ludności wierzy w reinkarnację. Szczególnie pouczający okazał się stuparodziesięciokilometrowy odcinek z Kandy do Badulla. Niepocieszony niewygodnym siedzeniem, nadmierną ilością pasażerów, krętą drogą i wysoką temperaturą niecierpliwie wyczekiwałem przesiadki. W pewnym momencie autobus zjechał z asfaltowej szosy na wyboistą drogę dla traktorów, podwoiła się liczba pasażerów a wraz z nią ilość zakrętów. Na dokładkę wraz z upływem czasu i zmianą wysokości zaczęło się robić na prawdę chłodno a kierowca zwolnił do tempa ślimaka. Po godzinie, gdy zjechaliśmy z wiejskiej dróżki i wszystko było jak przedtem poczułem, że jest mi wygodnie. Jeżeli w naszym życiu dzieje się coś fatalnego to właśnie uodparniamy się na przeciwności losu. W końcu dotarłem w do celu. Wziąłem prysznic i położyłem się wygodnie w łóżku. Jak  powiedział napotkany w autobusie mężczyzna – nagrodę zawsze stanowi nirwana.

Nazajutrz czekała mnie górska wspinaczka w gęstym, choć ciepłym deszczu. Wyciągając z nóg złapane na ryżowych polach pijawki (straszne cholerstwo) przypomniałem sobie jak od dziecka mamusia wpajała mi, że podróże kształcą. Kształcą i to bardzo – zwłaszcza osobowość. Większość popołudnia spędziłem wyciszając się w starożytnej świątyni Dowa. Przed oczami stanęło mi bogactwo kleru w moim kraju a także specjalnie przywileje, którymi otoczone jest tutejsze, buddyjskie duchowieństwo. Jednocześnie zobaczyłem wspaniałych, pokornych ludzi palących pachnące kadzidła i w ciszy poszukujących wewnętrznej równowagi. Do jej osiągnięcia nie potrzebujemy więc opasłych przewodników duchowych, złotych ołtarzy, bogów, proroków, mesjaszy czy skomplikowanych systemów religijnych. Cisza i kontakt z naturą – tak właśnie drogę do osiągnięcia nirwany pojmowali budowniczowie świątyni Dowa. Mały budynek otoczony górami, wyrzeźbiona w skale figura Buddy, szmer strumyka, śpiew ptaków, szum liści i zapach kadzideł pozwalają odnaleźć odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Co ważne, odnaleźć je w sobie, nie w świętych księgach i nauczaniu wszechwiedzących proroków.


Uzbekistan

NOWA ZIEMIA

Uzbekistan czeka na złotą epokę pokojowego rozwoju. Wolną od nienawiści i nacjonalizmu. Szansą a zarazem na dzieją na zmianę realiów, w których miesięczna pensja wynosi $120, jest pokolenie wielkomiejskich dwudziestoparolatków. W klubie z muzyką rockową spotkać można Rahmana – Uzbeka, którego żyły toczą krew białoruskich i tatarskich przodków. Od czasu do czasu grywa tu koncerty z przyjaciółmi. Ich kapela od dziesięciu lat ćwiczy w garażu ojca, gdzie Rahman wstawił swoją perkusję.

Młodzi, wykształceni, tolerancyjni mieszkańcy stolicy przy piwie rozmawiają o dziewczynach, globalnej ekonomii i snują plany na przyszłość. Kultura muzyczna tej generacji to rock, grany perfekcyjnie według najlepszych światowych wzorców. Wokal i gitara prowadząca to Dima, Rosjanin z Moskwy, którego z Rahmanem i Jurą łączy zażyła przyjaźń trwająca jeszcze od czasów szkoły średniej. – Ludzie powinni żyć jak bracia – słyszę – Wypijmy za piękne dziewczyny, mir, przyjaźń i za naszą przyszłość.

W czasach, gdy świat Zachodu zachłysnął się popkulturą i wypłukał z idei, najlepsze tradycje hippisów przeniosły się do tego małego garażu gdzieś w Azji Centralnej. Europa idei dziś jest tutaj, nie w Paryżu czy Amsterdamie.

W większości krajów dawnego bloku wschodniego reforma stanowi synonim destrukcji. W ten sposób zreformowano też Uzbekistan. Rahman boleje nad nowym systemem oświaty, który opiera się o wzorce zachodnie. – Dzisiaj nie można postawić znaku równości pomiędzy inteligencją starszego a młodszego pokolenia. Należy podnieść poziom edukacji.

Walka o normalność, którą codziennie toczą młodzi Uzbecy nie będzie jednak łatwa. Linia frontu przebiega w umysłach obywateli. Wrogiem jest zarazem popkulturowy homo hamburgerus, jak i stary, dobry homo sovieticus, któremu przeszkadza wydobywający się z garażu „hałas” perkusji, mikrofonu i dwóch gitar.

Mury próbuje burzyć także Shavkat, przybyły z prowincji student ekonomii tutejszego uniwersytetu. Studia w Taszkiencie są bardzo drogie, aby utrzymać dwóch synów na uczelni jego ojciec pracuje w Rosji jako kierowca. – Chcę się nauczyć jak najwięcej na temat gospodarki – mówi Shavkat. Podczas gdy wielu młodych Uzbeków marzy o emigracji, on myśli raczej o budowaniu kariery we własnym kraju.

– Uzbekistan potrzebuje wykształconych elit.

– Masz na myśli także siebie? – W przyszłości. Mam taką nadzieję.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego tutejsze władze posunęły się do zmiany alfabetu z cyrylicy na łaciński. Zaowocowało to tym, że ludzie pokroju 45-letniego kierowcy Dżasu mają problem z odczytaniem urzędowych dokumentów. Gdy chodził do technikum na 30-osobową klasę przypadało 24 Rosjan, 4 Uzbeków i 2 Kirgizów. Dawniej nikt nikogo nie uczył alfabetu łacińskiego, teraz wszędzie wymagają jego znajomości. Pewne przyzwyczajenia niełatwo jest zmienić, tym bardziej, gdy zmiana ta nie ma głębszego sensu. Trudno także w krótkim okresie odtworzyć w łacińskim alfabecie cały dorobek literacki ostatnich kilku dziesięcioleci i od nowa wydrukować wszystkie książki. Dżasu, podobnie jak wielu innych Uzbeków nie szaleje z radości na myśl o rozpadzie sowieckiego sajuza. – Wy też macie swój sajuz, jewrosajuz. Sajuz to pokój i silniejsza gospodarka. Teraz co drugi obywatel nie ma tu pracy. Kiedyś miał każdy. Czy dobrze, że skończył się Związek Radziecki? Zobacz sam Palak jak się tutaj żyje”.

 

Rumunia

OSTATNI TABOR

– Rumunia ma złą opinię za granicą – stwierdził Rodion, jeden z młodych Rumunów, z którymi w środku nocy wracaliśmy z dyskoteki – To wszystko przez Cyganów – kontynuował – tylko niektórzy z nich są w porządku.

– Wszyscy ludzie są w porządku – odparłem – tylko Cyganie mają inną mentalność.

Poruszające się po drogach konne tabory, nierzadko wypełnione półnagimi i bosymi dziećmi to ostatni relikt „starej Europy”. Bez pracy, bez pieniędzy, bez telewizji, bez polityki, bez wykształcenia. Ich życie opiera się na tradycji i rodzinie, biedzie i bałaganie, radości beztroskiego życia i bólu nędzy.

Rumuńscy Cyganie znajdują się w potrzasku pomiędzy nowoczesnym światem „białych”, który nie toleruje ich stylu życia a światem romskich bogaczy, który wykorzystuje ich nieświadomość traktując jako tanią siłę roboczą na usługach europejskiego półświatka przestępczego.

W interesie „białych” jest asymilacja i niszczenie tradycji, w interesie cygańskich baronów, pogłębianie biedy i konserwacja najgorszych wzorców zachowań. Tak czy owak jesteśmy ostatnim pokoleniem mogącym obserwować tabory. Wszystkie kolejne powiedzą za słowami piosenki „prawdziwych Cyganów już nie ma”.

Odcinający się od społeczności cygańskiej prawosławni Rumuni być może w większym stopniu kochają ład i porządek niż bliscy im etnicznie Włosi czy Francuzi. Są Europejczykami i przystąpienie kraju do Wspólnoty w 2007 r. traktują jako sprawiedliwość dziejową – postawienie przysłowiowej kropki nad i.

Brzuchaty właściciel małomiasteczkowego disco w otoczonej górami Rodnej opłaca małolaty zabawiające na parkiecie turystów, zwłaszcza gdy ma ochotę na ich partnerki.

– „Atention! Atention! Uważajcie na drinki – widząc rozwój sytuacji po cichu ostrzega pięćdziesięciokilkuletni bywalec miejscowych knajpek. Zdając sobie sprawę z zagrożenia nie pijemy stawianego przez bossa alkoholu.

Ludzie w Rumuni są przyjaźni. Zapytany o restaurację z tradycyjnym jedzeniem policjant niezłą angielszczyzną tłumaczy drogę. Żegnając się z nami poleca jechać „pod prąd”, gdyż tak będzie krócej. Tutejsze szosy pokrywa nowy asfalt a dziury są sukcesywnie łatane. Na ulicach czystych i schludnych miejscowości o wiele łatwiej spotkać babaszki niż młodych Rumunów. Ci z racji na głodowe pensje masowo udali się na emigrację, najczęściej do krajów romańskiej grupy językowej. Kelnerkę w Bukareszcie lepiej jest zatem zapytać o menu po włosku lub hiszpańsku niż w języku Szekspira.

Rumunia to także kultura, tradycja i wspaniałe krajobrazy. Pamiątki sprzedawane nieopodal „Wesołego Cmentarza” we wsi Sapanta, nie powstały w Chinach – w większości są dziełem rąk lokalnej społeczności. Globalny kapitalizm wchodzi tutaj bardzo pomału i pomimo zgrai turystów rządnych zobaczenia kolorowej nekropolii nie zdominował on jeszcze tutejszego krajobrazu.

W Górach Rodniańskich po dziś dzień spotkać można wyrabiających ręcznie ser pasterzy. Napotkany nieopodal bacówki Petru nie zna żadnego języka poza rumuńskim. Biegle włada za to uniwersalną mową gościnności. Bardziej lub mniej zbłąkany turysta może u niego liczyć na poczęstunek w postaci białego sera i samogonu. Petru oprowadza nas po swojej bacówce, gdzie ręcznie ugniata ser. Życie pośród gór i zwierząt uczy hartu ducha, dobroci i respektu dla przyrody. Machając ręką w dół, pasterz daje nam do zrozumienia, że przed nocą musimy wrócić do miasteczka. Odprowadzani przez białe owczarki czujemy, że opuszczamy wyjątkowe miejsce. Nazajutrz czeka nas powrót co codzienności, świata, gdzie prawdziwych Cyganów już nie ma.

 

Uzbekistan

JOHNY Z SAMARKANDY

– Jeżeli zainwestujesz tu kapitał bardzo szybko będziesz żyć jak król – przekonywał mnie Johnny z turystycznej Samarkandy. Poznany w taksówce 30-letni facet, który bezpłatnie zaoferował mi na noc swoje mieszkanie. – Biznes robi się tutaj łatwo. Załóżmy. Jesienią kupujesz kilka ciężarówek Coca-Coli. Składasz je do magazynu i czekają sobie do wiosny. Z pierwszym dniem każdego roku rosną ceny wszystkich produktów, Coca-Cola zwykle o 500 s. na butelce. Sam policz brat ile to kasy”. – To dlaczego Ty tak nie robisz? – Bo w Uzbekistanie wszystko jest możliwe, tylko brakuje kapitału. – Johny kiedyś miał go pod dostatkiem, po delegalizacji przez władze hazardu ostał mu się tylko butik odzieżowy oraz szklarnia o powierzchni 250 m2, w której zimą trzyma warzywa na handel. – Dobry biznes, ale sezonowy. Gdybym miał 300 000 dolarów, baaa, gdybym miał 60 000 dolarów mógłbym do śmierci żyć jak król. Spekulować tu można na wszystkim. Ludzie miesiącami czekają w kolejce na samochód. Przy odpowiednich znajomościach, kupujesz kilka samochodów w fabryce w Andijan, przywozisz do Samarkandy i na «dzień dobry» masz po 2 – 3 tysiące dolarów na sztuce.

Mając do dyspozycji kilkadziesiąt tysięcy dolarów, w tym kraju można faktycznie żyć jak król. Inaczej tę sytuację widzi jednak F, pracujący w kraju od kilkunastu lat dyplomata jednego z państw zachodniej Europy.

– Władze ułatwią Ci założenie działalności gospodarczej, bo to jest w ich interesie, później będą od Ciebie ciągnąć pieniądze. Szybko zarobić, owszem – i można – jednak, co z tego, jeżeli tych pieniędzy nie wywieziesz za granicę, lecz musisz je wydać na miejscu? Tutaj wszystko jest do czasu. Problemem jest zamknąć firmę. Znam liczne przypadki ucieczek biznesmenów, którzy zamykając firmę pod byle pretekstem trafiliby za kraty. – A jakie są tutaj więzienia? – Wielu z nich nie wychodzi, oficjalnym powodem zgonu najczęściej są choroby, jednak prawda zawsze pozostaje tajemnicą. – A sądy? – Sądy są takie, jak i reszta administracji i aparatu represji. W ciągu 20 lat rządów, 75-letni prezydent, Islom Karimov, zbudował bardzo specyficzny reżim. Jedna z zagranicznych firm założyła sprawę w sądzie, gdyż z jej konta bankowego wyparował okrągły milion dolarów. Sprawa znalazła swój finał w sądzie najwyższym, który przyznał rację… bankowi.

Uzbeckie władze pieniądze z handlu surowcami mineralnymi inwestują w przerośnięte gmachy publiczne i wszechobecną milicję.

– Tutejsza władza nie lubi, gdy się wybijasz ponad średnią – mówi pracujący w Uzbekistanie od 15 lat F. – Pomimo niskich zarobków i kolosalnej korupcji, biedy tutaj nie ma, ludzie jakoś sobie radzą. Jak władze zobaczą, że Ci się za dobrze powodzi, bardzo szybko zakończą Twoją karierę. Znam dyrektora jednego z przedsiębiorstw, który marzy o terenowym aucie z Zachodu, jednak boi się, że jeśli wymieni swoją Nexię na Jeepa to przyjdzie kontrola. Jedna, druga, trzecia a zaraz za nią milicja.

– A dobre strony prezydenta? – Są i dobre, Karimov jest przeciwnikiem islamskich fundamentalistów i tamą, dzięki której Uzbekistan nie stał się krajem szariatu. – Była taka groźba? – pytam zaciekawiony. – Oczywiście, to jest Azja Centralna, tutaj zawsze jest taka groźba. Karimov wyrzucił z kraju tureckie koncerny, które finansowały działalność islamskich radykałów. Przeciwnicy władzy mówili, że to tylko pretekst, ale np. w magazynach znanej w Europie, produkującej w Turcji sprzęt AGD firmy B. znaleziono stosy materiałów szkoleniowych. – Co będzie po śmierci prezydenta? – Wielu na miejscu starego widziałoby jego córkę, która jest wykształcona w Europie i wydaje się być szansą na modernizację kraju, jednak trzeba pamiętać, że jest to kraj muzułmański i kobieta na stanowisku głowy państwa może się nie przyjąć. Tutaj wszystko jest możliwe. Niestety.

Święcie przekonany o słusznej linii władzy jest Dmitrij, szkolący kadry milicji, emerytowany as KGB i jeden z twórców obecnego aparatu represji. – Wiesz dlaczego Polska jest wolna? Bo w wojnie ojczyźnianej z faszyzmem ginęli za nią Uzbecy. Ile lat ma Twój kraj? Uzbekistan, to młode państwo – ma zaledwie 20 lat! Zrobiliśmy wielkie postępy, nasz kraj wygląda lepiej niż jakikolwiek inny w regionie. – A ile osób służy w milicji? – Nie powiem Ci, bo napiszesz, a później przyjdą terroryści i zrobią zamach. Ja tam znam tych zagranicznych dziennikarzy. Prawdę napisz – napisz, że ludzie tutaj pokojowi, bandyctwa nie ma. A milicja? Jest, mnogo, ale jak nie łamiesz prawa, to milicji się bać nie musisz.

Rzeczywiście, kontrolujący na każdym kroku przechodniów mundurowi są na ogół bardzo mili. Zapytany o poziom intelektualny stróżów prawa dwudziestokilkuletni K. z Tashkentu odpowiada: – To są w większości prości chłopcy z prowincji, patrolują ulice, siedzą w bankach bądź w metrze, nie są za mądrzy, wybrali tę pracę bo nie mają innych perspektyw. Lokalne gliny są jeszcze w porządku, najgorsze są służby specjalne. –  Podobnego zdania jest zachodni dyplomata F. – Tutaj jest przerośnięta służba mundurowa, ich poziom jest tragiczny. Aby być kimś trzeba mieć mundur, wtedy liczy się to, że masz władzę, może nie dotyczy to tych zwykłych, podrzędnych gliniarzy, bo jest ich najwięcej, ale szczebelek wyżej robi się niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie. Jeśli on ma władzę, to może Ci zaszkodzić. Dobrze mieć kogoś we władzy, najlepiej prokuratora lub kogoś w służbach, wtedy da się załatwić wszystko. – A zwykli Uzbecy? Jacy są zwykli Uzbecy? – Zwykli Uzbecy są pokojowi i przyjacielscy, stanowią oni odwrotność panującego tu systemu”.

 

Kirgistan

PIENIĄDZE TO NIE WSZYSTKO

Codziennie przemierzając wysokogórską dwustukilometrową drogę z Kaska Suu do Osh na chleb zarabia 27 letni Jura. Ten młody góral, już jako nastolatek poznał smak cięż kiej pracy, zarówno w rodzinnym Kirgistanie – jak i na obczyźnie – w Moskwie. Robiąc interesy w dużym mieście można się dorobić Opla Zafiry, którym na niemieckich blachach, w szpanerskich okularach Jura wzbudza podziw poruszającego się Daewoo Tico, czterdziestoparoletniego Mohammeda.

Mohammed także pracuje ciężko, jednak różni ich to, że ponad pieniądze stawia uczciwość.

– Jura jedzie do domu przez Sary Tash, zabierze Cię za opłatą. Ja dogadam cenę, bo z Ciebie, innostrańca zedrą.

Z ustalonych 500 sumów, na miejscu Jura zrobił 1000. Tak się tutaj mnoży pieniądze. Mohammed reprezentuje pokolenie, które tego nie rozumie. Upadek Sowieckiego Sajuza spowodował, że dawniej monolityczne społeczeństwo pękło na wiele niesymetrycznych części.

Postsowieckiego kapitalizmu nie rozumie także prowadząca gościniec rodzina z Sarego Tashu. „Hotel” składa się z jednej izby, betonowej podłogi, nędznych dwóch łóżek podzielonych na 6 prycz i prowizorycznego baru z kilkoma sokami, wodą mineralną, Coca-Colą, papierosami i piwem. Z kuchni wydobywają się wyśmienite zapachy tradycyjnego jedzenia. Uwagę przykuwają odrapane ściany i baraszkujące, utuczone dobrocią gospodarzy myszy.

– Siestra, daj mi piwo – powiadam z uśmiechem. W odpowiedzi słyszę cenę, niską – nawet bardzo. Żadnego naciągania. – Dolicz mi od razu nocleg. – Za nocleg nie nada. W sąsiedniej izbie płacze dziecko. Jedna z sióstr koi je anielską kołysanką.

Sprawdzam temperaturę w pomieszczeniu. 14 stopni Celsjusza. Za oknem trwa burza gradowa, która po upływie kilkunastu minut przechodzi w śnieżycę. Azja, Tienszan – jedno z najwyższych pasm górskich świata. Tutejsze życie nie rozpieszcza a mimo to ludzie są jakby szczęśliwsi. W jurtach nie ma internetu, nikt nie przejmuje się światowym kryzysem gospodarczym ani siódmym rozwodem amerykańskiej supergwiazdki. Życie po prostu się toczy. Wokół czego? Wokół rodziny, znajomych, domostwa.

Nieopodal znajduje się granica chińska. Krętą drogą ciągną ciężarówki wiozące dobra, o których istnieniu miejscowa ludność najczęściej nie ma pojęcia. Świat odpłaca się kirgiskim góralom dokładnie tym samym – nie wiedząc o ich istnieniu. Ten niepisany układ wzajemnej ignorancji jest gwarantem spokojnego życia miejscowych. Popkultura dociera tu w wersji szczątkowej za pośrednictwem płyt DVD z kirgiską wersją discopolo. Słuchając wypacykowanej gwiazdy lokalnej tandety, jedząc pierożki z baraniną, rozmawiając z miejscowymi przeżywałem tutaj najlepsze chwile swojego życia.

Atmosferę tworzą ludzie, ta panująca pośrodku jednych z najwyższych gór świata jest nieporównywalna z czymkolwiek innym. Równoległa rzeczywistość, której nie znamy. Jak powiedział mi pewien brodaty Kirgiz – Ludzie tutaj są dobrzy, przyroda piękna a powietrze czyste. Tak mniej więcej imaginujemy sobie raj, próbując go budować na kulturze egoizmu i destrukcji środowiska naturalnego.


Kirgistan, Chiny

STALOWA KARAWANA

Uczi „usiadł na maszynę” w wieku 21 lat. Młody chłopak z motoryzacyjnym zacięciem, energią, refleksem, talentem i odrobiną przekornego cwaniactwa w tej branży może zrobić karierę. Środowisko kierowców ciężarówek pod każdą szerokością geograficzną wytwarza specyficzną kulturę bycia. W świecie „białych” kierowcą TIRa może zostać każdy kto wejdzie w posiadanie odpowiednich uprawnień. Niemieckie, francuskie czy włoskie autostrady nie odsiewają chłopców od mężczyzn. Prawdziwa zabawa zaczyna się na drogach Azji.

Współczesne karawany przemierzające Jedwabny Szlak nie mogą liczyć na pomoc wyspecjalizowanych służb drogowych. Nikt codziennie nie odśnieża skutych lodem przez 10 miesięcy w roku dróg w górach Tienszan.

Już od dziesięciu lat Uczi może liczyć tylko na siebie i innych kierowców.

Na szacunek w środowisku trzeba sobie zapracować – koleżeństwem i sposobem bycia. Uczi jest powszechnie lubiany. Znają go tutaj prawie wszyscy, od kirgiskich przewoźników złomu począwszy, na chińskich pogranicznikach kończąc. – Wot maja dziewoszka – powiada czytając w biegu otrzymanego smsa. – Martwi się. Ona młoda, ma dwadzieścia lat, ona z Kitaju.

Chińskie dziewczyny lecą na kierowców ciężarówek. Dobra pensja, około $1000, rekompensuje brak kontaktu z wybrankiem. Wszystkie przednie zęby Uczi wymienił na złote – symbol lansu i statusu społecznego. Taka partia to gwarancja życiowej stabilizacji.

Trzecia w nocy. Uczi przemierza swoją chińską ciężarówką szlak handlowy na wysokości 3536 m n.p.m. Kilka wozów stoi w miejscu – rano kolejne podejście. Uczi bierze zlodowaconą, pełną wertepów drogę „z rozpędu”. Jeden, drugi, trzeci, czwarty raz. Samochód podskakuje jak piłeczka pingpongowa. I znowu porażka. Kierowca i pasażer co 2 sekundy unoszą się w powietrze. – DISKO DISKO DISKOTEKA DISKOTEKA DISKOTEKA! – radośnie pokrzykuje kierowca. – Udało się! Jesteś świetnym kierowcą – powiadam. – Eeee, normalnym.

Nad ranem dojeżdżamy do bazy, gdzie zostanie podpięta kolejna przyczepa. Tym razem pusta. Godzina snu i w drogę.

– Wstawaj, wstawaj, robota! – budzi mnie Uczi radośnie obgryzając baranie żeberka. – Pakuszaj, pakuszaj, eta harosze- powiada. Każda z kilku kontroli granicznych przebiega sprawnie. Mój kierowca znakomicie wie jak się wcisnąć „na grubość lakieru” pomiędzy inne ciężarówki.

– Dzisiaj będziemy w Chinach – zapewnia z uśmiechem, po czym poleca opuścić samochód i udać się do chińskiej odprawy granicznej. Młodzi pogranicznicy są jednak innego zdania. Łamaną angielszczyzną tłumaczą mi, że ciężarówką tu nie pojeżdżę. Sympatyczni chłopcy w mundurach wykonują swoją pracę. – Co masz ze sobą? Jakieś książki? -Tak. Pokazuję Marka Hłaskę. – Ok. Any maps? – Tak. Pogranicznik dokładnie przegląda moją mapę Azji Centralnej.

– You must go by bus – słyszę stojąc przed zardzewiałą landarą na blachach Kirgistanu. – Thirty dollars – wita mnie z uśmiechem rzeźnika właściciel pojazdu. Facet o wyjątkowo tępym wyrazie twarzy nie chce się targować, trafił frajera z zagranicy, który i tak nie ma wyboru więc zapłaci. Ów wehikuł z miejscami do leżenia (typu homemade) nigdy nie powinien zostać dopuszczony do ruchu a jego niezdarny kierowca do egzaminu na prawo jazdy.

Siedząc na skrzyni biegów spoglądam w stronę sympatycznego pasażera w wieku około sześćdziesiątki. – Salam alejkum – Wa alejkum salam – odpowiadam. – Skąd jesteś?, Polsza – znakomicie, Twoje imię?, – Pajeł – a dalej? – Pajeł Andriejewicz. – Miło Cię poznać, Mohammed jestem. Ty turysta? Masz mój numer telefonu, koniecznie odwiedź mnie w Osh.

Do rozmowy przy łącza się jeszcze trzech mężczyzn – oczywiście muzułmanie. – Droga tutaj kosztuje 10 dolarów, nie zapłacisz więcej – powiedział mężczyzna w islamskiej czapeczce. Dotrzymał słowa. Po kolejnych kilku godzinach nieprzerwanej drogi i ostatniej ponad dwugodzinnej kontroli granicznej, zaprowadził mnie do naciągacza o tępym wyrazie twarzy i kazał zapłacić równowartość 10 dolarów w kirgiskich sumach. Następnie zaprosił mnie do taksówki, którą wspólnie przejechaliśmy 140 kilometrów.

Chiny to dziwny kraj a chyba najdziwniejszym jego regionem jest autonomiczna, ujgurska prowincja Xinjiang. W mieście, w którym wysiadał mój towarzysz podróży, taksówkarz zakończył swój kurs a mnie polecono kontynuować podróż z dwoma małolatami pędzącymi stuningowanym odpowiednikiem Matiza. W tej atmosferze, o północy, w rytmach rozbrzmiewającego z zamontowanych dookoła głośników, ujgurskiego discopolo legendarne miasto Kashgar przywitało strudzonego wędrowca.

Sri Lanka

KONIEC ŚWIATA

Koniec Świata można zobaczyć płacąc 2250 rupii od osoby. Na tyle bowiem rząd Sri Lanki wycenił wstęp do jednego z wielu stworzonych pod zagranicznych turystów parków narodowych. To tutaj znajduje się góra o apokaliptycznej nazwie, gdzie strzegący rządowego interesu strażnik zarabia miesięcznie nieco ponad 12000 rupii (100 dolarów amerykańskich). Podziwiający ze szczytu kosztowne krajobrazy przyjezdni z odległości kilku kilometrów dostrzegą rozsiane pośród malowniczych pól herbacianych ubogie tamilskie wioseczki. Sto dolarów stałego dochodu stanowi dla ich mieszkańców nieosiągalne marzenie. Odkąd jedna z zagranicznych korporacji zamknęła pamiętającą jeszcze czasy kolonialne fabrykę herbaty okoliczna ludność utrzymuje się z uprawy warzyw. Aby powiązać koniec z końcem bosonodzy tragarze wdrapują się kamienną dróżką w kierunku asfaltowej szosy gdzie po dźwigane na głowach worki z żywnością przyjechał lokalny sklepikarz. Ich córki i żony w tym samym czasie zrywają herbatę. Nazajutrz byli robotnicy zdegradowani dziś do roli tragarzy załadują ją do korporacyjnych ciężarówek. Zapłatę odbiorą w miejscowym biurze plantacji, gdyż mieszkający w postkolonialnej, zacienionej willi manager tam właśnie przyjmuje interesantów.
Jak mówi trzydziestosześcioletni kierowca tuk tuka, rząd nakłada na wszystko kolosalne podatki, korporacje zaś współpracują z władzą aby utrzymać na wyspie niskie koszty pracy. Dopóki człowiek jest tańszy od maszyny, dopóty interes się kręci, gdy staje się droższy należy zrezygnować z człowieka. W kraju gdzie średniego szczebla policjant za 200 dolarów musi utrzymać rodzinę, trzykołowy, indyjski motorower kosztuje 5000 $. Koszt pojazdu to 1500 $, resztę stanowi danina na rzecz władz w Colombo. O ile obłożone cłami zdobycze zagranicznej techniki są więc powszechnie dostępne dla wielkich przedsiębiorstw o tyle ich zakup stanowi heroiczny wysiłek dla miejscowej ludności. W jednym z małych sklepików gdzie poprosiłem o dwie butelki coca coli, siedząca na plastykowym krzesełku staruszka powstała by ustąpić mi miejsca.

– Sit down Sir – usłyszałem i oczywiście stanowczo zaprotestowałem przeciwko szokującej propozycji. Młodsi mieszkańcy wyspy nie ustępują już miejsca białym, są przekonani, że ich kraj po latach kolonializmu uniezależnił się od polityki zamorskich mocarstw. Z tym przekonaniem pracują za 100 dolarów dla międzynarodowych korporacji i płacą podatki rządowi niepodległej Sri Lanki.

 

Kirgistan

TEORIA WZGLĘDNOŚCI

41-letniego Alka poznałem w drodze powrotnej 5 metrów za granicą chińską. Grzebał przy kole stojącej na poboczu ciężarówki. – Jedziesz do Osz? – zapytałem szukając okazji. – Kładź plecak do kabiny i chodź mi pomóc. Po chwili w strugach deszczu obaj grzebaliśmy przy zepsutym mechanizmie opuszczania koła zapasowego. – Kitajska maszyna? – Tak, dobra jak MAN, nowa, ma niecałe 4 miesiące.

Nowiutki MAN nie ma raczej zepsutych mechanizmów, różnych rozmiarów śrub trzymających koło zapasowe a jego srebrne elementy tapicerki nie ścierają się po kwartale. “Prawie robi wielką różnicę”.

– Dziewięć lat jeździłem do Europy” – zagaił Alek. – Gdzie dokładnie?

– Do Polski, na Litwę i na Łotwę. Auta ściągałem. – I rzeczywiście, ulice Kirgistanu pełne są zagranicznych samochodów. Nieco podstarzałych, ale co ciekawe raczej wolnych od rdzy. – Dlaczego przestałeś handlować autami? – Lata lecą, chcę pobyć z rodziną, mam piątkę dzieci. No i diengi już nie takie.

Pnąc się ciężarówką z prędkością 10 km/h pod jedne z najwyższych gór świata, rozmawiając o wszystkim i o niczym mijaliśmy kolejne graniczne punkty kontrolne Republiki Kirgistanu. – Ot bydlak! – krzyknął w pewnym momencie Alek, widząc zataczającego się do samochodu, pijanego pogranicznika.

– Zobacz Pawjeł, swoje dzieci wiezie. – Biorą na granicy łapówki? Zagaiłem na punkcie kontroli wagi pojazdu. – Biorą, biorą – zaśmiał się mój nowy znajomy. – Wszyscy biorą. – A ludziom jak się żyje? – Zapytałem patrząc na mijane, ulepione z ziemi wiejskie domostwa. – Ludziom dobrze, ludzie bogaci, państwo biedne a ludzie bogaci. – Lepiej niż w Uzbekistanie? – Nie odpuszczałem te matu. – Lepiej – odparł Alek. – W Uzbekistanie państwo bogate a ludzie biedni – u nas na odwrót.

Przyglądając się bliżej życiu Kirgizów, którzy choć nie przymierają głodem, to do bogactwa jeszcze wiele im brakuje, uznałem że jeśli wszystko na tym świecie jest względne, to bogactwo i bieda również.

– Dziewczyny u Was ładne? Zahaczyłem o bardziej przy ziemne sprawy. – A ładne, ładne. Tutaj trudno nie zgodzić się z Alkiem. Po naszym rozstaniu w mieście Osz resztę dnia spędziłem snując się po ulicach nie mogąc oderwać wzroku od młodych Kirgizek i zastanawiając się nad „teorią względności”. Miało to miejsce po tym, jak przesympatyczny kierowca TIRa wywołał karczemną awanturę również sympatycznemu, tyle że nieuczciwemu pracownikowi kantoru, gdzie wymieniałem pieniądze i kazał jednemu ze swoich synów zawieźć mnie do niezłego i taniego hotelu.

 

Czechy

LUZ PO CZESKU

Samochód zostawisz na parkingu przygranicznego supermarketu. Po kilkunastu minutach spaceru znajdziesz się na dworcu kolejowym w Nachodzie. W dalszą drogę poprowadzi cię intuicja. Kieruj się zapachem dymu, smakiem piwa i czarem karczemnego gwaru.

Życie niewielkiej stacji w centrum Nachodu toczy się wokół dojeżdżających uczniów miejscowych szkół, robotników kolejowych, bezrobotnej romskiej młodzieży oraz pasażerów w wieku senioralnym. Czesi, zarówno starszej jak i młodszej generacji, są wyluzowani. Swój luz demonstrują stylem bycia i ubioru. Na każdym kroku możemy przekonać się, że spokój i uprzejmość oznacza tutaj coś więcej niźli tylko utarty stereotyp. Życie w przygranicznym Náchodzie toczy się troszkę inaczej niż w odległej o kilka kilometrów polskiej Kudowie.

Wsiadam do wagonu. W cenie 370 koron na 270 kilometrowej trasie czekają mnie dwie przesiadki. Pociągi są jednak skomunikowane w ten sposób, aby pasażer nigdzie nie musiał czekać dłużej niż kilka minut. W ostatniej chwili zawiadowca opóźnił odjazd kolejki, aby zdążyła do niej wsiąść niepełnosprawna staruszka. Niespełna 3 minuty po wejściu do wagonu młody Czech z Trutnova poczęstował mnie skrętem. – To fajnie, że palisz – powiedział Josef. – Przed chwilą na twoim miejscu siedział koleś, z którym też paliłem.

W pociągach jest czysto i schludnie. Dziadek dwa fotele dalej wcinający laskę kiełbasy dba, aby nie zostawić po sobie śmieci. Normalne. A jednak z naszej perspektywy nie zawsze oczywiste.

Megafony na dworcu kolejowym w oddalonej 70 kilometrów od Nachodu Ceskiej Trebovej informacje podają po czesku oraz po angielsku. Ilu przewija się tutaj obcokrajowców? Nawet jeżeli niewielu, to jeśli jacyś się trafią, powinni czuć się komfortowo. Dookoła jest czysto a twarze przechodniów są jakieś jakby jaśniejsze, bardziej zadowolone z życia.

Pociąg ekspresowy do Ostravy. Wagony wiekowe ale zadbane, w dobrym stanie technicznym. Ani kłaka kurzu i nic nie śmierdzi. Czyli normalnie, tak właśnie jak być powinno.

Ostrava wita wielkomiejskim centrum oraz zindustrializowanym uboczem. Ta multimetropolia jest podzielona na 23 dzielnice, 37 gmin miejskich i 39 gmin katastralnych.

Okolice popularnej ulicy Stodolni wieczorem zamieniają się w rozrywkowe centrum spotkań miejscowej młodzieży. Jest to także cel wycieczek poszukujących rozrywek i wytchnienia od konserwatywnego państwa młodych Polaków. Tutejsze lokale rzeczywiście są przyjemne a panujący w nich klimat na prawdę fajny. Nie spodziewajmy się jednak wizyty na amsterdamskim Placu Rembrandta, czeskie pojmowanie swobód obywatelskich jest odmienne od niderlandzkiego.

Prawdziwe miasto poznaje się zawsze na uboczu. W starej, robotniczej dzielnicy Vitkovice nowe budynki przeplatają się z pomnikami wielkiej rewolucji przemysłowej. Tutaj też trafiłem do knajpy, gdzie spotkałem czterdziestoletniego Jiríego. Jirí zawodowo jest szefem firmy inżynieryjnej. W ciągu dnia zajmuje się wysokimi technologiami a wieczory spędza przy piwie. – To jest Katrina – mówi pokazując na barmankę. – A ten łysy w t-shircie „Iron Maiden” jest policjantem. Rzeczywiście, większość klientów to stali knajpiani bywalcy. Jirí włada kilkoma językami a w swojej pracy objechał kawał świata. Do Ostravy jednak wraca i właśnie to miasto obrał za swoje miejsce do życia. – Tutaj dobrze się żyje. Tylko goście przy tamtym stoliku mnie denerwują. Wkrótce będą wybory prezydenckie a oni źle mówią o moim kandydacie – powiedział Jirí, po czym zamówił piwo dla swoich adwersarzy i na chwilę podszedł do ich stolika. Gdy wrócił, byli już kumplami. Przed wyjściem z knajpy zapytałem się o drogę do schroniska. Katrina narysowała mi mapę, której geograficzną poprawność skonsultowała z barową klientelą.

Znalezienie hostelu z prawdziwego zdarzenia graniczy tutaj z cudem. Baza noclegowa dzieli się zasadniczo na hotele (drogie), ubytovne (noclegownia, rodzaj hotelu robotniczego) oraz akademiki. Nocleg w bardzo przyzwoitej „ubytovni” przy ul. Nerudovej wynająłem w cenie 285 koron. Niedaleko stąd jest przystanek tramwaju nr 2, który dojeżdża zarówno na ul. Stodolni jak i do dworca kolejowego.

Kawałek dalej, wśród postindustrialnych familoków odnalazłem opuszczony zbór husycki. Umieszczona nad drzwiami inskrypcja wzywała wiernych, aby bronili “prawdy aż do śmierci”. W Republice Czeskiej wiary strzec już nikt nie chce. Południowi sąsiedzi konserwatywnej, katolickiej Polski, już dawno temu “wrzucili na luz”. Wolą cieszyć się życiem niż  “stać na straży” i umartwiać.

 

Sri Lanka

BUNT POD PALMAMI

– Pokarzę Wam gdzie można zjeść dobrą i tanią kolację – powiedział muzułmański właściciel gościńca, po czym swoim prywatnym tuk tukiem zawiózł nas w kierunku prześlicznej plaży. – Ten lokal należy do mojego bliskiego kuzyna. Kilka minut późnej stanąłem pośrodku hałaśliwej, pełnej pijanych białych turystów speluny. Allah nie widzi po zmroku. Nasz gospodarz bez skrępowania wraz z kuzynostwem walnął trzy szybkie drinki złożone z lokalnej whiskey „made in coconut” zmiksowanej z wodą sodową. W gwarnym lokalu roiło się od miejscowych luzaków o muskularnej budowie ciała. Swój styl ubierania i bycia czerpią oni z amerykańskich filmów, których akcja ma miejsce na Hawajach.

– Napijecie się piwa? – zapytał grubasek w koszulce z Bobem Marleyem? – Nie, dzięki. Daj nam dwie butelki coli oraz menu – odpowiedziałem zmęczony wielogodzinną podróżą. Po oczach uderzyły mnie ceny jedzenia wyższe nawet od stawek przyjętych w mojej ojczyźnie. Kilka minut namysłu i zamówiliśmy kebab z owoców morza – jedną z tańszych pozycji w jadłospisie. Kolację dostaliśmy po godzinie oczekiwania spędzonej na obserwacji białych turystów. Głównie wyginających się w rytm muzyki pijanych Francuzów i ich równie pijanych partnerek, które w tym czasie robiły maślane oczy do miejscowych przystojniaków w kolorowych t-shirtach. Kebab z owoców morza w rozumieniu gospodarzy polega na podaniu obsypanych ryżem dwóch piętnastocentymetrowych patyczków. Na każdym z nich są nabite po cztery krewetki, kawałki marchewki, ziemniaka i jakaś zielenina. Niezbyt smaczne, ale jak tu złożyć reklamację gdy obsługujący nas grubasek na wstępie zaznaczył, że jedzenie jest dobre bo „robiła je mama”. Po zjedzeniu maminych “pyszności” kolejne 40 minut oczekiwaliśmy na rachunek, w międzyczasie kilka razy słysząc uporczywie ponawiane pytanie czy chcemy napić się drogiego piwa. Podczas gdy my odmawialiśmy pozostali Europejczycy zamawiali kolejne butelki wina.

– To jest mój brat, powiedział właściciel gościńca, który chwiejnym krokiem podszedł z jakimś „luzakiem” do naszego stolika. – On ma dwie łódki, małą i dużą, zabierze was na morze, tam zobaczycie płetwale błękitne. Mała motorówka kosztuje 4000, ale to jest gówno, duża 6000. – Jesteś pewien, że je zobaczymy? – zapytał Roberto – Jestem pewien – odparł gospodarz – jak nie ma płetwali, to nie ma interesu. 
Nazajutrz znaleźliśmy się w raju. Błękitne fale oceanu, złocisty piasek i zielone palmy pod którymi znajdziesz schronienie przed piekącym słońcem. Spacerując wzdłuż plaży i popijając przez słomkę mleko z kokosa spotkałem dwudziestokilkuletniego rastafarianina. Podszedł do mnie pokazując zawieszony na szyi medalik z listkiem marihuany.

– Wiesz co to jest? – zapytał. – Oczywiście, że wiem – odpowiedziałem – Chcesz kupić? – Za ile? – 2000 za 5 gram – Po co mi 5 gram? Sprzedaj mi jednego dżointa. – Sprzedaję minimum 5 gram – usłyszałem, po czym zostałem zaproszony do wspólnego spalenia skręta na pobliskiej wysepce. Siedząc na ławeczce, słuchaliśmy reggae z jego empetrójki.

– Czym jest dla Ciebie bunt? – zapytał diler. – Bunt? Rozumiem go jako sprzeciw przeciwko panującym normom. W Europie musimy się teraz buntować przeciwko kapitalizmowi, przeciwko bogatym. – Tutaj marihuana jest nielegalna – usłyszałem – to jest nasz bunt, jeżeli chcesz żyć lepiej to musisz handlować marihuaną albo jebać białe turystki. Ja sprzedaję trawę bo turystki, które płacą są grube i chcą by je lizać. To jest lepsze – tutaj zaśmiał się mój nowy kolega. – Czyli Wasz bunt to korzystanie z bogatych, wbrew normom i zakazom – podsumowałem.

Po serdecznym pożegnaniu on wrócił do pracy a ja na ukryty w cieniu drzewa kocyk. Kilkanaście metrów dalej miejscowy przystojniak obłapywał białą brzydulę. Jakże musiałbym być zdesperowany aby za darmo dać jej to za co on bierze pieniądze – pomyślałem – z drugiej zaś strony w tym miejscu każdy odnajdzie to czego szuka. Baw się dziewczyno! Tyle twojego ile zdołasz skorzystać z życia.
Rajskie plaże Sri Lanki stanowią też miejsce zasłużonego wypoczynku europejskich emerytów. Prawdopodobnie ostatniego pokolenia, któremu zachodnie państwo dobrobytu zagwarantowało pogodną starość. Są oni grupą najlepszych klientów miejscowych hoteli, płacą za wszystko, nie targują się o cenę i nie mają pretensji gdy z łódki nie zobaczą obiecanego wieloryba.

– Czy rzeczywiście jest szansa aby napotkać płetwale? – zapytałem zapoznanej w wiosce przesympatycznej restauratorki – Minimalna – odpowiedziała szczerze – Ludzie tutaj powariowali dla pieniędzy i wszyscy chcieli wozić turystów. Płetwale wystraszyły się łódek, rok temu znalazły sobie inne miejsce. Odtąd codziennie przychodzą do mnie na obiad jacyś zawiedzeni turyści.
Teraz już miałem pewność, gospodarz gościńca kłamał licząc, że uda mu się wyciągnąć z naszej kieszeni jak najwięcej pieniędzy. Po dwóch dniach pobytu dostrzegł w nas kiepskich klientów. Nie jemy u niego posiłków, nie korzystamy z łódki jego brata ani knajpy kuzyna.

– Jutro musicie się wyprowadzić usłyszałem późnym wieczorem. Pokój jest wynajęty innym turystom. – Dlaczego? – zapytałem – Jest wynajęty i musicie się wyprowadzić.
Oficjalnie musieliśmy wyjechać bo wziął nas za parę homoseksualistów, a na to Allah już nie pozwala. Nawet gdy jest po zmroku. Przed wyjściem zdążyłem jeszcze otworzyć prezerwatywę, którą pozostawiłem na małej komodzie. A w drzwiach pozdrowiłem nieuczciwego gestora – Shalom My Friend, wyślę Ci pocztówkę gdy tylko wrócimy do Izraela.


Chiny

GLINA LUBI SIĘ BAWIĆ

Spora część ujgurskiej społeczności dobrze czuje się pod rządami Pekinu. Postęp i kult pracy, który przynieśli Chińczycy, jest przez nich postrzegany jako szansa na lepsze życie. Zsinizowani Ujgurzy obawiają się raczej islamskiego fundamentalizmu niż „wynarodowienia” przez komunistyczną administrację. Młode pokolenie zachowało islam jako religię przodków, odrzucając jednocześnie wiarę w ideał państwa oparty na szariacie.

Zabawę w nocnych klubach przy lokalnej muzyce uwielbia M. Ten dwudziestokilkuletni policjant mieszka z rodzicami w magicznym mieście na zachodnim krańcu Chińskiej Republiki Ludowej. – I am a cop – powiada perfekcyjną angielszczyzną. – Nienawidzę tej roboty, ale z czegoś trzeba żyć.

M jest dzisiaj po cywilu, odprowadza mamę do lekarza. Choć mieszka w chińskiej części, zdominowanego przez muzułmańskich Ujgurów Kashgaru, nie rozumie polityki rządu w Pekinie.

– Napiszę do Ciebie e-mail, facebook tu nie działa – to głupie, ale takie są zasady.

M nie jest komunistą ale jutro ubrany w mundur, z karabinem maszynowym będzie pilnował porządku na Placu Ludowym pod pomnikiem Mao Zeedonga. Podobnie, jak wielu Europejczyków nie lubi Stanów Zjednoczonych Ameryki za imperialistyczną politykę zagraniczną. Swoją pracę w barwach reżimu M stara się traktować jako pomoc ludziom. -Zapisz mój numer, jeśli będziesz potrzebował pomocy dzwoń o każdej porze. Jeśli chcesz poznać prawdziwą kulturę regionu Xinjiang odwiedź stare miasto, chińska dzielnica jest sztuczna” – poucza mnie wskazując odpowiednią drogę.

Trafić do starego Kashgaru jest nietrudno – właściwy kierunek wyznacza zapach pieczonych na każdym kroku baranich szaszłyków i radosny gwar charakterystyczny dla muzułmańskiej prowincji. Stare budynki z błota i gliny powoli ustępują miejsca nowszym konstrukcjom ze szkła i stali. Pomimo to środkowoazjatycka tradycja ma się tu całkiem dobrze. Kurz, ogólny bałagan, wiszące na słońcu mięso, suszone żaby, jaszczurki, łapy niedźwiedzia i Bóg wie co jeszcze nie oznaczają jednakże smrodu, brudu czy braku higieny. Przy każdym z prowizorycznie zorganizowanych barów znajduje się umywalka z bieżącą wodą a mięso nie wydaje nieprzyjemnego zapachu bo jest zwyczajnie świeże.

– Przed posiłkiem umyj ręce – tłumaczy przy śniadaniu żyjący z obsługi turystów Akhmed. – Po podaniu ręki na przywitanie połóż ją na sercu, w ten sposób okażesz szacunek rozmówcy.

Ujgurzy znacznie różnią się od Chińczyków. Nie rozumie ich J młoda Chinka, która przeprowadziła się tutaj z położonego 5 000 kilometrów dalej miasta Y. W odróżnieniu od zakrywających pobożnie twarz młodych Ujgurek, J. eksponuje swoje filigranowe piersi. – Nie wychodź z piwem na ulicę – ostrzega – Tu żyją muzułmanie, it’s crazy – śmieje się spoglądając w kierunku przechodzącej wyznawczyni Mahometa. – Jak Ci się tu żyje? – pytam. – Ok, choć do domu mam trzy dni drogi. Tutejsi ludzie są dobrzy.

Sri Lanka

ZAKĄTEK PANA BOGA

Na ubogiej Sri Lance, gdzie nie tak dawno zakończyła się trwająca trzydzieści lat wojna pomiędzy buddyjską, synegaleską większością a mniej licznymi hinduskimi Tamilami praktycznie każdy wyznaje jakąś religię. Tutejsze duchowieństwo cieszy się specjalnymi przywilejami, takimi jak specjalnie wyznaczone miejsca w środkach komunikacji publicznej a wierni wszystkich wyznań nie szczędzą pieniędzy by ich przewodnicy żyli w dostatku. Bycie kapłanem katolickim na wyspie wiąże się z posiadaniem niedostępnego dla większości samochodu i wygodnej plebanii. Przekonany o konieczności pracy misyjnej świat zachodu koi swoje sumienie dodatkowo wspierając materialnie miejscowe „dzieło ewangelizacji”. Tutaj nie rozlicza się księży z wydawanych przezeń pieniędzy. – Rozliczać księdza to jak rozliczać Boga – z oburzeniem odpowiada na moje pytanie napotkana w wypełnionym po brzegi kościele św. Sebastiana parafianka. 
Innego zdania jest zaprzyjaźniony działacz katolicki, który konfidencjonalnie opowiedział mi o luksusach, w których pławi się miejscowe duchowieństwo.

– Księża mają pieniądze i robią niewiele, biedne są tylko zakonnice. Mam znajomego księdza, jest bardzo popularny na całej Sri Lance. Pomaga biednym dzieciom i dostaje na to środki z Europy. Często tam podróżuje w poszukiwaniu nowych sponsorów. Jego hobby to muzyka, śpiewa o Bogu i ludzie go kochają. Zawsze przywozi na Sri Lankę nowy sprzęt. Z tego co wiem na każde dziecko ma miesięcznie 100 dolarów a rzeczywiście przeznacza 1000 rupii (10 usd = 1200 rupii). – Jednak widzę, że Kościół prowadzi wiele szkół na Sri Lance – starałem się pociągnąć temat. – Na szczęście – odparł mój znajomy – ale większość z nich jest płatna i bardzo droga. Wielu rodziców nie stać nawet na wpisowe.
Przy ruchliwej ulicy prowadzącej do zatłoczonego Colombo znajduje się jedno z najbardziej niesamowitych miejsc na wyspie. Zagubiona w sąsiedztwie budynków mieszkalnych, niedostrzegalna wśród pełnych ludzi kościołów, meczetów, buddyjskich i hinduskich świątyń, maleńka, katolicka misja p.w. św. Franciszka Xaviera. Gdy zapytałem w którejś z pobliskich parafii jak tu dotrzeć, miejscowy proboszcz zasłonił się niewiedzą – To jest zupełnie inny świat – odparł – niestety ale nie mam pojęcia, przykro mi lecz nie mogę Ci pomóc. 
Po raz pierwszy do misji trafiłem w sobotę. Pochodzący z Filipin ksiądz Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X przywitał mnie uśmiechem i serdecznie zaprosił w progi ubogiej plebanii. 
Pijąc chłodną wodę z sokiem jabłkowym przez kilkadziesiąt minut rozmawialiśmy o sytuacji we współczesnym Kościele.

– Wiernych mam tutaj niewielu, ale są to wspaniali ludzie. Jesteśmy po to aby zachować wiarę Kościoła Katolickiego w nieskażonej formie. Niestety księża z dużych parafii najczęściej nie bywają pomocni. – Boją się konfrontacji – odparłem patrząc na skromny obiad, którego jedzenie przerwałem mojemu gospodarzowi. – Jutro jest niedziela, przyjdź na Mszę o dziewiątej i sam zobaczysz jak tu wszystko wygląda…
Misyjna kaplica to otoczony najwyższą czcią ołtarz, przykrytych wiatą kilkanaście rzędów ławek z klęcznikami, elektryczne organy, wątpliwej jakości sprzęt nagłaśniający i niewysoka dzwonnica. Podczas odprawianej w języku łacińskim Mszy Trydenckiej można odnieść wrażenie, że jakaś siła mimowolnie przeniosła Cię w czasie do lat gdy pierwsi misjonarze stawiali swe stopy na nowym lądzie. Tutejszych wiernych charakteryzują znakomite maniery i nadzwyczajna życzliwość.

– Przyjadę po Ciebie motorowerem, czekaj na mnie przed hostelem o dwunastej. Pomogę Ci kupić bilet autobusowy do Jaffny i zapraszam na herbatę z moją rodziną – usłyszałem od jednego z mężczyzn, w którego domu spędziłem niedzielne popołudnie. 
– Kościół znajduje się w kryzysie – powiedział łagodnie, sącząc przyprawioną imbirem ceylon tea – księża są bogaci, leniwi i często utracili wiarę. – Czy widzisz jakieś wyjście z sytuacji? – zapytałem zaciekawiony. – Istnieje tylko jedno. Powrót do tradycji, świętości i uczciwej pracy.

 

Chiny

CZAS ZWYCIĘZCÓW

– Hello. Zagaił mnie na ulicy osiemnastoletni, zsinizowany Ujgur. – Hello – odpowiedziałem. – Mam wolny czas, czy możemy się przejść? Lubię rozmawiać po angielsku, uczę się go w szkole ale tutaj źle uczą.

Osiemnastoletni Akram marzy o studiach w Pekinie. – Jak skończę ekonomię dostanę dobrą pracę. – Dobrą? – Za 1000 dolarów miesięcznie. – 1000 dolarów? W zagranicznej korporacji? – Nie, w chińskiej.

Nauka dla Akrama stanowi ciężką robotę. – Uczę się całymi dniami. – A co robią Twoi rodzice? – Całymi dniami pracują. Mama jest sklepową, ojciec kierowcą. – Ile godzin poświęcasz na sen? – 6-7, reszta to nauka i pomoc w domu. – Napijesz się piwa Akram? – Nie, dziękuję, rodzice tutaj nie lubią jak ich dzieci piją piwo. – Czy wiesz Akram, że kiedyś w Europie 8 godzin dziennie poświęcaliśmy na sen, 8 na pracę i 8 na życie prywatne?

– Jak? Opowiedz mi o Europie Paul. – Wierzyliśmy, że człowiek ma jedno życie i musi starać się żyć przyjemnie. – A praca? – Nie jest najważniejsza. – Lubisz soccer? – zapytał Akram pokazując palcem na kopiących piłkę na przyszkolnym, sztucznym boisku miejscowych wyrostków. – Lubię, soccer i piwo, jak większość facetów w moim kraju. – Życie jest jak mecz, musisz wygrać, tak mówi mój ojciec. – skwitował Azjata. – A odpoczynek? – Na boisku nie ma czasu na odpoczynek. – Musisz odwiedzić Europę Akram. – Bardzo chcę, ludzie są tam mili, czy mogę u Was studiować?. – Myślę, że dasz radę, najlepsi studenci u nas dostają stypendia. – Dostanę. – Dlaczego jesteś taki pewien? – Bo życie to jest mecz a ja go wygram.

– Na pewno? – Tak, kiedy inni studenci będą pić piwo. A co zrobisz po studiach? – Pojadę do Pekinu, bo tu dostanę dobrą pracę i zarobię dobre pieniądze.

 

Sri Lanka, Europa

EURONATION

Podróże międzykontynentalne, zwłaszcza te których przeznaczeniem są kraje odległe nam kulturowo pozwalają Europejczykom na nowo odnaleźć swoją tożsamość.
– W Hiszpanii panuje straszny kryzys – powiedział zapoznany w Kandy Roberto – ludzie nie mają pracy a ci, którzy jeszcze mają pracują za marne pieniądze, gdyż boją się ją utracić. – To zupełnie tak jak w Polsce – odpowiedziałem.
W trakcie dwóch tygodni wspólnej tułaczki okazało się, że łączy nas nie tylko kryzys. Zostaliśmy przyjaciółmi.

– Wy, Hiszpanie chociaż protestujecie, a Polacy biernie siedzą w domach – zauważyłem podczas któregoś z posiłków. – Protestują tylko ci co utracili pracę, mieszkanie albo tak jak ja są świadomi otaczającego nas świata. Większość na kanapie gapi się w telewizor. To fatalnie, gdyż droga do wyjścia z kryzysu ekonomicznego jest tylko jedna, wymierzona w system bankowy i korporacje ogólnoświatowa rewolucja. Pojedyncze protesty nic nie dają. – Nikt samemu świata nie zmieni – zauważyłem – ale niech każdy na swoim poletku da odrobinę siebie a razem osiągniemy cel. Przykład z Hiszpanii jest bardzo ważny, nawet gdy nie protestują wszyscy to pokazujecie innym, że można wyjść na ulice i walczyć o swoje prawa.
Wysiadywanie telehemoroidów póki co stanowi ulubione zajęcie moich przytłoczonych biedą rodaków. Nie umie tego zrozumieć trzydziestoparoletni Martin z czeskiego Olomunca.

– Przecież wy Polacy kiedyś się nie pieprzyliście tylko potrafiliście przyspawywać do torów pociągi. W Czechach by to nie przeszło. Martin perfekcyjnie posługuje się moim językiem, nauczył się go przez czternaście lat pracując w… Chicago. Gdy rozmawia z Roberto automatycznie przechodzi na angielski, który w ostatnich latach stał się uniwersalną metodą globalnej komunikacji.
Z mową Shakespeare’a problemy miewają głównie Francuzi, jednak każdy włączając Anglików wybacza im serdecznym uśmiechem. Przecież wszyscy jesteśmy Europejczykami, a że trochę się różnimy to nawet lepiej. Dzięki temu zawsze jest o czym pogadać i pożartować ze stereotypów, które w jeszcze nie tak odległych czasach pchały ku nienawiści. Kolejnej wojny na Starym Kontynencie nie potrafi już sobie wyobrazić nikt pozostający przy zdrowych zmysłach, zwłaszcza młodzi Niemcy, stanowiący dziś jedną z najliczniejszych a zarazem najsympatyczniejszych grup backpackerów. Każdy z nas zna kilka słówek w innym europejskim języku, tą wiedzą najczęściej się wymieniamy pijąc piwo w hostelowym lobby. Mieszkając w Londynie Roberto miał dziewczynę z Polski, nauczyła go jak mówić: „tak”, „kochanie” i jeszcze kilku podstawowych zwrotów.

– Jeżeli chcesz się dobrze nauczyć czeskiego to najlepiej poznaj Czeszkę – radzi mi Martin a napotkany w Haputale Włoch stukając się ze mną butelką piwa wznosi toast – Na zdrowie. – Grazie – odpowiadam – po czym wdaję się w krótką dyskusję ze starszą madame z Paryża, która „postawiła” nam trunek jako podziękowanie za pomoc przy skopiowaniu zdjęć z aparatu fotograficznego. Pojednanie narodów europejskich jest procesem zapoczątkowanym krótko po II Wojnie Światowej. Nie należy go na siłę przyspieszać ani też w żadnym wypadku zwalniać. Nade wszystko zaś musimy dziś bronić idei i integralności Unii Europejskiej. O ile jedyną drogą wyjścia z kryzysu ekonomicznego jest rewolucja przeciwko bankierom o tyle Wspólnotę należy reformować, ulepszać i zacieśniać. W żadnym wypadku jej nie niszcząc. Tylko ewolucja stanowi rozsądne wyjście z kryzysu politycznego.
Problemem, który dostrzegają wszyscy napotkani Europejczycy jest rosnąca pozycja islamu na Starym Kontynencie. – Muzułmanie prowadzą wojnę za pomocą brzuchów swoich kobiet – zauważa jeden z Francuzów. Podobnego zdania jest Roberto – Podczas gdy Hiszpanie nie mają dzieci, muzułmanie zakładają rodziny wielodzietne korzystając z naszego systemu socjalnego.
Poglądy młodych Europejczyków nie mają absolutnie nic wspólnego z rasizmem. Są one wyrazem obawy o własną przyszłość. Gdy zlaicyzowana Europa skupia się na rozliczaniu grzechów Kościoła na terenie całego kontynentu powstają nowe meczety. I to w czasach gdy chrześcijańskie świątynie adaptowane są na puby i dyskoteki. – Nie jestem specjalnie wierzący – mówi młody Niemiec – nie chcę żyć w kraju koranu. Nie chcę aby ktokolwiek narzucał mi swój światopogląd.
– Gdyby Europa nie odcięła się od swoich korzeni dzisiaj wyglądałaby inaczej. Zupełnie inną Unię Europejską wyobrażali sobie jej ojcowie – ripostuje zapoznany w Jaffnie misjonarz z katolickiej Polski.
W swoich sądach nie dostrzega on jednak trzeciego z kryzysów – kryzysu Kościoła. To posoborowy Rzym jako pierwszy „odrąbał” korzenie wywołując gwałtowną lawinę zmian w strukturze społecznej. W kwestii tradycyjnych wartości jedynym sensownym wyjściem wydaje się być ich restytucja. Nie będzie ona jednak możliwa bez głębokich przemian w samym Watykanie.

Chiny

NIELEGALNI IMIGRANCI

Ludzie Zachodu, tacy jak Alex, żyjąc od dawna w Azji, nie potrafią przełamać swojego obrzydzenia do myszy. W buszujących po hotelowym pokoju i objadających turystów gryzoniach większego problemu nie widzi natomiast L – recepcjonistka z miasta Tashkurgan w Tadżyckim Autonomicznym Hrabstwie na zachodzie Republiki. – Tam gdzie są ludzie, są i myszy.

Muzułmańscy Tadżykowie podobnie jak zamieszkujący tutaj nieliczni Chińczycy lubią wypić piwo, dwa lub więcej. Ta wspólna cecha łącząca ich z ludźmi zachodu zyskuje dodatkowy urok w momencie wyproszenia nas z alkoholem z szaszłyk baru. – Jak chcecie pić, róbcie to na ulicy – w lokalach picie jest zabronione- mówi Tadżyk, który dzięki wilczemu głodowi człowieka Zachodu pobił dziś wieczór rekord jedno razowej sprzedaży baraniny.

Choć w przeciągu ostatnich kilkunastu lat diametralnie zmieniło się nastawienie naszego świata do Chińskiej Republiki Ludowej, różnice kulturowe wydają się być nie do przełamania. Za największą Alex uważa nietrzymanie się przez Chińczyków tematu rozmowy. – Jeśli zapytasz o drogę, Europejczyk powie Ci jak dojść do punktu docelowego, Chińczyk opowie o całej okolicy, swojej rodzinie i chorobie sąsiada.

Różnice kulturowe jako największe niebezpieczeństwo w starciu cywilizacji postrzega także Sumalee, młoda, zaręczona z Brytyjczykiem mieszkanka Tajwanu. – Biali, którzy robią interesy z Chińczykami muszą być bardzo ostrożni – mówi perfekcyjną angielszczyzną. – To jest zupełnie inny system wartości i łatwo zostać oszukanym.

Rozmawiając z Sumalee odniosłem wrażenie, że posiada ona wiedzę, która jest powszechna w Azji, a której nie posiadają finansowe elity Zachodu, od lat przenoszące produkcję do Państwa Środka, a ostatnio zapożyczające się w Pekinie i sprzedające Chińczykom akcje własnych korporacji.

– Moja mama pracuje 80 godzin tygodniowo – mówi Alex – To chore, dla młodych nie ma dobrej pracy w Stanach Zjednoczonych, chcę pracować w Pekinie, tutaj zarobię na studia .

W USA studia prawnicze kosztują ok. 300 000 dolarów, kwota ta jest praktycznie nieosiągalna dla młodych jankesów, których rodzice nie są milionerami.

– Świat się zmienił – dodaje Sumalee – dzisiaj to biali imigrują do Azji a nie na odwrót.

Bez pracy jest także Max, dwudziestokilkuletni Holender. – Nie mam pracy, nie mam mieszkania, nie mam niczego.

Max jest szczęśliwy, gdyż dzięki europejskiemu zasiłkowi i pomocy rodziców może poznawać świat – Azja jest tania, nawet bardzo.

– To pokolenie nie ma przyszłości” – uważa J. – czterdziestoośmioletni Chińczyk z amerykańskim paszportem – Wszystkie produkty w amerykańskim Wallmarkcie zostały wyprodukowane przez młodych Azjatów, młodych Amerykanów nie stać aby je kupować bo nie mają dobrej pracy. – Czy jest jakieś wyjście? – Nie wiem, chyba nie. – Zbliża się coś złego – uzupełnia Sumalee – Chińczycy coraz bardziej mają dość nielegalnych imigrantów. – Z jakich krajów? – pytam. – Z Europy i Stanów Zjednoczonych Ameryki.

 

Sri Lanka

POKÓJ ZACZYNA SIĘ OD UŚMIECHU

– Pierwszy diabeł zabił wszystkich Tamilów, drugi diabeł zabił wszystkich muzułmanów, trzeci diabeł zabił wszystkich synegaleskich chrześcijan. Ja przeżyłam bo znałam język syngaleski, wzięli mnie za swoją. – W ten oto sposób przebieg jednej z pacyfikacji podczas trwającej trzydzieści lat wojny domowej opisała spotkana w banku osiemdziesięciodwuletnia zakonnica.

– Ale teraz jest dobrze… – odparłem. – Nie jest. Rząd ukrywa prawdę o obozach, w których przetrzymuje Tamilów. Wszyscy o tym wiedzą ale każdy boi się mówić.
– Ludzie tutaj sobie nie ufają – zagaiłem zagranicznego misjonarza. – I nie będą ufać – usłyszałem w odpowiedzi – rany są zbyt głębokie. Wojna skończyła się dopiero trzy lata temu a rząd wciąż przysyła synegaleskie wojsko. – Czy na Sri Lance zapanuje kiedyś stały pokój? – Na stałe? Nie sądzę.
Innego zdania jest patrzące w przyszłość pokolenie dwudziestokilkulatków. – Wojna już się skończyła – mówi mi zapoznany chrześcijanin z południa. Wybuchła z powodu buddyjskich mnichów, którzy zapragnęli aby ich religia była jedyną na wyspie. Jestem Synegalezem ale moja rodzina była tak samo prześladowana jak Tamilowie. Teraz wiele się zmieniło. Na szczęście. Wysuwane przez Tamilskich Tygrysów postulaty separacji hinduskiej północy były bez sensu. Przecież tam nie ma rozwiniętej gospodarki za to jest wiele problemów. Powstałoby biedne państwo głodnych ludzi i raj dla przestępców.
– Tutaj w Jaffnie, na północy kraju jesteśmy zmęczeni wojną – wtóruje napotkany w hinduskiej świątyni Tamil – nie chcemy zabijać, nie chcemy aby ktoś palił nasze domy. Chcemy żyć jak inni. Nigdy więcej wojny. Nie chcemy tutaj już partyzantów. Wolimy turystów.
– Co się stało z Tygrysami? – rzuciłem trudne pytanie młodemu żołnierzowi z Colombo. – Większość wystrzelaliśmy, część uciekła do Indii, inni ukrywają się w domach, często u rodzin na wsi.
– Nie ma specjalnej różnicy pomiędzy terrorystą a żołnierzem – opowiada mi historię zburzenia jego kościoła katolicki kapłan z północy – jeden i drugi sieje strach i zniszczenie. Z tym, że wojsko robi to na masową skalę i nie odpowiada za swoje czyny.
Pytani o obecną sytuację buddyści są zadowoleni z dokonań własnych sił zbrojnych. – Nie było innego wyjścia – mówi sklepikarz z Negombo – jakoś tę wojnę musieliśmy zakończyć. – I nie będzie więcej problemów? – Teraz problemem stają się muzułmanie. Mają dużo dzieci, jest ich coraz więcej i chcieliby rządzić.
– Czy rzeczywiście islam jest nowym zagrożeniem dla pokoju na Sri Lance? – zapytałem pracującego tu od lat księdza. – Jest – usłyszałem – Arabia Saudyjska finansuje młodym muzułmanom stypendia, tam poznają zasady koranu. Później wracają i wcielają je w życie. Kiedyś na Sri Lance muzułmańskie kobiety nie zasłaniały twarzy, teraz coraz częściej się to zdarza a do tego pobożni mężowie każą im chodzić w czadorach. – Przecież tutaj jest strasznie gorąco – odparłem ścierając pot z czoła. – Mężczyźni ubierają się w zwiewne, białe ciuchy więc im to nie przeszkadza. Z islamem jest mniej więcej tak: jeżeli w społeczeństwie żyje od 1 do 3 procent muzułmanów to stanowi on religię pokoju. W granicach 5-7% mniej więcej do 10% pojawiają się żądania obyczajowe, jak ubiór czy jedzenie halal. Powyżej 10% zaczynają się postulaty polityczne a gdy zostanie przekroczona bariera 15% pojawia się widmo wojny. Wspierając Arabię Saudyjską Amerykanie lekkomyślnie narażają kolejne kraje na niebezpieczeństwo.
– To zadziwiające – pomyślałem w duchu – że w miejscu gdzie każdy gorliwie praktykuje swoją wiarę pokoju i miłości, może być tyle jadu oraz wzajemnej niechęci. Przypomniałem też sobie wyczytaną na jednym z tuk tuków inskrypcję – „Pokój zaczyna się od uśmiechu”. Być może to właśnie uśmiech jako pierwsze i najważniejsze przykazanie jest brakującym pierwiastkiem wszystkich religii.

 

Chiny

SUBTELNA MĄDROŚĆ

– Tybet ma w sobie coś mistycznego, cieszę się, że mogłam go odwiedzić – powiedziała śliczna Nina z Hohhot, stolicy chińskiej Mongolii Wewnętrznej. – Sama podróżujesz po tak wielkich obszarach Chin? – Tak, mój mąż myśli, że jestem szalona, za parę dni muszę wracać do domu, bo on już strasznie tęskni.

Dla ślicznej 27-latki najważniejsza jest rodzina. Rozmowę przerywa telefon. – Taka jest u nas tradycja, rodzice kochają swoje dzieci i codziennie do nich dzwonią, pytają się czy nie potrzebujemy pomocy. Nina znakomicie wie, że w Europie wszyscy są bardziej niezależni i żyją „łatwiej”, broni jednak uparcie tradycyjnego modelu chińskiej rodziny.

– U nas jest lepiej, silna rodzina sprawia, że jesteśmy mocniejsi. – Zadaniem chińskiej żony jest dbanie o ciepło ogniska domowego, swój nienaganny wygląd i zdrowie najbliższych.

– Musisz nauczyć się gotować Paul, odżywiaj się dobrze, dzięki temu zachowasz zdrowie, młodość i Twój uśmiech dziecka. – Jako buddystka podkreśla znaczenie harmonii we wszystkich aspektach naszego życia.

– W Ameryce twierdzą, że aby sprawować władzę trzeba być bogatym, co o tym sądzisz Paul? – Tak jest we wszystkich krajach Zachodu, bez pieniędzy nie masz mediów a one są potrzebne do kreowania pozytywnego wizerunku polityka – tłumaczę. – To  Wy głosujecie na dobry wizerunek czy na dobrych ludzi? – Zamilkłem na chwilę – To jest nieuczciwe Paul. Dlaczego nie robisz nic, aby to zmienić? – Uważasz, że w Chinach jest lepiej? – W Chinach to rząd kontroluje rynek a nie na odwrót.

Przed snem, pod gołym niebem na pustyni Takla Makan, śliczna Nina na równi z mężczyznami pracowicie brała udział w rozkładaniu obozowiska. – Opowiedz mi o swojej mamie, Paul – powiedziała oglądając zdjęcia w moim telefonie. – Jest wykształconą osobą, przez lata wychowywała nas sama. – Jest piękną kobietą Paul, powiedz jej że ją uwielbiam.

Zdjęcia mojej mamy koniecznie zobaczyć chciał także sześćdziesięcioletni Sunny, wspaniały przyjaciel z Hong Kongu. Ten dziennikarz i były marynarz o wyglądzie oraz duszy młodzieńca zazdrości młodym ludziom dzisiejszej łatwości przekraczania granic. – To jest zupełnie inny świat niż ten, w którym się wychowywałem. Sunny lubi ciemne piwo i piękne kobiety, do wszystkich odnosi się z szacunkiem godnym brytyjskiego dżentelmena. – Mieszkania w Hong Kongu są bardzo drogie, podobnie ubrania i papierosy. Tylko ipady są tanie – śmieje się wspaniały Azjata – Ludzie u nas ciężko pracują, niewiele z tego mając.

Kilka lat temu Sunny zmienił swoje życie. – Spakowałem plecak i pojechałem w swoją pierwszą podróż, zostałem backpackerem. – Życie jest za krótkie aby je marnować. Pomimo lat spędzonych na ciężkiej pracy Sunny dorobił się jedynie 37-metrowego mieszkanka, które po latach odkupił od państwa. – Prawdziwą satysfakcję daje poznawanie świata, to niesamowite ale mam 60 lat i po raz pierwszy gotuję pod gołym niebem – powiedział radośnie dorzucając warzywa do kociołka podgrzewanego ogniem targanym przez silny wiatr pustyni. – Teraz pracuję cały rok, aby przez te dwa tygodnie żyć dla siebie..

Tak siedziała nasza trójka śmiejąc się i rozmawiając o życiu podczas niezapomnianej pustynnej wieczerzy. Nieopodal, głębokim snem spało dwóch wynajętych poganiaczy wielbłądów. O poranku prości chłopcy wychowani pośród piasków Takla Makan nie umieli zrozumieć sensu naszych za biegów kosmetycznych. Trójka ludzi, z trzech różnych stron świata, wychowana w oparciu o odmienne wartości kulturowe rozpoczyna dzień od oczyszczania twarzy, zębów i składania swoich rzeczy.

– Nie zakopuj pod piaskiem śmieci! Weźmiemy je z powrotem aby wyrzucić do śmietnika – powiedział do zasypującego nasze plastikowe butelki poganiacza wielbłądów Sunny. Jego prośba spotkała się z posłusznym brakiem zrozumienia. Dla mieszkańców islamskiej, chińskiej prowincji, tak samo obcy są śliczna buddyjka z dużego chińskiego miasta, wychowany w kręgu brytyjskiej kultury chrześcijanin z Hong Kongu, jak i niewierzący Europejczyk.

 

Sri Lanka

ARMIA ZABIJA W RAJU

W przydrożnym barze nieopodal punktu kontrolnego, z którego zostałem zawrócony przez uzbrojone wojsko spotkałem sympatycznego czterdziestojednolatka. Ubrany w dres z trupią czaszką w czerwonym berecie wypełniał jakieś papiery.
– Mam trzech synów – usłyszałem – wkrótce znajdę dla nich więcej czasu – idę na emeryturę.
Popijając landrynkową oranżadę wdałem się w niezobowiązującą dyskusję o zimowych temperaturach panujących w moim kraju.
– Za kilka dni jadę na Haiti, tam będzie gorąco, ale to nie jest problem – powiedział mój rozmówca – jestem oficerem wojska Sri Lanki. Jadę na misję ONZ. – Jak długo nosisz mundur? – zapytałem z zaciekawieniem. – Dwadzieściadwa lata, prawie całą wojnę. Mam po niej kontuzjowany palec – tutaj uniósł do góry powyginanego środkowego kikuta u lewej ręki – ale jeszcze tylko sześć miesięcy.
– Dlaczego armia nikogo nie przepuszcza w kierunku plaży? – Bo mamy tam obóz. To jest strefa specjalnie chroniona. Nad morze dojdziesz przez wioskę Maviddapuram, to niedaleko. Jakieś dwa kilometry stąd.
Kilkaset metrów dalej, pośród zbombardowanych i spalonych domostw spotkałem młodego Tamila.
– Hallo! Sprechen Sie Deutsch? – zapytał myśląc, że jestem Niemcem – Nein, nicht so gut – odpowiedziałem – I prefer English. – Mieszkałem w Hamburgu – odparł po angielsku – później w Holandii, nawet pokazali mnie w filmie a na koniec deportowali z Danii. Europa jest fajna ale nie chcą tam takich jak ja. – Jak się w niej znalazłeś? – Byłem jeszcze dzieckiem gdy armia zniszczyła mój dom, zabili moją mamę. Uciekliśmy z tatą a tygrysy dały mi karabin i kazały walczyć. Zostałem ranny w obydwie nogi, zabrał mnie czerwony krzyż. Niedawno przyleciałem z powrotem. Teraz nikogo poza tatą tu nie mam, znajomi zostali w Europie. Zobacz na zdjęcie. To jest moja mama, tata i ja jako dziecko. Zrobione w naszym domu. Zanim przyszli wojskowi.
Wioska Maviddapuram to jedno z wielu miejsc, o których chcą zapomnieć stawiające na rozwój turystyki władze powojennej Sri Lanki. W efekcie przeprowadzonej przez rządowe wojsko pacyfikacji z mieszkających tu dawniej ponad stu rodzin zostało tylko dwadzieścia. W ruinach zbombardowanych domów gnieżdżą się po trzy pokolenia Tamilów a młodzi własnymi siłami próbują budować domy dla własnych dzieci.
Do jednej z zamieszkałych ruin zaprosił mnie schludnie ubrany były nauczyciel.
– To jest moja żona – przedstawił siedzącą na podłodze w kuchni przy prymitywnym palenisku kobietę – to synowa, jest w ciąży – ta uśmiechnięta dziewczynka to moja wnuczka, a tam dwaj synowie murują fundamenty pod nowy budynek. – Nie wiem co powiedzieć – odparłem – to co tutaj widzę mnie szokuje. – Napij się soku, a ja ci opowiem. Rób zdjęcia, niech w Europie zobaczą zbrodnię przeciwko ludzkości. Wojna trwała 30 lat. Rząd chciał nas pozbawić języka i religii, pewnego dnia gdy Tamilskie Tygrysy były już słabe i się wycofywały przyszło wojsko. Zniszczyli domy, strzelali do cywilów, zburzyli świątynie. Kiedy już nie mieliśmy co jeść i gdzie mieszkać prezydent ogłosił, że jest pokój. Teraz zaprasza do kraju turystów, ale tylko na południe żeby tam zostawiali pieniądze. Północ nikogo nie interesuje, nie chcą nas pokazywać światu. Wczoraj w nocy ONZ uznał, że władze dokonały tu zbrodni przeciwko ludzkości ale co z tego gdy jednocześnie prezydent otworzył nowe lotnisko. – Co się stało z pozostałymi mieszkańcami wioski? – zapytałem gdy mężczyzna oprowadzał mnie po ruinach sąsiedniego domostwa. – Wielu zabili, wielu wyjechało. Oni by chcieli aby wyjechali stąd wszyscy Tamilowie. Rządowi nie zależy na odbudowie. Synegaleskie tereny, które zniszczyło tsunami bardzo szybko stanęły na nogi, a tam gdzie była wojna… sam widzisz.
Pożegnałem się serdecznie z rodziną, na której twarzach wciąż można wyczytać strach, smutek i cierpienie. Kilkaset metrów dalej, nieopodal ślamazarnie remontowanych budynków hinduskiego sanktuarium, nad błękitnym oceanem znajduje się złocista plaża. Pomimo rosnącego na wyspie ruchu turystycznego o tym miejscu dowie się niewielu przyjezdnych ze świata bogatego zachodu. Skutecznie zniechęcą ich brak reklamy i wszechobecne druty kolczaste. Zaś pieniądze, które wydane tutaj mogłyby wesprzeć odbudowę wykrwawionej prowincji, w formie horrendalnie drogich biletów wstępu do miejsc z kolorowych magazynów zasilą skarb państwa. Będzie z czego zbroić armię i wypłacać emerytury czterdziestoletnim weteranom.

 

USA / Afganistan

KRWAWA MARY

„To, co donoszą media, całkowicie nie zgadza się z charakterem człowieka, którego znam i podziwiam” – żona sierżanta sztabowego Roberta Bales’a.

W to wtorkowe popołudnie Robert płakał jak bóbr.

– Pozabijam tych sku***synów, Ameryka nie umrze.  Cóż za przywódca, cóż za orędzie, podkręć telewizor. George przemawia.

„Dziś nasi współobywatele, nasz sposób życia, nasza wolność zostały zaatakowane serią zaplanowanych i zabójczych aktów terroru. […] Nasze wojsko jest silne i pozostaje w gotowości”.

Zło rodzi zło, krew żąda krwi. Wszystkie cztery zagraniczne misje wojskowe mijały spokojnie. Kilka kul wystrzelonych do terrorysty w obronie wolności, demokracji i amerykańskiego stylu życia stanowi powód do dumy. W końcu nie po to sierżant sztabowy Robert Bales po zamachach z 11 września odpowiedział na wezwanie Georga W. Busha, aby teraz rozdawać posiłki szczeniętom wroga.

Krew jest słodka, pierwszym zabitym śmierdzielem był stary talib, który nie odpowiedział na podwójne wezwanie „stój, bo strzelam”. Każdy kolejny trup hipnotyzuje. Cudownie jest być panem życia.

Krew to narkotyk, który pozwala zapomnieć amerykańskiemu żołnierzowi o niespłaconej racie za dom i hipotece, której wartość przerosła wartość nieruchomości. Ekstatyczny trans mordercy uzależnia silniej niż kokaina. Śmierć daje solidnego kopa. Prawdziwy narkotyk bogów.

Ciężko jest wracać do kraju, gdzie bez dreszczyku emocji, przed żoną i dwójką dzieci trzeba zgrywać domowego bohatera Stanów Zjednoczonych Ameryki. – Jak to możliwe, że tu nikt się nie boi Roberta Bales’a? Ja wam pokażę kim jestem.

Na szczęście w wolnym kraju sąd nie pozwoli skrzywdzić bohatera. Niekarany, żołnierz, obrońca ojczyzny. Łagodny wyrok za napad i więcej tego nie rób. Ameryka potrzebuje bohaterów, tu na wolności, nie tam w więzieniu. Kolejna wpadka. Twój kredyt zaufania został wyczerpany. Nieudzielenie pomocy ofierze wypadku brzmi paskudnie. Jakże się ona pięknie wykrwawiała. Śmierć jest częścią naszego istnienia. Tak przynajmniej nauczał garnizonowy kaznodzieja.

Przewinienia należy odpokutować. Ameryka kocha i wybacza swoim wiernym synom. Nie nadajesz się do spokojnego życia w wolnym kraju, więc wracaj gdzie twoje miejsce. Tym razem zobaczysz Afganistan.

– Krwawa Mary. Jedna, dwie, cztery… nie pamiętam. Pozabijam tych sku***synów. W ich lepiankach z koziego gówna. Jeb*ni terroryści! To przez was jest ten cały bałagan, to wy zniszczyliście Światowe Centrum Handlu. Nie śmiej się gówniarzu! To przez twoich starszych braci nie stać mnie na spłatę kredytu! Wyrzuć te kamyczki na ziemię. Dzisiaj kamienie jutro granaty. Giń gnoju! Idź do piekła. Wszyscy idźcie do piekła sku***syny!

To niemożliwe, że zabiłem 16 osób. Pamiętam co było przed. Piliśmy. Wszyscy pili, jak co dzień. Strzały? Strzelałem? Ja sam? A co robili inni? Brudasów nienawidzą tu wszyscy. Pamiętam też kaca. Najgorszy jest po zerwanym filmie. Tak to już bywa, gdy się łączy wódę, whisky i prochy. Ale… tak łączą tu wszyscy.

Chiny

KOLACJA U SUNNEGO

Sunnny z Niną poszli na zakupy, wracając po godzinie z torbami pełnymi produktów spożywczych. – Dzisiaj będzie kolacja z Hong Kongu – powiedział sympatyczny Azjata i na trzy godziny zaszył się w kuchni.

– Potrzebujesz pomocy Sunnny? – zapytałem kurtuazyjnie. – Nie, może później.

Nie zmieniło to faktu, że wokół naszego cookmastera w przeciągu najbliższych 15 minut zgromadziła się trzyosobowa grupa pomagierów z Państwa Środka. Nina myła owoce, kto inny kroił na kawałki, a jeszcze ktoś inny podrzucał je energicznie na patelni typu wok. Mój europejski wkład ograniczył się do robienia zdjęć. Chińczycy lubią gotować, szczególną radość sprawia im kolektywne stanie przy garach, co można wytłumaczyć wesołą atmosferą, która tego wieczora panowała wokół kuchenki gazowej. Po przygotowaniu posiłku cała ferajna zabrała się za nakrywanie do stołu, ja natomiast, zgodnie z panującą w moim kraju tradycją, zaopatrzyłem stół w piwo.

Po upływie kolejnych kilku minut przy naszym stole zrobiło się gwarno i tłoczno, każdy z obecnych w hostelu Azjatów spontanicznie dołączył do biesiady, przynosząc swoje jedzenie. Z niezrozumiałych dla mnie względów, biali trzymali się z boku i do końca zostałem przy międzynarodowym stole jedynym ambasadorem cywilizacji Zachodu.

Azjaci lubią się bawić, jednak podczas imprezy nikt za bardzo się nie upija, lubią jeść, jednak we wszystkim zachowują umiar. Gdy nastała cisza nocna, wszyscy zmienili ton na cichy, a po interwencji pracownicy hostelu, posłusznie rozeszliśmy się do swoich łóżek, pozostawiając po sobie nieskazitelny porządek.

Uzbekistan

PIEŚŃ PRZESZŁOŚCI

Na małym osiedlu, którego lata świetności przeminęły wraz z pieriestrojką mieszka Anna. Rosjanka, emerytowana gwiazda muzyki klasycznej. W czasach gdy podróżowała po świecie, swój dzień zaczynała od śniadania i szybkiego marszu na codzienną próbę. Dźwięk jej wiolonczeli łamał granice, których przekroczyć nie potrafili Breżniew, Truman, Castro czy Thatcher. Anna grała od Taszkientu po Moskwę, od Londynu po Biszkek, od Warszawy po Konstancję. Wszystkie te miejsca zapisując w swojej fotograficznej pamięci.

– Europa, jestem jej częścią – powiada kupując ziemniaki u Shavkata, złotozębego dwudziestoparoletniego Azjaty. – Córka mojej siostry mieszka w Warszawie, a syn kuzynki był nawet w Nowym Jorku.

Anna dziś żyje ze skromnej emerytury, wypłacanej w „kilogramach” banknotów. Już nie jeździ po świecie, nie biegnie na próbę. Kawę pija w domu, a zakupy robi w osiedlowym, prowizorycznym minimarkecie. Na tym osiedlu wszyscy się znają. Czekając w trzyosobowej kolejce, miło jest powspominać lepsze czasy. Anna zachowuje pogodę ducha. – Ile masz lat? – pyta -Trzydzieści? I nie masz kobiety? Znajdę Ci żonę w Uzbekistanie. Tutejsze dziewczyny są jak perły.

W podobnym tonie wypowiada się emerytowana nauczycielka języka angielskiego. – W Europie jest dobrobyt, ale tutaj ludzie są lepsi.

Może ma rację, nawet żebrzące na ulicy Cyganki są inne. Śliczne, intrygujące i nienachalne. Paląc nad moją głową kadzidła zaklinały złe duchy, by trzymały się z dala od przybysza z dalekiego kraju.

 

Malediwy, Zjednoczone Emiraty Arabskie

ARMUT VERBOTEN

 

Oczekując samolotu do Dubaju spędziłem kilkanaście godzin na Malediwach. Najważniejsze pytanie, które zadał mi wbijający do paszportu pieczątkę pogranicznik brzmiało – Ile masz pieniędzy na pobyt w naszym kraju? Zaraz za nim padło kolejne – W którym hotelu się zatrzymałeś?

Wbrew obawom służb granicznych, nie będąc bogaczem znakomicie poradziłem sobie na rajskich wyspach. W państwie, które uchodzi za miejsce drogiego wypoczynku w przeciągu wieczora, nocy i poranka wydałem jedynie 12 dolarów amerykańskich. W tej cenie: widziałem dwie wyspy (tylko ale jednak) wypiłem piwo bezalkoholowe o smaku arbuza, lokalną colę, oryginalną coca colę, czterokrotnie płynąłem promem w tym raz ekspresem motorówką, jechałem autobusem, wypiłem sok mango, zjadłem śniadanie składające się z dwóch lokalnych ciastek i jednego lokalnego paszteciku z rybą, wypiłem świeży koktajl z arbuza z arbuzem w środku, kupiłem wodę mineralną na lotnisku i jeszcze zostało mi ze 20 rupii malediwskich jako pamiątki. Jedynym mankamentem jest fakt, że spałem na lotnisku ale na szczęście mają tutaj prysznice. Czyli może być tanio, jednak turyści są po to aby było też drogo.

Po kilku godzinach stojąc w ślimaczącej się kolejce do odprawy paszportowej Zjednoczonych Emiratów Arabskich znakomicie wiedziałem, że ubodzy nie są tu mile widziani.

Tylko 20% mieszkańców Dubaju stanowią autochtoni, na resztę składa się usługująca im siła robocza oraz bogacze ze świata zachodu.  Międzynarodowe lobby paliwowe utrzymuje wysokie ceny i pozwala Arabom żyć w przepychu zaś korporacje sprzedają im dobra luksusowe.  Ten mechanizm sprawia, że petrodolary koniec końców i tak lądują na kontach wielkich koncernów. Ich szefowie korzystają z tutejszych, ochrzczonych jako hotele nadmorskich pałaców, pławiąc się w luksusach, na które nie pozwoliłoby im żadne zachodnie społeczeństwo. W takich miejscach jak Dubaj, gdzie można legalnie kupić alkohol, pod przykrywką muzułmańskiej dyktatury wielcy tego świata ukrywają przed nami swoje prawdziwe fortuny żyjąc jak w bajce. My zaś płacimy 1,5 euro za litr paliwa i zaciągamy kolejne kredyty wpadając coraz głębiej w sieć korporacji.

W drodze powrotnej ze zniszczonego przez wojnę dystryktu Jaffny, konfrontując go z rajskim Dubajem zrozumiałem, że jedynym poprawnym uczuciem, jakie wzbudza we mnie tutejszy przepych jest wściekłość.

Na Ziemi nie powinno być miejsca ani dla spalonych domów głodnych ludzi ani dla hoteli o standardzie siedmiu gwiazdek. Współczesny świat jest bogaty, nawet bardzo, jednak zupełnie nie umie się dzielić.

 

Polska

WITAJ W POLSCE

– Jakie kraje Pan odwiedził? Pozwoli Pan ze mną, prześwietlimy Pańskie bagaże. Tymi słowy na korytarzu warszawskiego lotniska przywitał mnie ubrany po cywilnemu pracownik służby celnej. Po kilku minutach spędzonych na udowadnianiu państwu polskiemu, że nie jestem przemytnikiem ani przestępcą udałem się na lotniskową stację PKP.

Nowoczesny peron, automat biletowy, zintegrowany system komunikacji miejskiej, ładny pociąg. “Kraj się zmienia”, pomyślałem naiwnie po czym zakupiwszy dwudziestominutowy bilet do Śródmieścia przebiegłem się po wagonach w poszukiwaniu kasownika. Bez skutku.

– Spotkałem konduktora i na bilecie odręcznie wpisał mi datę oraz godzinę odjazdu po czym przybił pieczątkę – zaśmiał się któryś z biegających w poszukiwaniu kasownika pasażerów. – Pewnie zaraz tu przyjdzie – Po chwili pociąg ruszył a naszym oczom ukazał się jego kierownik. – Pański bilet nie obowiązuje w tym pociągu – powiedział do zaskoczonego sytuacją Irlandczyka. – Ale mogę Panu sprzedać właściwy. Cena to 76 zł, trzeba wiedzieć, że bez biletu się nie jeździ.

Zaskoczony i zniesmaczony sytuacją uratowałem swoje pieniądze wysiadając w porę na najbliższym przystanku.

Po kilku minutach znalazłem się w starym, brudnym wagonie jadącym do centrum.

– Dlaczego kolej daje mandaty zamiast instalować kasowniki w pociągach? – opisując zaistniałą sytuację zapytałem napotkanego konduktora. – Bo pasażer wsiadając do pociągu powinien się zapoznać z regulaminem przewozów – usłyszałem w odpowiedzi – na tego rodzaju pociągi obowiązuje jedynie bilet całodobowy. – A automat na peronie? Zupełny brak informacji… – Wszystko jest w regulaminie – nieprzyjemnie uciął konduktor i wypisał mi bilet za pięć złotych.

W warszawskim metrze nikt się nie uśmiecha, ludzie ze sobą nie rozmawiają a patrolujący wagoniki funkcjonariusze Straży Miejskiej ostentacyjnie demonstrują przyczepione u pasa drewniane pałki.

– Pański autobus odjeżdża ze stacji metra Młociny – powiedziała kobieta w informacji prywatnej linii autobusowej, której przystanek znajduje się na stacji Wilanowska.

– Przecież na bilecie napisaliście, że stąd.

– Tak, ale od pierwszego marca nastąpiła zmiana.

Szybki bieg do metra, sporo szczęścia i jeszcze “tylko” 7 godzin drogi w kierunku Wrocławia. Ćwierć wieku po obaleniu “komuny” stolica Dolnego Śląska nie jest skomunikowana ani z górskimi uzdrowiskami (Polanica, Duszniki, Kudowa) ani nawet z powiatowym Kłodzkiem. Ostatni autobus w tym kierunku odjeżdża o godzinie 18.40. Ratunkiem dla podróżnych są pociągi czasami kursujące z odremontowanego na piłkarskie Mistrzostwa Europy Dworca Głównego. Schludna poczekalnia i płatna z góry dwa złote pięćdziesiąt groszy toaleta, gratis niesprawny kran na fotokomórkę.

W polskich kolejach jest albo bardzo zimno albo nie da się w nich wytrzymać z gorąca. Wieczorny skład z Wrocławia do Kłodzka pozwala z powodzeniem hodować egzotyczne owoce. Pokonując w “jedyne” dwie godziny ostatnie sto kilometrów, przed północą znalazłem się u przyjaciela.

Pijąc herbatę wspominałem chwile, gdy kontemplując w buddyjskiej świątyni otaczającą nas rzeczywistość stanęła przede mną myśl, według której Polska nie jest państwem lecz stanem ducha.

Po powrocie do ojczyzny umocniłem się w przekonaniu, że mamy do czynienia ze stanem chorobowym. Tutejsi ludzie się nie uśmiechają. Są ubodzy, sfrustrowani i przez kilka miesięcy w roku nie oglądają słońca. Smutne społeczeństwo tworzy smutną aurę przez co żyje w ponurym kraju. Tutaj nigdy nie będzie lepiej, gdyż niezależnie od patriotycznych legend, zawsze żyło się źle, a zbiorowa depresja pcha kraj w kierunku politycznego i kulturowego obłędu.

– Witaj w Polsce – powiedziała mi ojczyzna – w kraju gdzie nikt się nie śmieje. – Bo i z czego tu się k…a śmiać? – odparłem po czym wróciłem do rzeczywistości.