Teksty rozmaite

Odmęty odmętów dysku twardego 😉 Teksty rozmaite – poprawiane i niepoprawiane – publikowane i niepublikowane – lepsze i gorsze – bardzo stare, nowsze i zupełnie nowe .

 

Nie ma wody na pustyni?

Współczesna ludzkość dysponuje wszelkimi technologiami niezbędnymi do tego, aby w krótkim czasie wykorzystać powierzchnię Sahary pod nasadzenia leśne oraz gospodarkę rolną.
Rosnąca konsumpcja i nieekologiczny sposób eksploatacji naszej planety, w przyszłości zaowocują straszliwym kryzysem. Miejsce upadającej samolubnej cywilizacji zajmie nowa, dopiero wchodząca w stadium rozkwitu. Naturalną konsekwencją upadku ideowo uzasadnionego egoizmu stanie się altruistyczny prąd myślowy, kontestujący ducha poprzedniej epoki. Jaka więc będzie myśl, która trafi w trendy naznaczające przyszłą cywilizację?
Analizując historię upadku starożytnego Rzymu, dojdziemy do wniosku, że nie będzie to żadna z aktualnie panujących doktryn czy religii. Nie przetrwa też żadna z dotychczasowych struktur. Możemy jednak przewidywać, że przyszła cywilizacja zrodzi się z myśli popularnej, odpowiadającej zapotrzebowaniu czasów, a majestatyczne świątynie zostaną zastąpione przez osobisty kontakt jednostki z uniwersum, filozofią zrozumienia samego siebie.
Zgodnie z prawem biegunowości, po okresie konsumpcjonistycznego egoizmu, nastąpią czasy ekonomicznego przewartościowania. Elementy poprzednich w stosunku do naszego systemów wartości po dziś dzień możemy znaleźć w nauczaniu różnych religii, w formie wskazań dotyczących jałmużny bądź zakazu lichwy.
Coś, co dzisiaj wydaje się nieprawdopodobne, w przyszłości może stać się oczywiste. Dla obywateli upadającego Rzymu nieprawdopodobne były prawa człowieka, które dla nas, stojących na końcu epoki potomków barbarzyńców, stanowią podstawę systemu wartości.
W sferze gospodarki nowe prądy przełożą się na inwestycje, których celem będzie racjonalne rozwiązywanie globalnych problemów.
Postępujący problem ocieplenia klimatu w rezultacie doprowadzi do zagłady współczesnych modeli gospodarczych. Podnoszenie się poziomu mórz, wielkie migracje, zmniejszająca się powierzchnia lasów, zanieczyszczenie powietrza, rosnąca populacja i wysychające płody rolne staną się wyzwaniem, z którym nie jest sobie w stanie poradzić kierowana egoizmem ludzkość.
Dzisiaj, gdy żadne miejsce na Ziemi nie jest tajemnicą dla orbitalnych satelitów i wchodzimy erę podboju kosmosu, zmieni się także podejście do planety. Albo ją zrozumiemy, nauczymy się z niej korzystać, albo też zostaniemy wyeliminowani w starciu z bezwzględnymi siłami natury.
Współczesna ludzkość dysponuje wszelkimi technologiami niezbędnymi do tego, aby w krótkim czasie wykorzystać powierzchnię Sahary pod nasadzenia leśne oraz gospodarkę rolną. Największa pustynia Kuli Ziemskiej znajduje się na obszarze o najwyższym nasłonecznieniu, a zarazem otoczona jest niewyczerpalnym zasobem wody morskiej.
Jak udowodnili naukowcy z chińskiego Uniwersytetu w Chongqing, rekultywacja terenów pustynnych nie tylko jest możliwa i opłacalna, ale też przynosi namacalne korzyści dla ekosystemu. Opracowana przez Chińczyków metoda sprawia, że w przeciągu pół roku tereny pustynne zmieniają się w zielone pola uprawne. W najbliższych latach rząd w Pekinie planuje w ten sposób zagospodarować 50% chińskich powierzchni pustynnych.
Na nasłonecznionej Saharze proces nawadniania mógłby się odbywać za pomocą systemu rurociągów i pomp zasilanych energią słoneczną.
Ciekawym rozwiązaniem może być zastosowanie opatentowanego w 1816 roku przez szkockiego duchownego Roberta Stirlinga, silnika przetwarzającego energię cieplną w energię mechaniczną. Sahara ma powierzchnię 9 200 000 km², co pozwala na zasadzenie 920 miliardów drzew. Różnica wysokości pomiędzy poziomem morza a średnią wysokością pustyni wynosi 450 metrów i na tę wysokość należałoby wpompować nieco mniej niż 5000 mld m3 wody rocznie. Przy dzisiejszych cenach energii słonecznej jest to koszt ok. 2 mld dolarów. Kwota jak najbardziej wyobrażalna, zwłaszcza w czasach, w których podobne pieniądze prezydent Andrzej Duda zaoferował za otwarcie bazy wojskowej USA na terenie Polski.
Liczba pochłoniętego przez drzewa na Saharze dwutlenku węgla sięgałaby 30% światowej emisji, co znacznie wpłynęłoby na ograniczenie efektu cieplarnianego. Aby projekt był możliwy niezbędna będzie także budowa zasilanych solarnie stacji odsalania wody, która to technologia została dopracowana w ostatnich latach i współcześnie pozwala pozyskiwać połowę wody pitnej w takich krajach jak Arabia Saudyjska, ZEA czy Izrael.
Zrekultywowana w ten sposób Sahara nie tylko obniży efekt cieplarniany, ale będzie także czynnikiem znacznie wpływającym na zmianę miejscowego klimatu. Zaprowadzenie upraw rolnych na terenach, na których brakuje żywności, znacząco wpłynie na poprawę bytu ich mieszkańców. Jest to ostatnia szansa na powstrzymanie wielomilionowych procesów migracyjnych, które mają miejsce na naszych oczach.
Zgodnie z badaniami naukowymi pustynia ta przynajmniej trzykrotnie w przeszłości była oazą zieleni, co miało wpływ na wielkie migracje. Paradoksalnie ten sam czynnik, który dawniej umożliwił wędrówkę ludów, dzisiaj może ją zatrzymać.
Wysoce prawdopodobnym jest więc, że w nadchodzących dekadach Sahara stanie się przedmiotem gospodarki rolnej i leśnej, a także miejscem osadnictwa ludzkiego. Zwłaszcza w kontekście wzrostu globalnej populacji i najszybszego przyrostu naturalnego na kontynencie afrykańskim.
Nierozwiązywalne z dzisiejszej perspektywy problemy, jak brak żywności, ocieplenie klimatu czy kryzys demograficzny, w przyszłości znajdą swoje rozwiązanie. Od tego, jak długo będziemy na nie czekać, zależy liczba ofiar obecnego stanu rzeczy.

 

NASZE SCIENCE FICTION

Naukowcom z Harvarda udało się zapisać animację w DNA bakterii E. coli. Mniej więcej w tym samym czasie Chińczycy dokonali teleportacji obiektu kwantowego na orbitę okołoziemską. Do seryjnej produkcji trafił napędzany wodorem samochód elektryczny Toyota Mirai, a kolejne państwa określają czasowe ramy zakazu sprzedaży klasycznych pojazdów spalinowych. Drony weszły pod strzechy natomiast globalną, coraz bardziej „orwellowska” sieć Internet co jakiś czas obiegają zdjęcia nowych latających prototypów – „deskorolek” czy „motocykli”. Nasza współczesna rzeczywistość przypomina dwudziestowieczne opowieści z gatunku science fiction. Baśnie z czasów, w których zamiast videochata, prosiliśmy telefonistkę o wybranie rozmowy międzymiastowej.
Jednocześnie władzę w USA, kraju imigrantów, sprawuje antyimigracyjny biały nacjonalista. Będąca kolebką demokracji Europa ugina się pod ciosami antydemokratycznych populistów, natomiast papież raz po raz swym liberalizmem szokuje konserwatywnych katolików.
Ekoogiczna katastrofa, której ostatecznym wyrazem będzie podniesienie się poziomów mórz, zgodnie z prognozami może popchnąć nawet dwa miliardy ludzi do emigracji na Północ. Nowa wędrówka ludów, która na stałe zmieni skład etniczny Europy wydaje się być tyle samo nieunikniona co i nie do powstrzymania.
Na naszych oczach, kończy się pewna epoka. Impet z jakim fala konserwatyzmu, strachu przed uchodźcami i nienawiści uderza dziś w liberalny ład to ostatnie tchnienie opartego o dogmaty Eonu Ozyrysa. Nie napawa optymizmem myśl, że w wyniku zderzenia prawdopodobnie niewiele pozostanie ze świata znanych nam idei, a kurz historii na pewien czas otuli ludzkość mrokami średniowiecza. Na szczęście procesy dziejowe zwykle wykraczają poza okres ludzkiego życia, a czasy które przyszło nam obserwować jeszcze niejednym nas zaskoczą.

Polowanie na jelenia

Historia Damiana z Dusznik Zdroju pokazuje, że w naszym kraju można spłacać kredyty, których się nie zaciągnęło, że można odziedziczyć spadek, który nie istnieje… pokazuje jednak też, że z bankiem można wygrać – znając swoje prawa.

Scena z hollywoodzkiego romansu. Do drzwi ubogiej rodziny z Detroit puka prawnik w garniturze Versace. W przyjemnych słowach informuje domowników o spadku pozostawionym przez bogatego stryja z Nowego Jorku. W zamian za usługę prawnik dostaje swoją działkę – jakieś 100 000 dolarów a uszczęśliwiona śmiercią krewnego rodzina wydając kilka milionów wchodzi w posiadanie sympatycznej rezydencji na Florydzie. Fabuła filmu opiera się na miłosnych perypetiach rozkapryszonej latorośli i małżeńskich problemach przeżywających kryzys wieku średniego rodziców.

Scena z polskiej rzeczywistości. Do drzwi 22-letniego Damiana puka spocony listonosz. W oschły sposób każe pokwitować odbiór bankowych wezwań do zapłaty. Dodajmy, zapłaty za długi rzekomo zaciągnięte przez nieżyjącą od trzech lat babcię – alkoholiczkę. Banku nie interesuje, że Damian kredytów nie zaciągał, baaa nawet nie miał pojęcia o ich istnieniu. Po zapiciu się na śmierć trzech członków rodziny, wyszedł na prostą, podjął pracę, pospłacał zaległości czynszowe i rozpoczął remont mieszkania komunalnego. Dla dżentelmenów w białych kołnierzykach i garniturach Vistuli liczy się jednak fakt, że chłopak w swojej nieświadomości nie zrzekł się w ciągu pół roku od śmierci ostatniego spadkobiercy – matki alkoholiczki – pozostawionej przez przodków „fortuny”. Bo i z czego miał rezygnować? Z zepsutej lodówki? Od lat niedziałającej pralki? Ilu z nas wie, że spadku tak czy owak musimy się zrzec? Że w ciągu sześciu miesięcy powinniśmy w tej sprawie odwiedzić notariusza i złożyć stosowne oświadczenie? No i kto o tym myśli w chwili śmierci bliskiej osoby? Myślą o tym bankowi windykatorzy. Za każdego upolowanego „jelenia” dostaną działkę w wysokości kilku tysięcy złotych. Od Damiana GE Money Bank zażądał kwoty 24 000 zł naliczonej na podstawie trzech zaciągniętych przez babcię kredytów.

Nikt w banku nie zadał sobie pytania jak to możliwe, że pijącej, starszej kobiecie ze skromnymi dochodami udzielono aż trzech pożyczek. I to biorąc pod uwagę fakt, iż żadna z nich nie była spłacana. Nikt nie pomyślał, że w okolicy nie ma ani jednej placówki GE Money a wyjazd trunkowej babci do Wrocławia w celu zaciągnięcia kredytu gotówkowego jest dosyć mało prawdopodobny. A co dopiero trzy wyjazdy pod rząd? Wniosek nasuwa się sam: babcia była tzw. „słupem”, a kredyty zostały wyłudzone na podstawie jej podpisu, złożonego najprawdopodobniej w zamian za przysłowiowy „kieliszek chleba”. W zdewastowanym mieszkaniu kobieta nie pozostawiła po sobie nic co w jakikolwiek sposób mogłoby świadczyć, jakoby kiedykolwiek dysponowała gotówką większą niż skromna, regularnie przepijana emerytura. W powyższy proceder prawdopodobnie był zamieszany przedstawiciel banku, w przeciwnym razie nikt nigdy nie wyliczyłby babcinej zdolności kredytowej na 20 000 zł. Białych kołnierzyków to jednak nie obchodzi – liczy się kasa. Przecież niezależnie od wszystkiego za „skórkę” ustrzelonego jelenia dostaną niemałą prowizję.

Szukając wsparcia Damian trafił do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, która sprawę nagłośniła. Sytuacją duszniczanina zainteresowały się ogólnopolskie media, ludzkim głosem przemówiły uznane autorytety prawnicze. Wbrew „bankowym tytułom wykonawczym”, zastraszającemu tonowi listów i telefonicznym groźbom elokwentnych windykatorów okazało się, że kwestia długu wcale nie jest oczywista, a Damian płacić nie musi – wszystko jest przedawnione. O przedawnieniu z pewnością bank wiedział, ale cóż… klient się wystraszy i naiwnie spłaci cudze kredyty.

W obliczu medialnej kompromitacji GE Money Bank postanowił wysłać list, w którym oferuje umorzenie odsetek i części kapitału. Aby rozmyć sprawę, pismo zostało zaadresowane do… nieżyjącej od trzech lat babci. Korporacyjni piarowcy uznali, iż lepiej zrobić z siebie idiotę niż złodzieja. I choć dzięki odwadze cywilnej oraz wsparciu KSS Damian sprawę wygrał, pozostaje niesmak i pytanie – ilu ludzi w skali kraju co roku daje się nabijać w butelkę? Nasuwa się na myśl także pewna refleksja. Dlaczego ustawodawca chroni banki a nie obywateli? Przecież wystarczyłoby zobligować instytucje finansowe do informowania rodzin dłużników o ciążących na nich zobowiązaniach w terminie 6 miesięcy od daty śmierci kredytobiorcy. Byłoby o wiele uczciwiej. Niestety tam gdzie wchodzą w grę wielkie pieniądze słowo „uczciwość” brzmi dosyć egzotycznie.

CUCHNĄCE ZWŁOKI ISIS

Zamach w Nicei nie był manifestacją siły, lecz raczej słabości Państwa Islamskiego. Przeprowadzony z ukrycia kabiny rozpędzonej ciężarówki, po tchórzowsku, skierowany w przypadkowy, wielorasowy I wielowyznaniowy tłum, obnażył bezsilność upadającego kalifatu. Terroryści niezmiennie nie są w stanie (nawet w fali uchodźców) znaleźć chętnych do wzniecenia otwartego konfliktu, nie byli też w stanie przeprowadzić ataków podczas piłkarskich Mistrzostw Europy i nie są zdolni do żadnych skutecznych działań przeciwko zachodowi.
Podczas gdy rosyjskie samoloty równają z ziemią obozy Państwa Islamskiego, pojedynczy samobójcy starają się przenieść pole bitwy na tereny “krzyżowców”. Zinfiltrowane przez BND, FSB czy MI6 siatki terrorystyczne nie mają potencjału, aby rozszerzyć się powyżej pułapu organizacji podwórkowej.
W momencie interwencji Rosji w konflikt syryjski rozpoczęta atakiem na World Trade Center, III Wojna Światowa wkroczyła w swoją ostatnią fazę. Jako że od czasu dwóch poprzednich wielkich wojen na arenie międzynarodowej pojawiło się wielu nowych graczy, tym razem Europa ma szczęście znaleźć się na uboczu głównej areny walk.
Brutalne egzekucje, zniszczone miasta, cierpienie widzimy głównie na ekranach telewizorów. Zupełnie podobnie Brytyjczycy czy Amerykanie zza wody obserwowali hitlerowską napaść na kontynentalną Europę. Podobnie jak bombardowani przez Luftwaffe Anglicy szaleństwo wojny dostrzegamy w zamachach terrorystycznych oraz oczach szturmujących nasze granice uchodźców.

 

SKORPION TEŻ ŻYCIE

Człek z naturą nieobyty. Człapię sobie leniwie do lodówki po puszkę pepsi. Jest mniej więcej środek nocy. Nagle wbijam gały w podłogę i staję jak wryty. Na powitanie mojej nieobytej z naturą osoby pełznie sobie spory skorpion. Niewiele myśląc robię krok w tył i chwytam co tam jest pod ręką. A pod ręką ino Raid na owady. Niezbyt wierzę, że cuś takiego może zabić skorpiona lecz mężnie wypróżniam w jego kierunku mniej więcej połowę puszki. Nie dość, że przeżył to dalej pląsa w najlepsze po podłodze. Troszkę bardziej spocony rozglądam się w poszukiwaniu skuteczniejszego oręża. Po chwili trafia w moje ręce plastykowa łopatka. Kilka minut zastanawiania się nad tym jak mój przeciwnik może być szybki i jak skutecznie przeprowadzić operację. Kilka pamiątkowych fotek, trochę więcej potu i ponownie podtruty Raidem oraz uderzony łopatką bydlak przestaje dawać oznaki życia. Wracam na górę i informuję laskę, że właśnie miała miejsce sytuacja taka i taka, ale w końcu wygrałem. Na to ona podnosi głowę od komputera i pyta – Dlaczego go zabiłeś? – ja na to niczym prawdziwy samiec alfa, że to dla naszego bezpieczeństwa. – Ale dlaczego? – słyszę ponownie – Przecież ja już go rano widziałam, złapałam w rękę (podobno trzeba umiejętnie chwycić za odwłok) i obcięłam mu kolec jadowy. – A dlaczego go nie zabiłaś? – pytam czując jak gwałtownie tracę na męskości. – Bo dzisiaj jest dzień Buddy i nikomu nie powinno odbierać się życia.
Wymiękłem.

Wakacyjna seksturystyka w Kambodży

Motorem niewolnictwa seksualnego w Azji są biali turyści oraz nieświadomie pracująca dla przestępców młodzież z państw bogatego zachodu. Witajcie w plażowym raju, gdzie drinki leją się wiadrami, a za 20 dolarów można zaspokoić najskrytsze pragnienia seksualne.

Parterowy, kryty trzciną dom nieopodal plaży w popularnym kambodżańskim kurorcie Sihanoukville. Skierowali nas tutaj miejscowi koledzy, którym zaznaczyłem, że hostel ma być tani. Nie dodałem jednak – tani w europejskim, nie zaś khmerskim słowa znaczeniu. Kilka pokoi do wynajęcia – razem pewnie z osiem. Wzięliśmy ostatni, podobno najlepszy. Cena – 2,5 dolara, warunki podłe, na podłodze materac, stary telewizor, zero mebli, zmasakrowana toaleta. Życie umilają hordy komarów oraz biegające po plecakach karaluchy. Mniej więcej po 10 minutach pobytu załapałem, że pozostałe pomieszczenia są na stałe zamieszkane przez ofiary azjatyckiego seksbiznesu.

Przy wejściu do budynku w dzień bawią się dzieci właścicieli, wieczorami grupa alfonsów na motorowerach dogląda tu swoich podopiecznych.

Prostytutki, zarówno te męskie, żeńskie, jak i obupłciowe mieszkają w pokojach bez łazienek. Do utrzymania higieny oraz załatwiania potrzeb fizjologicznych musi im wystarczyć wspólny, sprężony z dziurą klozetową prysznic. Naprzeciwko znajduje się jeden również wspólny dla wszystkich „pokoik spotkań”, atmosferę miejsca podkreślają stojące przed wszystkimi drzwiami dziewczęce buciki. Rozmiary obuwia małe, nawet jak na khmerskie warunki, czasami wręcz dziecięce.

Zaproszony przez zatrudnionego w seksbiznesie geja oraz władającą świetnym angielskim 30-letnią piękność wchodzę do pokoju.

Na kilku metrach kwadratowych znajdują się trzy materace i porozrzucane po podłodze ubrania.

– Ja jestem z Phnom Penh – mówi dziewczyna – On pochodzi z Takeo a ona – tutaj wzrok pada na schowaną pod kocem 14-latkę – jest miejscowa, z Sihanouville.

Rozmawiamy o wszystkim, o moim kraju, o ich życiu, o Europie. Świadom, że 34% lokalnych prostytutek jest zarażona wirusem HIV kilkukrotnie odmawiam skorzystania z usługi seksualnej. Stosunkowo tanio, ceny są zależne od pochodzenia klienta. Biali łapią się w drugim (po Khmerach) progu, czyli jakieś 20-30 USD. Więcej płacą Hindusi, Chińczycy i Arabowie (ponad 50 USD). Czarnoskórzy klienci muszą obejść się smakiem – raczej nie są obsługiwani.

– Dzisiaj mamy dzień wolny i możemy spędzić razem trochę czasu – zachęcała mnie dziewczyna.

– A ile masz dni wolnych w tygodniu?

– Jeden, pracujemy po dwanaście godzin na dobę.

Przed południem w gościńcu dzieje się niewiele. Rodzina właścicieli kręci się wokół kuchni i podwórka. Jest tak mniej więcej do godz. 17.00. Wtedy dziewczyny biegają po korytarzu w stanikach, myją się, perfumują, ubierają w zwiewne spódniczki. Siły niezbędnej do pracy dodaje im palenie ICE – lokalnej metaamfetaminy z siedmioprocentowym dodatkiem heroiny. Ten narkotyk uzależnia błyskawicznie, a stosunkowo wysoka w stosunku do zarobków cena kryształków (10 USD) sprawia, że jeszcze bardziej związują się z wykonywanym zawodem. Alfonsi zajmują się również dystrybucją narkotyków, waluty w której wypłacają dziewczynom pensje.

Nieopodal usytuowany jest komisariat policji turystycznej oraz słynna Serendipity Beach – plaża, która corocznie przyciąga tłumy zagranicznych turystów. Większość barów należy do obcokrajowców – Anglików, Australijczyków, Rosjan i Włochów. Są też takie, o których właścicielach wiadomo niewiele. Właśnie te kluby najbardziej przypominają zachodnie resorty, z głośną muzyką, tańcami, grami hazardowymi oraz darmowymi drinkami. Nie jest tajemnicą, że łapę na popularnym kurorcie trzyma rosyjska mafia, która chroni interesy wschodnioeuropejskich oligarchów.

Tego rodzaju bary zawsze poszukują pracowników z zachodu. Zakres obowiązków: tańczenie, gry, zabawa, rozdawanie ulotek, rotacyjna praca na barze. Co w zamian? Zakwaterowanie, jedzenie, drinki. Do środka zaprosiła mnie młoda Brytyjka.

– Z tą ulotką dostaniesz drugie piwo gratis

W barze około czterdziestu, w większości młodych obcokrajowców i mniej więcej drugie tyle lokalnych cór Koryntu. Didżej zabawia publiczność, ktoś nakręca drobne gry hazardowe, białe dziewczyny zachęcają do tańca. Po około trzech godzinach obserwacji oraz odganiania się od widocznie pobudzonych metaamfetaminą i często nieletnich prostytutek załapałem, że ponad połowę imprezowiczów stanowi zagraniczny personel lokalu.

– Ktoś wam płaci tylko za zabawę? – zagaduję nagabującą przed drzwiami przechodniów seksowną mulatkę z Australii?

– No nie, pracujemy jeszcze na barze i puszczamy muzykę.

– A co z tymi wszystkimi prostytutkami dookoła?

– To nie moja sprawa, do baru może wejść każdy.

Innego zdania jest jednak czterdziestoletni właściciel pobliskiej włoskiej pizzerii.

– U mnie nie ma prostytutek, bo się na to nie godzę. Jeśli gdzieś w lokalu namawiają na seks to znaczy, że właściciel czerpie z tego korzyści.

– Przemysł seksualny? – ciągnę temat

– Ja bym to raczej nazwał niewolnictwem

Wracając do „gościńca”, ponownie minąłem „bar wiecznie poszukujący personelu”. Tym razem ludzi było więcej i trochę bardziej pijanych. Słodka mulatka od ulotek aktualnie wcieliła się w rolę zaaferowanej hazardową gierką turystki. Część prostytutek już siedziała przy stolikach masowana w okolicach krocza przez napalonych Anglosasów. Po bokach w towarzystwie młodych, khmerskich dziewczyn emeryturą rozkoszowali się podstarzali Francuzi i Niemcy.

Jeszcze kilka godzin – pomyślałem – a moje „hostelowe sąsiadki” wrócą po pracy do domu, wezmą prysznic i pójdą spać. Ich zagraniczni klienci oraz biali naganiacze rozpoczną zaś kolejny dzień w plażowym raju – na kacu, w krainie zabawy, narkotyków i taniego seksu.

KLIMATYCZNY HOLOCAUST

Kiedy byłem małym chłopcem zimy w moich rodzinnych Dusznikach Zdroju były srogie a śnieg, który spadał późną jesienią zwyczajowo pozostawał z nami do pierwszych dni wiosny. Jako, że urodziłem się w górskim miasteczku z ciekawością obserwowałem narciarzy radujących się widocznym z zewsząd wyciągiem na tzw. Górze Muflonowej. Po kilku latach, chodząc do szkoły podstawowej nie oglądaliśmy już miłośników białego szaleństwa, a legendarny wyciąg zamienił się w kupę złomu. Śniegu było coraz mniej i leżał coraz krócej. Wciąż jednak funkcjonował obiekt narciarski w położonej kilkaset metrów wyżej dzielnicy Podgórze. Ciepłe zimy sprawiły, że gdy uczęszczałem do szkoły średniej i ten obiekt zaczął popadać w ruinę. Nadal dumą mojego miasta był (i jest) położony nieco wyżej obiekt biathlonowy na Jamrozowej Polanie. Czas mojej pracy w instytucji organizującej tam zawody pamiętam jako okres zamartwiania się o warunki śniegowe na trasach biegowych. Problemowi zaradzić miał nowoczesny system naśnieżania, niemniej jednak także jest on zależny od temperatury powietrza. Obecnie, wraz postępującym ociepleniem klimatu coraz częściej niepokoją się również przedsiębiorcy, których być albo nie być jest zima w najwyżej położonej dzielnicy miasta będącej zarazem jednym z najbardziej znanych ośrodków narciarstwa zjazdowego w Polsce.

Zmiany klimatyczne, którym w dzisiejszych czasach zaprzeczają już tylko nieliczni szaleńcy dotykają całej planety.

Podobne do mojej historie słyszałem na Sri Lance gdzie w miejsce deszczu z nieba lał się żar oraz w Malezji gdzie zamiast potu z czoła ścierałem deszczówkę.

Już pierwszego dnia w Kambodży usłyszałem, że choć obecnie trwa pora deszczowa to nie pada i trudno jest przewidzieć pogodę na przyszły miesiąc.

Tego typu anomalia, niezależnie od tego w jakim stopniu są spowodowane niszczycielską działalnością człowieka mają bezpośredni wpływ na jego życie. O ile więc ocieplenie klimatu w Europie Środkowej, przynajmniej w swej obecnej formie, może przyczynić się do pogorszenia warunków ekonomicznych, o tyle w krajach biedy i gorąca jest w stanie wywołać klęskę głodu. Totalnie zależne od pory deszczowej rolnictwo Kambodży w wypadku braku opadów nie będzie w stanie wyżywić społeczeństwa, a wahające się około stu dolarów miesięczne wynagrodzenia są zdecydowanie niewystarczające aby importować żywność z chłodniejszych rejonów świata.

Jeżeli przyczyną zmian klimatycznych rzeczywiście jest przerost konsumpcji w krajach bogatej Północy może się okazać, że powodowani własną chciwością doprowadziliśmy do katastrofy za którą najwyższą cenę zapłacą ci, którzy już teraz konsumują najmniej. Sto dolarów pensji kambodżańskiego pracownika daje mniej więcej trzy dolary dziennie, z tych to pieniędzy musi on wyżywić rodzinę, wykształcić dzieci i wyleczyć się w wypadku choroby. Dla porównania, za trzy malutkie kawałki smażonego kurczaka (lekkie śniadanie) na lokalnym targowisku zapłaciłem dziś dwa dolary co w połączeniu z dwoma puszkami napoju wyczerpuje dzienny budżet typowego mieszkańca mojej wioski.

Przepaść pomiędzy światem biednych a bogatych jest już tak kolosalna, że ciężko sobie wyobrazić dalsze pogarszanie sytuacji.

W chwili, w której to piszę Stany Zjednoczone, Unia Europejska i Rosja wydając miliardy na zbrojenia szykują się do kolejnej zimnej wojny, Chiny napędzają wewnętrzną konsumpcję a w mojej kambodżańskiej wiosce trzeci raz w dniu dzisiejszym zabrakło energii elektrycznej.

WYŚNIONA KRAINA KORWINA

Dewiza tego kraju brzmi „Naród, Religia, Król”, 58% eksportu trafia do Stanów Zjednoczonych a podatki nie spędzają snu z niczyich powiek. W państwie tym młody monarcha zwykł się odziewać w biały, gustowny mundur a jego władza nie ogranicza się jedynie do funkcji reprezentacyjnej. Król wedle uznania odwołuje premiera, jego dekrety mają moc ustawy natomiast weto blokuje wszelkie decyzje parlamentu.
Prywatyzacja sektora państwowego odbyła się już w latach osiemdziesiątych XX wieku a większość ludności pracuje „na własną rękę”. Kwitnie drobny biznes, w co drugim domu można zakupić puszkę piwa i używany telefon komórkowy. Rolnictwo jest ekologiczne, technologia konserwatywna (czyt. pierwotna) a litr benzyny kosztuje niewiele ponad dolara. Żadne przepisy nie regulują żeglugi śródlądowej, nikt nie zapina pasów a siedmiolatek bez kasku może przewozić całą rodzinę na motorowerze. Nie ma też sanepidu, brak niepotrzebnych pozwoleń i kontroli fitosanitarnych pozytywnie wpływa na rozwój populacji myszy, szczurów i karaluchów, co w dobie kryzysu stanowi naturalną rezerwę żywnościową.
Nikt nie musi płacić składek na rentę lub emeryturę, opieka medyczna i szkolnictwo znajdują się w prywatnych rękach więc trzeba sobie na nie zarobić. W tym liberalnym raju administracja publiczna jest modelowo tania. Pensja policjanta, żołnierza czy nauczyciela waha się około 100 dolarów miesięcznie.
Dzieci wychowują się blisko domu, od najmłodszego pomagając rodzicom w pracy. Sporo z nich biega na boso przez co nie ma też problemu z wadami śródstopia. Społeczeństwo integruje się oglądając wspólnie telewizję w prywatnych klubo-kawiarenkach internetowych.
Rynek sam uregulował kwestię diety, ta oparta na ryżu z warzywami jest zdrowa i oszczędna.
Wzorem do naśladowania może być także indywidualne podejście do biznesu. W zamian za łapówkę (wolny wybór ekonomiczny) można załatwić wszystko, dzięki czemu na ulicach stolicy jeździ więcej Lexusów niż w Londynie. Jedna z najtańszych na świecie siła robocza, sprawia że opłaca się tutaj przenosić produkcję, co ma istotny wpływ na walkę z bezrobociem i sprzyja bogaceniu się jednostek przedsiębiorczych.
Wszystko, także i woda jest towarem, więc ta w kranie nadaje się jedynie do mycia motoroweru. Dzięki temu, że Khmerzy płacą za wodę w butelkach pomyślnie rozwija się kolejna gałąź przemysłu, bardzo intratna w warunkach indochińskiej duchoty.
Liberalne podejście do kwestii prostytucji jest czynnikiem wzmagającym ruch turystyczny. Pod tym względem kraj jest wyjątkowo przyjazny zagranicznym duchownym pokroju J.E Abp. Wesołowskiego oraz ks. Gila. Władze nie przejmują się też lewackimi badaniami na temat rzekomej szkodliwości palenia papierosów przez co wyroby tytoniowe są tanie i dostępne już od piętnastego roku życia. Butelka lokalnej whiskey kosztuje dolara a puszka piwa połowę tej kwoty. Rynek sam reguluje także kwestię reklamy dzięki czemu kraj jest pozbawiony idiotycznych zakazów promowania alkoholu.
Ów wymarzony przez korwinistów raj zwie się Kambodża i jest aktualnie jednym z najbiedniejszych państw świata. Wolnorynkowy „Eden” rozwija się zdecydowanie wolniej od sąsiedniego, socjalistycznego Wietnamu a oddalony o kilka godzin od Phnom Penh legendarny Sajgon prezentuje się zdecydowanie lepiej niż stolica kraju Khmerów. Kambodżę z czystym sumieniem można polecić jako cel studyjnych wyjazdów wszystkim zwolennikom „myśli ekonomicznej” Janusza Korwin-Mikke. Założę się, że większość z nich poczuje się tu jak w bajce. W bajce o niewidzialnej ręce rynku, Królewnie Śnieżce i siedmiu gołych krasnoludkach.

KULTURA ZAMROŻONA

– Czy w Europie wszyscy mają lodówki? Całkiem na serio przy kolacji zapytał nas khmerski przyjaciel.
– Tak oczywiście odparliśmy polsko-francusko-amerykańskim chórem. – Bo wiesz dobrze jest mieć lodówkę. Ona odmieni życie Twojej rodziny, żona będzie mogła trzymać jedzenie w domu, zawsze będziesz miał zimne piwo, no i zamiast płacić codziennie dwa dolary za bryłę lodu do “skrzyniochłodziarki” i napojów będziesz mógł wyprodukować własny. “Lepiej i taniej” niczym przedstawiciele handlowi licytowaliśmy się na argumenty. Zwyczajnie nie umiejąc sobie wyobrazić, że w tak biednym kraju jakim jest Kambodża ludzie wydają ponad 700 dolarów rocznie na zakup lodowych wkładów do plastykowych termolodówek. Policzyliśmy też skrupulatnie, że pieniądze te spokojnie wystarczyłyby na zakup w Phnom Penh dwóch chłodziarek a może i pokryłyby koszty związane z pobieraniem przez nie energii elektrycznej.
– Ludzie w naszym miasteczku nie mają lodówek – słyszeliśmy w odpowiedzi – naszą tradycją jest chodzenie na targowisko.
Kobiety chodzą na zakupy przed obiadem i po obiedzie aby zakupić świeże produkty na kolację. Spotykają się tam rozmawiają, śmieją. Targowisko w małej miejscowości stanowi centrum życia społecznego.
– To dobry pomysł – po namyśle odparł nasz miejscowy kolega – musimy nauczyć moich sąsiadów jak korzystać z lodówki.
Posiadanie ułatwiających życie sprzętów gospodarstwa domowego jest naturalnym pragnieniem człowieka, niezależnie od szerokości geograficznej na której mieszka. Teraz za sprawą wolontariuszy z zachodu być może przyszedł czas na lodówki. Później dołączą do nich pralki, mikrofalówki, zakupy przez internet… Czas zaoszczędzony na targowisku ustąpi miejsca zarabianiu pieniędzy potrzebnych na kupno coraz to nowych udogodnień. Prawdopodobnie pojawią się też kredyty w bankach. Proporcjonalnie do wzrostu konsumpcji zmniejszy się częstotliwość kontaktu ze znajomymi. W końcu zastąpi go „lajk” na Facebooku. Wysłany z telefonu komórkowego, w krótkiej przerwie pomiędzy zajęciami.

 

I LOVE POLAND

Zasada, że na swojej drodze lepiej nie spotykać Polaków zupełnie nie ma zastosowania w Azji. Miło jest na tłocznej ulicy Sajgonu „wpaść” na podróżujących po świecie rodaków. I nie ma tu znaczenia, że mieszkający od 34 lat w Australii przedstawiciel solidarnościowej emigracji rozmowę woli prowadzić „in English” a jego przesympatyczny syn w języku Mickiewicza rozumie jedynie „dzień dobry” i „dobranoc”. Łączy nas wspólna mentalność oraz sposób postrzegania świata. Polacy najchętniej rozmawiają przy piwie, są otwarci i tolerancyjni. Zresztą nie tylko Ci z Adelaide. Równie miło jest pogadać (niestety znów po angielsku) z mieszkającym od 25 lat w Niemczech trzydziestoletnim Marcinem oraz jego 28-letnią niemiecką partnerką. Pomimo rozmaitych miejsc zamieszkania jesteśmy podobni. Polskość z dala od Warszawy działa jak magnes i odnoszę wrażenie, że gdyby zamienić miejscami rodaków mieszkających od lat za granicą z tymi, którzy pozostali w kraju mielibyśmy nad Wisłą całkiem fantastyczne społeczeństwo.
Co więc sprawia, że u siebie, pomimo wspólnej, zrozumiałej dla wszystkich mowy nie potrafimy się dogadać? Dlaczego w Polsce jesteśmy chamowaci, zazdrośni, złorzeczący? Z jakiej racji życzymy źle sąsiadowi, uzurpujemy sobie prawo do sądzenia innych oraz z uporem wyznajemy zasadę, że to „okazja”, a nie zwykła chciwość „czyni złodzieja”?
Odpowiedź na to pytanie być może tkwi w zasypanej dziś kurzem filozofii Karola Marksa. Toć byt społeczny kształtuje świadomość społeczną, a bieda sprawia, że człowiek kradnie i zazdrości bliźniemu. Życiowe niepowodzenia powodują wewnętrzną blokadę a sukces innych, w kraju gdzie prawie nikt sukcesu nie odnosi potęguje frustrację. Złorzeczymy i osądzamy innych aby nakarmić pokaleczone ego. Cieszymy się przesadnie z nielicznych sukcesów rodzimych sportowców oraz osoby zmarłego „papieża Polaka”, jednak prawdziwie zjednoczyć potrafimy się tylko w obliczu katastrofy, gdy czujemy, że może być jeszcze gorzej.
Polskość więc stoi w sprzeczności z polactwem. Polskość rozwija się w dobrobycie a polactwo tam gdzie płaca minimalna wynosi 60 funtów tygodniowo. Warto aby zrozumiała to także rodzima klasa polityczna.

 

GORĄCO I LENIWIE

Dwa dni po przekroczeniu 32-roku życia, znalazłem w końcu miejsce odpowiednie do napisania czegokolwiek co mogłoby pretendować do bycia przeczytanym. Podobnie jak brak słońca i pochodzącej od niego energii nie sprzyja pracy twórczej w krajach pochmurnych, w krajach „pasa gorąca” przeszkodą jest jego nadmiar. W temperaturze trzydziestu paru stopni ludzie wolą wylegiwać się na hamakach, w cieniu, niż zakasać rękawy do pracy. Miejsce, które sobie obrałem znajduje się nad rzeką, której spokojny jasnobrązowy nurt leniwie popycha drewniane skorupy lokalnych rybaków. Siedząc na przyświątynnej ławeczce, w cieniu starego drzewa mam idealny wręcz punkt obserwacyjny na życie wioski Angkor Borey. Miejscowi piętnastolatkowie w szpanerskich czapeczkach z daszkiem imponują tu swoim rówieśniczkom umiejętnościami „powożenia” motoroweru zaś ich o rok, dwa lata młodsi koledzy z perspektywy kilku metrów oraz zwykłego roweru podpatrują skomplikowaną sztukę podrywu.
Jeżeli chodzi więc o pryncypia, o prawa regulujące dojrzewanie świat jest wszędzie identyczny. Niby to zdenerwowane chamstwem kolegów nastolatki ganiają ich z zaciśniętą pięścią nie mogąc powstrzymać jakże typowego w tym wieku dziewczęcego chichotu.
Kiedy miałem piętnaście lat także praktykowałem końskie zaloty, jednakże przekonany o własnej niższości za każdym razem oddawałem pola fajniejszym ode mnie kolegom. Jako nastolatek, a nawet później nigdy nie miałem motoroweru, nie byłem na dyskotece, nie umawiałem się na randki, nie posiadałem ani jednej płyty cd z muzyką ani nawet odpowiedniego dla tego typu płyt odtwarzacza. Miejsce seksualności z powodzeniem zajęła w moim życiu literatura. I to nie byle jaka. Sterty książek traktujących o cywilizacji łacińskiej oraz żywoty świętych (w tym dziewic), tomizm, święty Ignacy Loyola… Zakwitła też we mnie żywa po dziś dzień miłość do starożytnej łaciny. Bóg istnieje – wierzyłem, poszukując własnej tożsamości w narodowych legendach oraz europejskiej mitologii.
Lata minęły nim zrozumiałem, że świat jest wielowymiarowy a każdy z wymiarów wbrew odmiennej genezie oraz kulturowej różnorodności sprowadza się do tego samego. Rodzimy się, dorastamy, naśladujemy zachowania rodziców, w końcu zaczynamy w coś wierzyć, aby tę wiarę kiedyś utracić a później ponownie odzyskać. W epoce buzujących hormonów jeździmy za dziewczynami na rowerze, szarpiemy je za warkocz, buntujemy się przeciwko rodzicom i poszukujemy własnej tożsamości. Czasami odnajdujemy ją w hedonistycznych rozrywkach, czasami w książkach, filozofii, religii. Popełniamy błędy, żałujemy ich, tracimy przyjaciół i zyskujemy nowych. Każdy z naszych czynów odciska jakieś piękno na przyszłości.
Będąc w wieku otaczających mnie w tej chwili kambodżańskich podlotków nigdy nie spodziewałem się, że 32-urodziny spędzę jako nauczyciel w Indochinach. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że za 17 lat zbite z desek, pozbawione materaca łóżko dzielić będę z zaprzyjaźnionym Włochem Fabio a wodę w toalecie spuszczać garnuszkiem. Nigdy bym nie uwierzył, że najlepiej czuć się mogę w buddyjskiej pagodzie, nie zaś średniowiecznej katedrze. Wizualizowałem siebie raczej jako kogoś zamożnego, a nie pracującego za darmo idealistę po którego ścianie o poranku biega pająk wielkości ludzkiej dłoni. Nacjonalistyczna duma zbuntowanego młodzieńca nie dopuszczała myśli, że jedynie mniejszą część moich najbliższych znajomych stanowić będą Polacy. Czytając płomienne pisma „obrońców starego porządku” nie myślałem, że uzupełnione o lata podróży, osobistych doświadczeń oraz wiedzę uniwersytecką zaowocują one w formie politycznego i kulturowego marksizmu.
Zastanawiając się nad tym fenomenem dochodzę do wniosku, że zmiana punktu widzenia, zrozumienie innych, nie byłoby możliwe jeżeli świat nie opierałby się na uniwersalnych prawidłach. To co nas różni to język, kolor skóry i system bardzo powierzchownych zwyczajów. Reszty się uczyć nie trzeba. Wszędzie na świecie piętnastolatkowie chcą imponować dziewczynom, niezależnie od miejsca narodzin kochamy swoich najbliższych i ktoś w przyszłości będzie nas musiał pochować. To co nas dzieli to „nadbudowa”, nieistotne różnice na których od dziecka usiłujemy zbudować własną tożsamość.

MATKA SABAKA

Właśnie oglądałem z khmerskim kolegą lokalne disco gdy podeszła do mnie moja ruda miłość. Zapchlona kundlica Sabaka. Wychudzona, kulejąca na lewą tylną łapę, z wiszącymi dojami i powycieranym futrem. Mimo wszystko zawsze jakaś taka radosna, merda koślawie zawiniętym ogonem. Psina, matka karmiąca, za swoją dzietność powinna zostać odznaczona Narodowym Orderem Matki Kambodży, o ile taka nagroda istnieje. Wtuliła się w moją nogę prosząc ślipiami jedzenia. Wiem, że podstawa jej diety, odpady z codziennego wyżywienia naszej szkoły, to stanowczo za mało przy karmieniu młodych. Najchętniej udałbym się na targowisko aby ją porządnie podkarmić chabaniną. Z drugiej zaś strony nie za bardzo mogę. Wiem jak mało mięsa przyswajają moi khmerscy przyjaciele.

HELLO MY FRIEND

„Stary, a głupi” pomyślałem o sobie płacąc podwójną (zamiast poczwórnej) cenę wietnamskiemu rikszarzowi. Przecież znakomicie wiem, że jeżeli ktoś cię nachalnie zaczepia na ulicy, krzycząc „hello my friend” przyjacielem raczej nie jest. Zasadna numer jeden – cenę ustal zawsze z góry – ustaliłem, zasada numer dwa – nigdy nie wpisuj się do zeszytu rekomendacji zanim zapłacisz wcześniej wynegocjowaną kwotę – nic nie wpisałem. I cóż z tego… gdy przyszło do płacenia mój „przyjaciel” wyciągnął cennik, z którego wynika, że dogadana kwota co prawda obwiązuje – jednak za pojedynczy kurs, a on mnie obwoził po atrakcjach Sajgonu przez ponad godzinę. Na podparcie swoich słów i tego, że to ja źle zrozumiałem wyciągnął wypełniony po brzegi zeszyt rekomendacji a w nim wpis zadowolonych Niemców, według których kwota (poczwórna) jest bardzo uczciwa i w pełni „enjoy” wracają do Berlina.
Biorąc pod uwagę naprawdę niezłą jakość usługi (ekstremalna jazda pod prąd, na czerwonym świetle i wszędzie gdzie chciałem) – zapłaciłem. Pierwsze koty za płoty, miasto z grubsza poznane, czas przesiąść się na nogi – własne, nie rikszarza.
W pełni zadowoleni są także zachodni, obleśni turyści masowo korzystający z uroków ulicznej prostytucji oraz europejska młodzież, która wszelkie dragi może kupić łatwiej i taniej niż na ulicach Amsterdamu.
Nie mnie oceniać, ile jest wart seks z zakażoną wirusem hiv prostytutką oraz czy warto zamiast kokainy kupić miks heroiny i Bóg wie czego jeszcze. Każdy czyn powoduje jakieś następstwo. Pierwsza lekcja buddyzmu w praktyce, karma dla opornych.
W Ho Chi Minh City każdy znajdzie coś dla siebie. Paleta barw i kontrastów. Bieda, skrajna bieda oraz bogactwo. Korporacyjne lalunie, żebracy, tanie piwo i… drogie piwo. Zachodnia popkultura przeplatająca się z lokalnym kolorytem. Barberowski „dżihad kontra McŚwiat.

Sajgon jest jak wszechobecny dzisiaj Internet, jeżeli się tutaj znajdziesz, za pomocą jednego kliknięcia dostaniesz to czego szukasz. Wystarczy wyjść na ulicę, udać się pod odpowiedni adres, odpowiedzieć na zaproszenie bądź po prostu zapytać.

ZMORA NARODOWA

Mój spokojny sen dzisiejszej nocy zaburzyła zmora narodowa. Ot władzę w Polsce przejęła wyczekiwana przez coraz to większą część rodaków skrajna prawica. Prawdziwi patrioci, podobnie jak kambodżańscy Czerwoni Khmerzy, zaczęli wprowadzać w ojczyźnie nowe porządki. Sprzątanie zwyczajowo polega na usuwaniu śmieci, w tym wypadku w rolę śmiecia wcieliłem się ja. Jako, że bycie śmieciem w narodowej Polsce znakomicie pasuje do mojego życiorysu „zdrajcy” sen wydawał się być nader realistyczny. Z powodzeniem uciekałem przez nowoczesną Warszawę a w ślad za mną podążały oddziały dowodzone przez najgorsze znane mi osobiście bogoojczyźniane szumowiny. Największym zmartwieniem, nie było wcale jak dać nogę zmanipulowanym nieukom, lecz to co się dzieje z moją rodziną. Zastanawiałem się czy ze swojej miłości do narodu są oni w stanie „odwiedzić” dom mojej mamy. I jeżeli tak, to jak daleko się posuną.
Koszmar zapewne nie zrobiłby na mnie większego wrażenia, gdyby nie fakt, że miałem w życiu okazję (a jestem całkiem młody) już kilkukrotnie i na własne oczy obserwować co znaczy konflikt domowy w praktyce. Każda władza, prawicowa, lewicowa, demokratyczna, rewolucyjna, religijna czy też ludowa, która w jakikolwiek sposób usprawiedliwia używanie przemocy jest zbrodnicza. Każdy, kto choćby w myślach dopuszcza wysłanie na ulicę armii w celu zaprowadzenia jakiegokolwiek „nowego porządku”, w warunkach wojny może okazać się zbrodniarzem.
Jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzyłem w możliwość wybuchu wojny domowej na Ukrainie. Bo i dlaczego jacykolwiek młodzi ludzie mieliby pozbawiać się nawzajem życia? Czy nie lepiej wspólnie wyjść na piwo, zapalić dżointa lub pogadać o dziewczynach? Krytykowałem reżim Janukowycza za wysyłanie berkutu przeciwko protestującym „majdanowcom”. Teraz z niedowierzaniem przeglądam zdjęcia z okolic Doniecka, gdzie oblepieni neonazistowskimi emblematami ochotnicy ostrzeliwują tereny zamieszkiwane przez ludność cywilną. Giną dzieci, giną piękne dziewczyny, giną starcy, społeczeństwo nieodwracalnie dzieli się na części. Do wybuchu wojny wystarczy więc aby dwie odmienne grupy ludzi uwierzyły w dwie odmienne propagandy. I nic więcej.
W Kambodży, gdzie aktualnie mieszkam, nie tak dawno temu, w imię lepszej przyszłości pozbyto się kilkudziesięciu procent „wrogów ludu”. W efekcie po dziś dzień kraj nie potrafi stanąć na nogi a współczesne maluchy cierpią za błędy swoich dziadków.
Pokolenie pokoju nie wie czym jest wojna i zawsze jest bardziej skłonne do siłowego rozwiązywania konfliktów. Zwłaszcza gdy coś idzie nie po jego myśli. Obecni Europejczycy są najbardziej bezrefleksyjną generacją od czasów II Wojny Światowej. Jeszcze nigdy, budowana przez ludzi boleśnie pamiętających zbrodnie na naszym kontynencie, idea wspólnej Europy nie miała tak wielu przeciwników. Roszczeniowi i niezadowoleni z pogarszającego się bytu młodzi Anglicy, Francuzi czy Grecy nie chcą u siebie imigrantów, których populiści obarczają winą za wszelkie nieszczęścia. Nie chcą być częścią wspólnoty a swój głos oddają na wszelkiej maści ksenofobów. Nie rozumieją, że pokój nikomu nie jest dany na zawsze, że łatwo go stracić i nie potrafią nawet wyobrazić sobie kilkugodzinnego postoju na przejściu granicznym, nie mówiąc już o ordynarnej kontroli, niemożności wyboru kraju zamieszkania czy przymusowej służbie wojskowej.
Pomimo pojawiających się masowo na facebook’owych profilach polskiej młodzieży postów gloryfikujących Nową Prawicę oraz Ruch Narodowy, nie wszystko jest jeszcze stracone. Przynajmniej w teorii wciąż trwają idee wielkich założycieli Unii Europejskiej, wizjonerów przyjaźni pomiędzy narodami. To jest ostatni dzwonek. Przemijająca szansa by edukować społeczeństwo i uzmysławiać mu do jakiego zła mogą doprowadzić mrzonki ksenofobicznych demagogów. W obliczu narastającego napięcia na arenie międzynarodowej przetrwanie Wspólnoty oraz coraz to głębsza jej integracja staje się obowiązkiem oraz odpowiedzialnością naszego pokolenia. W przeciwnym razie spełnią się narodowe koszmary a własnym wnukom zgotujemy los, którego nie życzyli nam nasi dziadkowie.

NĘDZNICY

Niewolnik za swoją pracę zwyczajowo otrzymywał tyle jedzenia ile było mu potrzebne aby przeżyć. Nie miał szans na poczynienie oszczędności i zakup czegoś wartościowego a jego pan czasami obdarowywał go używanymi sprzętami z własnego domostwa.
Niewolnikiem można było zostać np. w wyniku wojny bądź się nim urodzić, będąc całe życie przywiązanym do jednego miejsca i warunków mieszkaniowych, które urągały godności ludzi wolnych. Ci, świadomi, że ich gospodarka opiera się na taniej, niewolniczej sile roboczej nie dostrzegali w nierównościach nic specjalnie złego, przecież „świata i tak nie zmienimy”. Niewolnice były pożądane, zwłaszcza jako łatwy do zdobycia obiekt seksualny. Bunty zniewolonych, którzy domagali się lepszego traktowania zwyczajowo nie odnosiły skutku i tłumiono je z użyciem siły.
Niektórzy z niewolników, wyżsi rangą bądź pracujący dla lepszego pana, żyli na dobrym poziomie a nawet przyjaźnili się z ludźmi wolnymi, nikt więc specjalnie nie dostrzegał krzywdy masy anonimowych biednych.
Kupując eleganckie stroje obywatele wolnego świata niespecjalnie zastanawiali się kto zbierał bawełnę, bo przemiły sprzedawca dostawał za nie uczciwą cenę.
Z niewolnictwa można było się wykupić bądź w uznaniu zasług zostać uwolnionym, stać się obywatelem.
Pracownicy we współczesnych azjatyckich fabrykach otrzymują pensje niejednokrotnie nie przekraczające nawet stu dolarów miesięcznie. Prawie sześćdziesiąt procent eksportu Kambodży trafia na rynek amerykański, reszta zaś do krajów Unii Europejskiej oraz Chin. Miesięcznie pobory robotnika wystarczają mu zaledwie na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Może on zapomnieć o odłożeniu jakiejkolwiek kwoty na przyszłość, a poważniejsze zakupy finansuje z kredytów branych pod zastaw całego „majątku”. Powodzeniem wśród ubogich cieszą się używane dobra z krajów Północy, takie jak telefony komórkowe, telewizory czy sprzęty gospodarstwa domowego. Czasami przyjeżdżają one z zachodnimi wojskami, które niosą pomoc, demokrację i wolny rynek. Ktoś kto urodził się w Kambodży raczej całe swoje życie spędzi w rodzinnej wiosce, o zagranicznych wakacjach czy przeprowadzeniu się w bogatsze rejony świata może tylko pomarzyć. Warunki mieszkaniowe oraz sanitarne urągają ludzkiej godności a pragnieniem miejscowych jest nawet zdatna do picia woda w kranie.
Świadoma ubóstwa na obrzeżach globalizacji cywilizacja bogatych traktuje je jako coś naturalnego z czym trzeba się pogodzić. Przecież tak funkcjonuje cała gospodarka. Dysproporcje nie przeszkadzają zwłaszcza odwiedzającym kraje Trzeciego Świata miłośnikom turystyki seksualnej gdzie za niewielkie pieniądze mogą przyprowadzić sobie do pokoju nastoletnią prostytutkę. Wszędzie tam gdzie dochodzi do protestów bardzo szybko reagują lokalne władze, a jeżeli nie są wystarczająco skuteczne zawsze mogą liczyć na bratnią pomoc ze strony armii zainteresowanych utrzymaniem porządku krajów zachodu. Lokalne elity zwyczajowo żyją w znakomitej komitywie z obcokrajowcami, niejednokrotnie zdarza się, że ich osobiste majątki przewyższają stan posiadania europejskich bądź amerykańskich kontrahentów. Wielu azjatyckich bogaczy dzięki swoim dolarom stało się obywatelami imperiów Północy. Oni się wykupili, uzyskując dla siebie i swoich najbliższych paszporty do lepszego świata.
Importujący tanie, wyprodukowane w Azji dobra Europejczycy nie zastanawiają się nad warunkami pracy i płacy ludzi, którzy je wytwarzają. Większe zmartwienie stanowi jakość towarów niż jakość życia produkującego je robotnika. Przecież za zakupy płacimy uczciwie zarobionymi pieniędzmi, a sami świata nie zbawimy. Prawa człowieka, które podobno stanowią podstawę naszej cywilizacji nie przeszkadzają w usprawiedliwianiu nierówności ekonomicznych pomiędzy światem biednych a bogatych. W całym swoim humanizmie jesteśmy pozbawieni wyrzutów sumienia, które zagłuszamy „regułami rynku”. Jest to łatwe, gdyż współcześnie nie musimy oglądać pracujących dla nas niewolników. Oni żyją gdzieś daleko, w krajach, których z racji na warunki sanitarne nie zwykliśmy nawet odwiedzać.

 

GŁÓD POSIADANIA

Przysiadający się do mnie co kilka minut ludzie są sympatyczni. Z zainteresowaniem spoglądają na zajmującego przyświątynną ławeczkę brodatego białasa. Ciekawość wzbudza mój laptop, aparat fotograficzny a nawet puszka Coca-Coli, która nie jest ulubionym napojem Khmerów.
Życie lokalnej ludności toczy się wokół rodziny, połowu ryb oraz rozsianych po wszystkich uliczkach przydomowych sklepików z napojami oraz garstką używanych telefonów komórkowych.
Tutaj każdy sprzedaje to samo i nawet asortyment oferowanych na sporym targowisku produktów ogranicza się do maksymalnie kilkudziesięciu pozycji.
Podaż regulowana jest przez popyt, a ten stale ogranicza mała liczba gotówki przez co gospodarka kraju trwa w martwym punkcie. Pomimo odczuwalnego głodu nowych technologii chciwość nie wydaje się być czynnikiem który napędza rynek. Niezależnie od biedy oraz sporej liczby ubogich przewijających się przez nasze nauczycielskie „komnaty” nikomu nic nie ginie.
Nie zdziwiłem się specjalnie, kiedy kilka miesięcy temu ktoś ukradł mojemu przyjacielowi rower z przydomowego podwórka w angielskim mieście Long Eaton. A przecież używany rower w bogatym Zjednoczonym Królestwie znaczy zdecydowanie mniej niż sterta przez nikogo nie pilnowanej elektroniki w ubogiej Kambodży.
Jesteśmy tutaj aby uczyć, otwierać nowemu pokoleniu oczy na świat. Siedząc w cieniu starego drzewa, w otoczeniu miejscowej ludności zaczynam rozumieć jak trudne stoi przed nami zadanie. Na jaki świat i w jaki sposób otwierać oczy azjatyckim maluchom, tak aby jednocześnie nie wpoić im zachodnioeuropejskiego materializmu. Każdy z nas przekraczając granicę Kambodży, niczym europejski kolonizator przywlókł ze sobą chorobę, która w praktyce może zabić społeczeństwo. Egoizm posunięty do granic możliwości zaowocował w Krajach Północy wszelkimi wynaturzeniami kapitalizmu a w ich efekcie kryzysem ekonomicznym. Nie da się zliczyć okropności popełnianych w naszych ojczyznach jedynie z żądzy posiadania. To co według klasyków ekonomii miało być motorem rozwoju gospodarki okazało się zabójcą wspólnoty. Paradoksalnie im więcej potrzeb niższego rzędu sobie uzmysłowimy, tym mniej jesteśmy szczęśliwi a ich stopniowe zaspokajanie jedynie napędza niekończącą się spiralę głodu posiadania.
Ludzie w Kambodży, których podstawę diety stanowi ryż i warzywa wydają się być bardziej najedzeni od Europejczyka, który pół wczorajszego wieczoru spędził na bezowocnym poszukiwaniu smażonej kury. Gdy ją znalazłem, usłyszałem, że nie jest na sprzedaż w całości bo lepiej rozsprzedać ją w częściach tak aby jako dodatek do ryżu napełniła więcej żołądków.
Pomoc krajom Trzeciego Świata pojmowana jako ślepe przeszczepianie wzorców z Unii Europejskiej lub Stanów Zjednoczonych Ameryki wydaje się być nowoczesną formą kolonializmu. Ot my biali, bogaci i samolubni będziemy Was uczyć jak zostać jednym z nas. Nauczymy was jak pragnąć naszego stylu życia i jak kupować nasze produkty. A jak już ich zapragniecie zrobicie wszytko dla ich posiadania. Będziecie kraść, oszukiwać i zazdrościć. Staniecie się częścią naszego świata – sytego świata szczęśliwych ludzi, gdzie rynek zastąpi wspólnotę, supermarket pagodę, a kino domowe tradycyjną rodzinę.

PODARUNEK SERCA

Dzieci w Kambodży nie płaczą, nigdy nie grymaszą przy jedzeniu a gdy dostaną jakąkolwiek drobnostkę zawsze wyrażają wdzięczność. Daleko im od rozkrzyczanych, otyłych rówieśników z Europy, którzy robią rodzicom awanturę w restauracji, w której zamiast frytek na talerzu znalazły się smażone ziemniaczki.
– Nauczycielu, nauczycielu, czy mogę dostać więcej prażonych bananów – zapytała nieśmiało jedna z młodszych uczennic naszej szkoły. – Naturalnie, bierz ile chcesz – odparłem – Dziękuję, dziękuję bardzo – powiedziała z uśmiechem.
Po dwóch godzinach ta sama dziewczynka stanęła przede mną z kilkoma chińskimi czekoladkami w ręce. – To dla ciebie nauczycielu.
Jeden z moich kolegów został w ten sposób obdarowany puszką Coca-Coli, a jeszcze inny słodkim ryżem, którego odmówił sobie któryś z uczniów. W takich sytuacjach naturalnie protestujemy, lecz dzieci nie znają sprzeciwu. Darów serca się nie odmawia.
– Pieniądze nie są w życiu najważniejsze – tłumaczyłem po lekcjach jednemu z uczniów starszej klasy, który zapytał mnie dlaczego pracuję za darmo. – Dla mnie są – odparł – nie po to aby kupić samochód, lecz żeby się wykształcić – przyznałem mu rację. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Prowadząc zajęcia lubię robić uczniom pięciominutowe przerwy, wierzę że dzięki krótkiemu przewietrzeniu umysłu wiadomości utrwalają się lepiej. Mojego zdania nie podziela dwóch żaków, których chęć nauki jest tak duża, że zamiast biec z kumplami do sali komputerowej wolą ten czas poświęcić na utrwalanie angielskiego słownictwa.
Co zatem sprawia, że kambodżańskie dzieci tak bardzo różnią się od swoich rówieśników w Krajach Północy? Pierwszym nasuwającym się na myśl czynnikiem jest euroatlantycki dobrobyt. Byłoby to zresztą zgodne z marksistowską teorią na temat warunków bytowych, które bezpośrednio kształtują świadomość jednostki czy też całego społeczeństwa. Świadomość możliwości wyboru pomiędzy dobrami wywołuje więc frustrację spowodowaną dostaniem przez dziecko gorszego bądź mniej lubianego posiłku, zabawki czy też ubrania. Dzieci ubogie, których wybór jest nieporównywalnie mniejszy wyrażają wdzięczność z powodu drobniejszych podarunków. Drobniejszych z naszej perspektywy. Ta w rzeczy samej niewiele różni się od punktu widzenia małego, nieznośnego grubasa, który w przyszłości wyrośnie na kogoś podobnego na przykład do mnie.
Nie tłumaczy to jednak w wystarczająco jasny sposób dlaczego młodzież w krajach Trzeciego Świata ma większe parcie na edukację od rówieśników z Europy, gdzie dostęp do szkolnictwa jest łatwy, a świadomość potrzeby zdobycia wykształcenia w celu znalezienia lepszej pracy wydaje się być raczej oczywista i powszechna. Przez stulecia to właśnie przedstawiciele wyższych warstw społecznych lgnęli do oświaty a niedoceniany obecnie zawód nauczyciela wiązał się z prestiżem w środowisku. Tradycyjnie edukacja wydaje się więc być domeną bogatych, nie biednych.
Analizując historię zmiany podejścia do nauki dochodzę do wniosku, że w państwach bogatego Zachodu rozpoczęła się ona około roku 1968 a w Europie Środkowej po upadku muru berlińskiego. Tym co różnicuje kraje, w których młode pokolenie ma szacunek do wykształcenia wydaje się być podejście do kwestii autorytetów w ogóle. Wszędzie tam, gdzie zostały one zastąpione przez kuglarzy zwanych współcześnie idolami, kultura dobrej zabawy zastąpiła ślęczenie nad książkami.
Jeżeli powyższa diagnoza jest choć częściowo trafna warto zastanowić się nad perspektywą wyjścia z sytuacji, w której nasza cywilizacja nie tylko spowalnia tempo własnego rozwoju ale wręcz zaczyna się cofać do czasów kiedy realną wiedzę posiadało jedynie kilka procent społeczeństwa. Idąc tym tropem dojdziemy do wniosku, że źródłem wszelkiego nieszczęścia zarówno po stronie produkujących dla nas tanie dobra, nieuczciwie opłacanych obywateli państw rozwijających się jak i naszego leniwego łakomstwa są pośrednicy pomiędzy światem biednych a bogatych. Wbrew pozorom nie są oni wcale trudni do zlokalizowania. Wystarczy uważnie poczytać etykiety na produktach promowanych przez krzykliwe gwiazdy współczesnej popkultury.

 

STOLYCA

Gdy pierwszy raz przybyłem do Phnom Penh, miasto zrobiło na mnie całkiem średnie wrażenie. Z lekka przypominało Sajgon, lecz ruch na ulicach jest jakby troszkę mniejszy za to większy bałagan.
Irytowała mnie niemożność znalezienia ulubionego jedzenia, a nade wszystko gorączka i choroba, które przywlokłem ze sobą z Wietnamu.
Prawdziwe Phnom Penh, poznałem dopiero po miesiącu, kiedy pojawiła się okazja aby spędzić więcej czasu w stolicy. Wielkomiejskie życie toczy się tutaj w innym niż w pozostałych znanych mi metropoliach tempie. W oczy rzuca się niewielka liczba pieszych za to spora motorowerów i…. terenowych Lexusów. Bieda kontrastująca z bogactwem, bezdomność w cieniu szklanych domów wielkich korporacji. Liczne rozpoczynające się właśnie inwestycje połączone z młodym, ambitnym i głodnym wykształcenia pokoleniem sprawiają wrażenie przyczajonego do skoku tygrysa. Mechanizm państwowy, praktycznie nie funkcjonujący na prowincji, w stolicy ma się nie najgorzej. Popularne, oblegane przez tuktuk driverów i hellomyfriendów, atrakcje turystyczne przyciągają licznych „westuchów”, którzy głodni egzotyki przywożą do kraju jakże potrzebny tutaj kapitał. Obok tradycyjnych restauracyjek i licznych straganów z „dziwnym” dla Europejczyka jedzeniem bez problemu można znaleźć lokale serwujące włoską pizzę, amerykańskie bbq czy też znane na całym świecie sieciówki.
Należące w większości do chińskiego kapitału supermarkety oferują wszystko co można znaleźć w Wielkiej Brytanii, niestety dosyć drogo. Tanie i niezłej jakości są za to podróbki ubrań czy zegarków znanych światowych marek.
Chińczycy, których wycieczki masowo odwiedzają Kambodżę czują się tutaj świetnie i swoim zachowaniem do złudzenia przypominają grupy amerykańskich turystów w Europie. Wielu z nich inwestuje pieniądze wybierając Phnom Penh jako miejsce swojego zamieszkania. W stolicy spotkać można także liczną euro-amerykańską diasporę, powszechnie chwali sobie ona warunki bytowe i nade wszystko przyjazne nastawienie lokalnej ludności. – Jeżeli lubisz pić i palić to ten kraj jest dla Ciebie – zachwalał swoją decyzję o przeprowadzce z Kalifornii emerytowany amerykański wojskowy. I rzeczywiście bardzo smaczne piwo, papierosy oraz marihuanę można kupić w cenach niespotykanych w krajach bogatej Północy. Spokojne życie przyciąga także ludzi kultury, artystów i pisarzy poszukujących twórczej inspiracji. Najpopularniejszy wśród turystów nadrzeczny bulwar i jego okolice tętnią życiem klubów nocnych oraz nastawionych na obcokrajowców restauracji. Niemniej jednak prostytucja, z której słynie stolica jest znacznie słabiej widoczna niż w sąsiednim Wietnamie a przypadki pedofilii są tępione przez organizacje międzynarodowe oraz zagranicznych właścicieli bazy noclegowej.
Phnom Penh rozwija się szybko i z każdym rokiem przybywa klientów irlandzkiego pubu, których lwią część stanowią stali bywalcy – imigranci z krajów zachodu. Większość z nich swoją przygodę w jednym z najbiedniejszych państw świata rozpoczęło od wolontariackiej pracy w roli nauczyciela a później… pokochało to miejsce i postanowiło tu zostać.
O tym, że edukacja stanowi sporą wartość może świadczyć choćby spora liczba nowych szkół, uczących angielskiego i innych przedmiotów w tym właśnie języku. Wykształcone, młode pokolenie w niedalekiej przyszłości będzie fundamentem nowoczesnego państwa, które wciąż nie może się otrząsnąć po tragedii niedawnego holocaustu dokonanego podczas trwania zbrodniczych rządów Czerwonych Khmerów.
– Teraz jest najlepszy moment na inwestycje – pouczał mnie francuski restaurator. Aktualnie sprzedaje on swój lokal w Alpach aby otworzyć nowy, w Kambodży. Potwierdzeniem jego słów mogą być licznie pojawiające się w prasie oferty pracy. Niejednokrotnie ciekawsze i lepiej płatne niż te, które można znaleźć w pogrążonej kryzysem Europie.
Współczesna Azja bardzo odbiega od powszechnie panujących stereotypów. Nie zmienia to faktu, że ogromne obszary przerażającej wręcz biedy wymagają zdecydowanej reakcji państw bogatej Północy. Do Kambodży przede wszystkim przyjeżdża się pomagać i odnoszę wrażenie, że jest tego świadoma zdecydowana większość mieszkających tu Europejczyków. Okazaną pomoc khmerska społeczność wynagradza po stokroć, wywołując dziwne uczucie, że to raczej my powinniśmy być wdzięczni za możliwość życia w tak przyjaznym otoczeniu.

 

WITAJ SZKOŁO

W szkole, w której pracuję nie ma przemocy. Dzieci na lekcje przychodzą wcześniej, wychodzą później i nikt ich do tego nie zmusza. „Wstawaj nauczycielu” krzyczą od białego rana pod drzwiami pedagogów. Ci nie odganiają ich kijem, nie narzekają zarobki. Uczniowie są uśmiechnięci i wiedzę pochłaniają ochoczo, belfrów traktując raczej jako przyjaciół a nie katów. Lekcje w tej szkole odbywają się po angielsku a sala komputerowa w przerwach między zajęciami służy dziecięcej rozrywce. Nikt nie obraża się na odwiedzające szkołę zwierzęta.
Grono pedagogiczne spotyka się wieczorami a decyzje podejmuje demokratycznie, bez złości i wzajemnych przepychanek.
Czy jest to zatem prywatna placówka, w której uczą się dzieci elit biznesu i urzędników? W żadnym wypadku. Piszę o wiejskiej szkółce w Kambodży, niedaleko granicy z Wietnamem, gdzie brakuje praktycznie wszystkiego. Edukacja jest tutaj skarbem, którym z dziećmi dzielą się lokalni nauczyciele oraz wolontariusze z całego świata. Nikt od nikogo nic nie wymaga, bo każdy wie, że o skarby trzeba zabiegać. Ten model szkoły, uśmiechniętej, przyjaznej i bez przemocy nie sprawdza się jednak w Europie. Tam półki ze „skarbami” uginają się od tandety, a wiedza i mądrość zostały wciśnięte gdzieś pomiędzy cięcia w państwowym budżecie a najnowszy model iPhona.

 

NASZA BIEDA

Piękny, gładki asfalt kończy się w momencie przekroczenia granicy Rzeczypospolitej. Tutaj też zaczyna się nasza polska bieda – odrażająca i tandetna niczym dziurawa szosa po lechickiej stronie „hranicy”.

Olešnice v Orlických Horách. Mała przygraniczna mieścina gdzieś na północy Republiki Czeskiej. Na okalających Olešnice pięknie przygotowanych trasach rowerowych w lecie spotkamy poszukujących ciszy i sudeckich widoków turystów, miejscowe rodziny oraz najliczniejszą chyba grupę górskich łazików – dysponujących czasem, wysportowanych czeskich emerytów. Zimą ci sami ludzie z pasją drepczą tędy na „bieżkach”. Autochtonom opłaca się prowadzić małe knajpki, gdzie za niewielkie pieniądze zamoczymy spragnione usta w złotym piwie lub tutejszym przysmaku – kofoli.

W jesienną, słoneczną sobotę miejsca w rozsianych po zabytkowym ryneczku knajpkach są zajęte. Tutaj spotykają się mieszkańcy – ot taka świecka tradycja. Nikt jej nie krytykuje, nikt nie chce burzyć, nikomu ona nie przeszkadza. Dzwon zabytkowego kościoła wyznacza południe, pora na knedliki bądź smažený sýr z frytkami. Czas w tym miejscu płynie jakby wolniej a przynajmniej inaczej niż 5 kilometrów dalej w również przygranicznym Lewinie Kłodzkim. Do położonej na południu Polski, niewielkiej mieściny z Czech dojedziemy wąska asfaltową drogą. Dziś już nie są potrzebne tablice graniczne, zbyteczne stały się szlabany. Mieszkańców obydwu miejscowości dzieli jednak praktycznie wszystko.

Piękny, gładki asfalt kończy się w momencie przekroczenia granicy Rzeczypospolitej.

Tutaj też zaczyna się nasza polska bieda – odrażająca i tandetna niczym dziurawa szosa po lechickiej stronie „hranicy”. Niekoszone trawniki, rozpadające się chałupy, koń ciągnący na wozie bańki ze zlewkami. Jadąc rowerem mijam miejscowe emerytki. Niezadbane, zapuszczone. Spod dwudziestoletnich, kwiaciastych sukienek wystają grube, sine od żylaków nogi, dodatkowo opięte starymi pończochami. Taszczą ze sklepu torby pełne zakupów. Chleb, margaryna, najtańsza kiełbasa, jakiś kawałek mięsa. Sobotni obiad dla męża i wnuków. Na ich twarzach maluje się złość – tyko na co? Złość na byt, który zafundowała im ukochana ojczyzna. Im, ich dzieciom i teraz także wnukom – o ile te jeszcze nie wyjechały „na zachód” w poszukiwaniu normalności.

Podobnie jak w Czechach, mały lewiński ryneczek jest miejscem spotkań tutejszej ludności. Na próżno jednak szukać klimatycznych, sudeckich knajpek. Miejscowi w sobotni poranek topią swoją biedę w butelkach taniego wina.

Jedynym odremontowanym gmachem jest kościół, za to nad rynkiem króluje spalona pod koniec ubiegłego wieku ruina kamienicy dawnego ratusza. Unia Europejska w naszym, swojskim wydaniu.

Kilkaset metrów dalej piękne samochody oraz wypełnione towarem tiry mkną krajową ósemka w stronę czeskiej Pragi. Tym co przejeżdżający zapamiętają z Lewina Kłodzkiego jest rozciągający się nad szosą, monumentalny poniemiecki wiadukt kolejowy oraz smród z przestarzałej, niespełniającej jakichkolwiek norm oczyszczalni ścieków.

Nie sposób zrozumieć skąd bierze się ów bolesny kontrast pomiędzy dwoma przygranicznymi miejscowościami. Pod względem geograficznym, demograficznym a nawet architektonicznym są one prawie identyczne. Być może rozwiązanie zagadki znajdziemy kilkaset kilometrów dalej w Warszawie, gdzie przy ulicy nomen omen Wiejskiej „ojce narodu” rozdzielają pieniądze. Na daleką prowincję trafiają jedynie ochłapy z pańskiego stołu szumnie zwane „subwencją wyrównawczą”. Tylko co tu wyrównywać? Przecież to my Dolnoślązacy wypracowujemy lwią część tzw. produktu narodowego i to niestety nam przyszło wyrównywać to co w innych województwach roztrwonili politycy.

Tylko nie protestuj!

Rodzina z trójką dzieci czeka na wykonanie sądowego wyroku eksmisji. Przez trzy ostatnie lata zalegali z czynszem za mieszkanie komunalne.

Nie płacili, nawet nie dlatego, że zarządcy jest obojętny grzyb, który zżera mury oraz ściekająca po ścianie pokoju woda z rozpadającego się balkonu sąsiadów. Zalegają z płatnościami nie z powodu olewatorskiego stosunku do opłat. Nie chleją jaboli czekając aż manna spadnie z nieba na udeptane, zaplute i obrobione przez psy przydomowe podwórko.
Wbrew medialnym opiniom ładnie uczesanych, uśmiechniętych ludzi sukcesu, nie płacą czynszu bo… są zwyczajnie biedni. Są biedni pomimo, że mają fach w rękach a jedno z nich pracuje, drugie od czterech lat szuka roboty. Wcale nie trwonią pieniędzy lecz z trudem próbują wiązać koniec z końcem. Noga podwinęła się gdy uśmiechnięty, młody sprzedawca wcisnął i im kredyt na komputer. Sprzęt kupili, bo dzieci się uczą i tak bardzo go pragną. Dlaczego miałyby być gorsze od rówieśników? Później przyszła utrata pracy, podwyżka czynszu, podręczniki dla dzieci. Sąd, wyrok, czekanie na eksmisję.
W mediach nie ma miejsca dla biednych, bezdomnych, bezrobotnych. Seriale telewizyjne głoszą Polakom prorocze przesłanie: „jesteście europejczykami, jesteście bogaci!”. Prawdziwa Polska rodzina jest uśmiechnięta i jeździ nowym volkswagenem.
Wszyscy wydają się wręcz fanatycznie pomijać wstydliwą kwestię, którą jest niewiele przekraczająca 200 euro płaca minimalna oraz jeszcze niższe zasiłki dla bezrobotnych. A prawo do zasiłku mają tylko nieliczni – szczęściarze, lepsi w hierarchii.
W Polsce z opieki społecznej nie korzystają jedynie najbiedniejsi przedstawiciele marginesu społecznego. W kolejkach po kilkudziesięciozłotowe ochłapy ustawiają się zwykli obywatele – ojcowie rodzin, matki, emeryci, renciści.
Wchodzące na rynek pracy młode pokolenie ludzi urodzonych po transformacji ustrojowej nie wie czym jest protest. Jawi się on im jako coś odległego, co miało sens dawno temu gdy ich rodzice i dziadkowie musieli obalać „złą, zbrodniczą komunę”. System, w którym „wszystkim się wszystko należało, była bieda i każdy się opieprzał”.
Młodzież z wpojonym przez media optymizmem patrzy na świat. „Jeżeli nie znajdę roboty w Polsce, wyjadę na zachód”. „Polityka mnie nie interesuje. A strajk? Jaki strajk? A co jak firma zbankrutuje?”. Większość z nich zostanie w kraju i podejmie robotę za 1200 zł. Zanim to jednak nastąpi najpierw przejdą przez czyściec zwany „wiecznym stażowaniem”. W końcu każdy pracodawca woli mieć pracownika za którego mu zapłaci podatnik.
Świeżo upieczony pracownik nie wstąpi do związku zawodowego. „Walkę o swoje” pojmuje raczej jako kopanie dołków pod kolegami z firmy niż jako protest przeciwko pracodawcy. W końcu „trzeba być kreatywnym i asertywnym”. Tak przynajmniej mówili w RMFie oraz podczas zajęć na zaocznym licencjacie w prywatnej uczelni.
Za kilka lat, gdy już się usamodzielni i z żoną oraz dzieckiem zamieszka u rodziców, zacznie dostrzegać jak bardzo został oszukany. Gdy po śmierci matki stanie się w końcu głową domu, szczęśliwym ojcem rodziny, głównym najemcą mieszkania, weźmie kredyt na komputer dla syna. Później straci pracę, przyjdzie podwyżka czynszu, po niej komornik, a on z załamanymi rękami będzie czekał na wykonanie wyroku eksmisji.

 

Rasizm w wersji „pig”

Kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta RP nazwał durniami ofiary reżimu Pol Polta

Obalony przez wietnamską armię oraz kambodżańską opozycję quasikomunistyczny dyktator Pol Pot pośmiertnie i zupełnie nieoczekiwanie odnalazł w Polsce godnego sojusznika. Twardziel na trudne czasy, ochroniarz bez wykształcenia, kandydat Ruchu Narodowego na Prezydenta RP Marian Kowalski, w swoim medialnym wystąpieniu oznajmił zwolennikom, że ofiary krwawego reżimu były durniami, którzy duszeni reklamówkami nie umieli się zbuntować. Jako mieszkaniec Kambodży nie mogłem uwierzyć w zasłyszane słowa, które wydają się być niedopuszczalne dla zdrowego psychicznie człowieka. Nazwanie durniami 2,5 milionowej rzeszy męczenników, ludzi, którzy ginęli dlatego, że znali język obcy, posiadali wykształcenie lub po prostu nie podobali się władzy powinno się pozostawić jedynie ocenie sądu. Kambodża, w której mieszkam to kraj przyjaznych, ubogich ludzi, którzy niczym Polacy po II wojnie światowej w pocie czoła odbudowują swoje państwo. Rasistowski bełkot Kowalskiego jest powodem do wstydu nie tylko dla jego zwolenników, ale i dla całego naszego społeczeństwa. Taka sama wypowiedź w stosunku do polskich czy żydowskich ofiar hitleryzmu zapewne spotkałaby się ze społecznym oburzeniem. Dyskusja z Kowalskim, który zapewne nie wie gdzie na mapie znajduje się Kambodża, jest pozbawiona sensu, na szczęśćcie w Polsce są osoby, które za rozmowę z takimi ludźmi pobierają wynagrodzenie. Zwiemy ich prokuratorami.

Link do wypowiedzi Kowalskiego (minuta: 2:51): https://drive.google.com/file/d/0B1V8NWr2eQR9OUdEUXk1TWViZnM/view?usp=sharing

 

KRAJ NIE DO ZNIESIENIA

Ukraińcy wyszli na ulice i za pomocą mięśni obalili władzę. W rewolucję Majdanu obok innych grup zaangażowali się ludzie kultury, nauki, artyści. Bunt przeciwko Janukowyczowi był sprzeciwem wobec modelu państwa, które z racji na swą represyjność i dysproporcje społeczne stało się nie do zniesienia. W obliczu pogarszającego się bytu Polaków warto więc zapytać czy na prawdę tak daleko od podobnego przewrotu znajduje się współczesna Polska.
– “M. wyleciała z roboty w ośrodku kultury” – usłyszałem przykrego newsa z popularnej miejscowości.
– Dlaczego?
– Nie była w układzie, przyszedł nowy dyrektor, niby nie miał kasy na etat a później na jej miejsce zatrudnił kolesia.
M. ma na utrzymaniu syna i będzie dumnie walczyć o byt gospodarstwa domowego. Z pewnością też nie spocznie na laurach i owocem sytuacji, w której się znalazła będą jeszcze lepsze projekty artystyczne. Niestety pieniądze zarabiać będzie “koleś”.
Inna “kolesiówa” kilka miesięcy wcześniej zastąpiła podobno niezastąpionego dyrektora prężnej, zbudowanej przez niego jednostki kultury. On w dalszym ciągu działa z grupą przyjaciół na arenie pozarządowej animując coraz to nowe projekty, tymczasem kultura w renomowanym uzdrowisku dramatycznie poszukuje dna.
W innym dolnośląskim miasteczku pracownicy gminy boją się furii burmistrza ignoranta a miejsce najbardziej doświadczonych urzędników po wyborach zajęła zapeklowana w wazelinie gówniarzerka. Są lepsi bo ich wiedza nie odbiega od wiedzy włodarza, ergo nie zwrócą mu uwagi, podpiszą się pod wszystkim a za podwyżkę sprzedadzą własną bratową. Nie jednooki prowadzi ślepców, lecz ślepcy nawzajem prowadzą się sami.
Bibliotekarka z dwudziestoletnim stażem zarabia 1300 złotych zaś “młody, wierny” dyrektor grubo ponad cztery tysiące. Jeżeli ma szczęście i “odpowiednią gładkość” zarobi więcej, a może i jakaś rada nadzorcza się znajdzie. Ukraina? Nie. Polska 2014.
Pamiętam jak kiedyś pewna młoda, kiepsko opłacana urzędniczka zaproponowała mi “układ” i jakiś “drobny wałek”. Naturalnie odmówiłem i według mojej wiedzy jej samej też nic z tego nie wyszło. Niemniej jednak wielu innym wyszło i stali się częścią tego systemu. Systemu, który coraz bardziej wydaje się przypominać ten, który właśnie obalili Ukraińcy.

 

V KOLUMNA
Istnieje sobie w przestrzeni internetowej profil „Rosyjska V Kolumna w Polsce”. Administratorzy owej strony bez najmniejszych skrupułów publikują dane osobowe oraz zdjęcia wszystkich tych, którzy nie zgadzają się z kontrowersyjną polityką rządu w Kijowie. Zdaniem owego towarzystwa każdy, kto nazywa po imieniu morderców z Prawego Sektora czy przypomina o zbrodniach ukraińskich nazistów na Polakach jest „ruskim agentem”.
Ludzie ci nie zwracają najmniejszej uwagi na osobiste konsekwencje ich publikacji dla obsmarowanych „agentów Putina”. Zapominają, że po drugiej stronie kabla także siedzi człowiek, i może mieć on zupełnie odmienne poglądy, które w żaden sposób nie powinny odciskać piętna na jego życiu osobistym czy zawodowym. Retoryka administratorów strony, choć z pozoru inna znakomicie współgra z wizją świata prezentowaną przez brunatnych pogrobowców Stefana Bandery – pokazać wroga, nazwać go agentem, zniszczyć mu życie i opinię. Co będzie później? Wzorce idą z Ukrainy – Prawy Sektor tak dla przykładu podcina gardła i pali żywcem „wrogów Ukrainy”.
Twórcy profilu lubią mówić o wojnie hybrydowej, sami jednocześnie wpisując się w nurt zimnowojennej dezinformacji. Wojna i nienawiść są jak rak, który za pośrednictwem medialnych doniesień oraz hejterskich stron w internecie. Jestem przekonany, że schowani za ekranem monitorów administratorzy, nigdy w życiu nie widzieli na własne oczy co oznacza wojna, nigdy nie odwiedzili zbombardowanych przez wojsko domostw gdzie mieszkają rodziny z dziećmi ani nie spotkali się z motywowaną etnicznie bezinteresowną nienawiścią. Podczas gdy Ukraińcy cierpią wszystkie związane z konfliktem niedole, w Polsce, z którą dzielą większość swojej historii, przemądrzali podżegacze ukryci za monitorem komputera dolewają przysłowiowej oliwy do ognia. Ta droga nie jest dobra ani dla Polski, ani dla naszych wschodnich sąsiadów. Pogłębianie podziałów między Polakami może stać się w krótkim czasie przyczyną słabości państwa i w przyszłości zaowocować niepokojami także nad Wisłą. Wtedy ową wirtualna armię trolli obleci strach, jednak nie sądzę, aby zrozumieli, że to także jest ich wina. Make peace not war!

Elo London

Kiedy kilka miesięcy temu wracałem kolejny raz z Azji, wiedziałem ze do niej znów powrócę. Może nie dzisiaj, nie jutro, ale pojutrze na pewno. I jestem. Już prawie. Na czwartym terminalu londynskiego lotniska Heathrow. Subtelne zmęczenie z powodu nieprzespanej nocy, przyprawione dla smaku lekka nutka zaczynającej się ponownie przygody jest jak woda, która powoli użyźnia wyjałowioną kilkoma miesiącami „szarego życia” glebę. Na zawarte w tej cieczy minerały składają się kolorowe sukienki lecących do ojczyzny Azjatek. Tutaj każdy gdzieś się spieszy. Wycierając spodniami podłogę terminala w okolicy ogólnodostępnych gniazdek elektrycznych, czekamy razem, a jednak osobno. Każdy zamknięty w swym prywatnym – publicznym świecie Zukerberga. Ciemnoskóry maczo w czapeczce z daszkiem wysyła na tablicę zdjęcie zrobione swojej białej zonie trzymającej na rekach około dwuletnia córeczkę. Współczesny świat jest jak lotnisko Heathrow. Pozornie duży i przeludniony. W praktyce zaś, mały i pozbawiony prywatności.
Londyńskie lotnisko sprzątają i obsługują głownie imigranci. Przecierająca szmatką parapety terminala czwartego starsza hinduska, z uśmiechem na ustach życzy mi przyjemnego lotu, a łotewska kelnerka Bridge Bar’u podaje tequile. Nie zważając na dobre maniery, na polską modle zapijam ja angielskim bitterem. Wszyscy mi to jednak wybacza, a zaprzyjaźniony Rusty, dawny kolega z pracy, Filipinczyk z angielskim paszportem udzieli nawet 30-toprocentowej bonifikaty od kwoty rachunku.
Współczesna Europa się zmienia, nasuwając na myśl analogie do wczesnośredniowiecznego Impreium Romanum, którego skład etniczny przeszedł transformacje w wyniku napływu ludności indoeuropejskiej.
Zgodnie z wytycznymi specjalistów od marketingu, przestrzeń reklamowa ocieka seksem. Erotyka i przemoc sprzedają się dobrze, wiodąc na pokuszenie nie tylko wychowanych w kulturze konsumpcji autochtonów, lecz również pobożnych wyznawców Allaha. Tuz obok europejskich śliczności, z pokora przemykają skrywające swoją urodę muzułmanki. Nikt na nikogo nie zwraca uwagi, nic nie jest w stanie nikogo zadziwić, każdy żyje własnym życiem, którego wyidealizowane odzwierciedlenie stanowi publicznie dostępna ściana facebook.com. Można odnieść wrażenie, ze w tym egoistycznym tyglu, wzajemne porozumienie odnajdują jedynie zaczepiający się nawzajem najmłodsi pasażerowie londyńskiego lotniska. Stanowią oni nowe pokolenie, którego ojczystym jerzykiem będzie współczesna Sermo Vulgaris, anglopdobna mowa, ze zrozumieniem której problemy miałby sam Wiliam Shekspeare.
Życie w Wielkiej Brytanii stanowi marzenie większej części globu. I o ile zmieszczenie wszystkich biednych świata na terenie europejskiej Wyspy wydaje się fizycznie niemożliwe, o tyle masowy napływ imigrantów stanowi nowe rozdanie, kolejny rozdział w dziejowej opowieści o rywalizacji: o dobra, dostęp do żywności i godnego życia.
Aby zrozumieć przyszłość naszego społeczeństwa należy zajrzeć wiec do przeszłości. Przeszłość przyszłej Europy stanowi jej dzisiejsza afro-azjatycka teraźniejszość. Bez tej wiedzy, możemy powiedzieć, że znamy siebie, ale na pewno nie będziemy mogli tego samego powiedzieć o własnych wnukach.

 

Randka w ciemno

Serwowane Polakom produkcje filmowe i telewizyjne swoim oderwaniem od rzeczywistości przerosły najwybitniejsze dzieła sowieckich propagandystów.
Na oczach milionów widzów ubrana w najlepszych butikach singielka zwraca byłemu kochankowi kolię z brylantów. Naturalnie stać ją na taki gest, gdyż niedawno sprezentowała swojemu koledze z pracy, sympatycznemu gejowi, wartego 3000 zł iPhona. Mieszkając w świeżo wybudowanym gniazdku, którego rynkowa wartość to jakieś pół miliona zł, nie zauważa oczywiście tak nieistotnych drobiazgów jak rosnące ceny żywności, mediów i głodowe pensje. O jakich zresztą głodowych pensjach możemy mówić, skoro nasza bohaterka została przez reżysera obsadzona w roli knajpianej barmanki?
W Polsce zarabia się dobrze, żyje godnie, a kto tego nie dostrzega jest ciemnym prowincjuszem kwalifikującym się do obśmiania na łamach serwisu internetowego wiocha.pl. Kto chce być „wieśniakiem”? Na pewno „wieśniarą” nie chce zostać 20-letnia studentka filologii angielskiej, która dorabiając „na barze” zapracuje co najwyżej na zakupy w Biedronce, podpaski i piątkowe piwo.
Bieda jest „passé”. I choć na tle innych społeczeństw Zjednoczonej Europy wszyscy wypadamy na dziadów, niemile widziane jest samo podejmowanie tematu ubóstwa. Nie do pomyślenia jest też protest, przedstawiany w mediach jako awanturnictwo zacofanych nierobów. Aby stać się „trendy” trzeba mieć kasę. Doświadczenia z rynku pracy wskazują jednak, że na barze zarobić się nie da.
Czyżby telewizja kłamała? Nie, to niemożliwe, przecież zewsząd otacza nas tyle bogactwa. Widocznie bar jest za podły, albo studentka za leniwa. Spinaj się dziewczyno i pokaż swoją wartość! Najłatwiej to osiągniesz dając dupy siwiejącemu sponsorowi. „To nie prostytucja – to styl życia”. Ciężko jest się powstrzymać, zwłaszcza gdy jako alternatywa dla serialowej sielanki rysuje się tradycyjne polskie stanie przy garach i katolickie płodzenie potomstwa.
Oszołomione wizją dostatniej Tuskolandii młode pokolenie Polaków przejrzy na oczy, gdy niczym bańka mydlana pryśnie czar Zielonej Wyspy. Wtedy też przyjdzie kac. Bolesne zderzenie z rzeczywistością, w której zmęczeni życiem rodzice kombinują jak spłacić Providentowi ostatnią wieczerzę wigilijną.
Życie w kraju nad Wisłą to nie filmowa sielanka przekopiowana na nasz grunt z amerykańskiego tasiemca Beverly Hills 90210. Tutaj umiera się z braku pieniędzy na lekarstwa, jeździ starymi samochodami i bierze lichwiarskie „chwilówki” na żywność. Tutaj nikt nie protestuje, gdyż albo nie wierzy w jakąkolwiek zmianę, albo wręcz przeciwnie – wierzy i to bardzo – w to co pokazują nam media.

 

63 sprawiedliwych

Władze dwóch państw oraz siły NATO zignorowały wysyłany przez nielegalnych imigrantów z Libii sygnał sos. Na pokładzie dryfującej skorupy, trzęsąc się ze strachu zginęły 63 osoby. W zeszłym roku w identyczny, bądź podobny sposób życie straciło 1500 osób. Do niedawna jeszcze w oficjalnej propagandzie każdy z nich był przyjacielem zachodu, któremu trzeba było pomóc w obaleniu tyrana.
Bogate kraje jednak przestały być humanitarne i pomagać imigrantom z państw w których się żyje mniej dostatnio. Zakończyła się hippisowska rewolucja 1968 roku. Wraz z recesją gospodarczą, podobnie jak w latach trzydziestych XX w. świat skręcił na prawo.
W obliczu światowego kryzysu energetycznego zachód rzucił się na surowce. Pierwsi jak zwykle byli Amerykanie. Pod wątpliwym pretekstem (nieodnaleziona broń biologiczna i chemiczna) dokonali oni inwazji na rządzony przez ekscentrycznego Saddama Husseina Irak. Włączenie się do wojny Wielkiej Brytanii świadczy o mocnym sojuszu interesów mocarstw anglosaskich. Zaangażowanie Polski można tłumaczyć chęcią wywalczenia solidnej pozycji przez raczkującego członka Unii Europejskiej. W końcu ośmieleni przykładem zza oceanu do podbojów zabrali się Europejczycy. Wiele trudu włożyły europejskie służby wywiadowcze w to aby mogła zaistnieć arabska wiosna ludów. Po udanym obaleniu Muammara Kadafiego przyszła kolej na Syrię. Problem w tym, że na Syrię chrapkę ma też nie chcąca pozostawać w tyle Rosja. Handlujący ropą z Azerbejdżanem Izrael, ma ochotę na Iran. Biorąc pod uwagę złą reputację Tel Avivu w świecie arabskim, ta ostatnia operacja może być wyjątkowo ryzykowna.

BANDYCKA EKSMISJA NA BRUK

Państwo Kucharzyszynowie z Kudowy Zdroju mają trójkę dzieci. Cała rodzina ma zostać eksmitowana na bruk. Pomimo trudnych chwil trzymają się razem. W walce z niesprawiedliwością wspierają ich sąsiedzi i znajomi.

Pięć lat temu Pan Zbigniew Kucharzyszyn prowadził w Kudowie mały zakład naprawczy sprzętu RTV. Z racji na spadające ceny nowej elektroniki interes szedł kiepsko toteż p. Zbyszek, sympatyczny mężczyzna w średnim wieku popadł w problemy finansowe, które zaowocowały zadłużeniem względem MZUPu za wynajem lokalu na kwotę ok. 20 000 zł.
Od lat funkcję radcy prawnego Miejskiego Zakładu Użyteczności Publicznej pełni Czesław Zborowski – prywatnie ojciec zatrudnionego w kłodzkiej kancelarii komorniczej Krzysztofa Zborowskiego.
Zborowski – senior, nie zważając na wolę ratalnej spłaty zadłużenia przez p. Zbigniewa nadał tempo egzekucji długu kierując sprawę do komornika (pracodawcy własnego syna), który to gorliwie wycenę domu mieszkalnego państwa Kucharzyszynów zlecił kłodzkiemu biuru konsultingowemu PROCJON.
Budowany od podstaw przez małżeństwo dom jednorodzinny (atrakcyjnie położona szeregówka przy ul. Turystycznej) został wyceniony przez biegłego sądowego Jana Brodziaka na śmiesznie niską kwotę 134 100 zł. Jak się okazało (co potwierdziła prokuratura) w wycenie nieruchomości nie wzięto pod uwagę jednej kondygnacji budynku oraz przylegającej do niego dużej działki (691 m2).
Po zaniżonej wycenie budynku komornik przystąpił do licytacji nieruchomości. Udział w aukcji planowało małżeństwo z Warszawy dla którego zakup budynku miał stanowić lokatę kapitału. Gdy owa wiadomość doszła do uszu Czesława Zborowskiego, ten postanowił odwieść warszawiaków od starań o nieruchomość sugerując im, że nabycie nieruchomości wraz z lokatorami jest bardzo ryzykowne. Tym oto sposobem do licytacji stanął jedynie… zatrudniony w prowadzącej sprawę kancelarii komorniczej syn Czesława – Krzysztof Zborowski. Koniec końców Zborowski nabył dom wraz z działką za kwotę o 20% niższą od wyceny biegłego tzn. za 105 000 zł. Podobne nieruchomości w tej okolicy kosztują przynajmniej dwa i pół raza więcej!
Od tego momentu rozpoczął się horror pięcioosobowej rodziny Kucharzyszynów.
Nękani przez nowego nabywcę, który zdewastował pielęgnowany od lat ogród oraz nasyłanych przez niego komorników wciąż mieli nadzieję, że sprawiedliwość znajdą w niezawisłym sądzie.
Sprawą zajęła się prokuratura, która w całej procedurze windykacyjnej dopatrzyła sie wielu nieprawidłowości – nie znajdując jednakże dowodów na przyjęcie przez komornika czy biegłego korzyści majątkowych – mówiąc prościej – nie ma dowodu na łapówkę – nie ma problemu. Prokurator komornikowi oka nie wykole.
Pracujące w Irlandii córki p. Kucharzyszyna zostały wymeldowane z domu rodzinnego, gdyż władze miasta uznały, że nie zamieszkują w nim przez okres dłuższy niż trzy miesiące. Tym oto sposobem, gdy przyjechały do kraju oddać głos w ostatnich wyborach parlamentarnych – zostały pozbawione tego podstawowego prawa należnego wszystkim obywatelom RP.
Kwota długu p. Kucharzyszynów przez cały czas trwania sprawy wzrosła o odsetki oraz koszta sądowe i dziś wynosi ok. 50 000 zł, rodzina została skazana na eksmisję na bruk. Lokal zastępczy dla pięcioosobowej rodziny ma stanowić pokój w domu wczasowym, który małżeństwo będzie musiało sobie opłacać.
Dotychczas przez dom małżeństwa z Kudowy przewinęło się kilku komorników, przy czym każdy z nich zagłębiając się w akta zostawia sprawę z racji na jej złożoność. Ostatnia próba eksmisji miała miejsce w sobotę 15.03.2008 kiedy to kilku przybyłych z komornikiem wyrośniętych mężczyzn przerzuciło wszystkie meble Kucharzyszynów do dwóch maleńkich pokoi. Komornik z Wołowa (znany jako wybitny specjalista od eksmisji na bruk) zapowiedział, że wróci za miesiąc. Co za tym idzie mogą spełnić się mieszkaniowe marzenia Krzysztofa Zborowskiego, a rodzina z Kudowy znajdzie się „pod chmurką”. Budowanie własnego szczęścia na cudzej krzywdzie stanowi czyn moralnie naganny – niestety żyjemy w kraju w którym najważniejsze są układy a prawo stoi po stronie krzywdzących a nie krzywdzonych.
Miejmy nadzieję, że Państwu Kucharzyszynom uda się obronić dorobek swojego życia a sprawiedliwości stanie się zadość.

160 000 czynszu

Czy można bezkarnie, w niejasnych okolicznościach odebrać ludziom dorobek ich życia i dodatkowo obciążyć ich rachunkiem opiewającym na 160 000 złotych? W Polsce – niestety tak.

Historię państwa Kucharzyszynów z Kudowy-Zdroju opisywałem kilka miesięcy temu w artykule pod tytułem „Bandycka eksmisja na bruk”. Niestety, od czasu ukazania się tekstu, położenie rodziny uległo zmianie… na gorsze.
Przypomnijmy. Pięć lat temu Pan Zbigniew Kucharzyszyn prowadził w Kudowie mały zakład naprawczy sprzętu RTV. Interes szedł słabo, toteż pan Zbyszek popadł w problemy finansowe, które pociągnęły za sobą zadłużenie względem Miejskiego Zakładu Użyteczności Publicznej za wynajem lokalu na kwotę około 20 000 złotych. Funkcję radcy prawnego Miejskiego Zakładu Użyteczności Publicznej pełnił wówczas Czesław Zborowski – ojciec zatrudnionego w kłodzkiej kancelarii komorniczej Krzysztofa Zborowskiego. Sędziwy mecenas nadał tempo egzekucji długu, kierując sprawę do komornika (pracodawcy własnego syna), który to zlecił wycenę budynku.
Magicznym sposobem szeregówka państwa Kucharzyszynów została wyceniona przez biegłego na śmiesznie niską kwotę 134 100 złotych. Jak się okazało, w wycenie nieruchomości nie wzięto pod uwagę jednej kondygnacji budynku oraz przylegającej do niego dużej działki (691 m2). Następnie komornik przystąpił do licytacji nieruchomości. Po odwiedzeniu przez Zborowskiego seniora potencjalnych kupców, do licytacji stanął jedynie… zatrudniony w prowadzącej sprawę kancelarii komorniczej syn Czesława – Krzysztof Zborowski. Koniec końców, nabył on dom wraz z działką za kwotę o 20 procent niższą od wyceny biegłego, to znaczy za 105 000 złotych.
Od początku pan Krzysztof rozpoczął starania o wyeksmitowanie rodziny Kucharzyszynów z domu przy ulicy Turystycznej – bez skutku. Do dnia dzisiejszego od eksmisji, po zapoznaniu się na miejscu z dokumentami, odstąpiło już pięciu komorników. Ostatni z nich został nawet zaskarżony przez Zborowskiego do sądu, który po zapoznaniu się ze sprawą… skargę oddalił. Pan Krzysztof jednak okazał się twardy jak stal i na przekór przeciwnościom losu postanowił podstępem wykurzyć Kucharzyszynów, jednocześnie zapewniając sobie środki na przebudowę budynku.
W połowie sierpnia bieżącego roku do wszystkich czterech osób zamieszkujących w szeregówce przy ulicy Turystycznej 7 listem poleconym dotarło przedsądowe wezwanie do zapłaty od pana Krzysztofa. W zdecydowanym tonie domagał się on w ciągu 30 dni od każdego z lokatorów zapłaty kwoty 38 000 złotych, powiększonej o odsetki tytułem „odszkodowania oraz wynagrodzenia” za korzystanie z lokalu. Sumka 38 000 złotych ma wynikać z liczby miesięcy (1.02.2007 – 31.08.2008) pomnożonej przez kwotę 2 000 złotych. Łącznie rodzina ma zapłacić Zborowskiemu „czynsz” w wysokości około 160 000 złotych za zamieszkiwanie w wybudowanym przez siebie domu, który nowego nabywcę kosztował raptem… 105 000 złotych.
W wyżej wymienionym piśmie pan Krzysztof wspaniałomyślnie informuje lokatorów, że wyłożenie całej sumki w terminie jednego miesiąca ustrzeże ich od dodatkowych kosztów sądowych. Jak by nie patrzeć – cudowny człowiek o wielkim sercu. Aby Kucharzyszynowie nie mieli wątpliwości, że ich pieniądze nie pójdą na marne. W ostatnich dniach Zborowski przywiesił na drzwiach garażu tablicę informującą, że wstęp jest wzbroniony, bo… to teren budowy. Gdyby za postępowaniem nabywcy budynku nie stała ludzka tragedia, całą tę sytuację można byłoby zakwalifikować jako komiczną. Niestety takie absurdy mogą mieć miejsce jedynie w naszym kraju.

STRACONE POKOLENIE

W roku 2012, który wedle proroctwa popkultury miał być „tym ostatnim” stuknęła mi trzydziestka. Podobnie jak większość mojej generacji niczego poza kredytami się nie dorobiłem i jeżdżę używanym samochodem, co było rzeczą niepojętą jeszcze dla moich dziadków.

Przez ostatnie 15 lat wmawiano mi, że powinienem się uczyć, edukować, szlifować swoje umiejętności, a wtedy czeka mnie świetlana przyszłość w – nowej i lepszej Polsce.

Była to o tyle zmiana jakościowa, że wszystkim wcześniejszym pokoleniom Polaków tłumaczono jakoby poświęcenia, które ponoszą w kraju nad Wisłą miały służyć przyszłym pokoleniom, nie zaś im samym. Na dzień dzisiejszy Polska jest jednym z trzech najbiedniejszych krajów Europy, w którym dodatkowo rozpoczyna się straszliwy kryzys. W związku z powyższym przez najbliższe dwa lata kadencji PO nie powinienem się spodziewać jakiejkolwiek poprawy własnego bytu. O ile kryzys zelżeje i w następnych wyborach uda się nie dopuścić do władzy destrukcyjnej i wsteczniackiej prawicy, być może powstanie szeroki koalicyjny rząd PO, SLD i Ruchu Palikota. W ciągu czterech chudych lat niestety i on nie zdoła w żaden sposób poprawić bytu Polaków.

Wtedy będę miał już 36 lat. Nawet jeśli kolejne dwie kadencje będą stały pod znakiem nagłego i niespodziewanego cudu gospodarczego, to jego pierwsze oznaki odczuję dopiero po następnych 8 latach czyli w wieku 44 lat. To już znacznie za późno, aby zacząć się dorabiać. Jeżeli cokolwiek pójdzie źle i cud gospodarczy nie przejdzie, każda kolejna zmiana warty na Wiejskiej oznacza stratę czterech lat, co przy trzech straconych kadencjach daje mi 56 lat.

O ile dożyję, będę już myślał o emeryturze, którą w nędznej kwocie zaczną mi wypłacać dopiero w wieku lat 67. Wtedy też pewnie usłyszę, że poświęcenie mojej, transformacyjnej generacji było konieczne dla dobra kolejnych pokoleń.

 

NOWE OTWARCIE

Wobec tych grobów, wobec ludzi, którzy przychodzą tutaj oddać hołd swoim bliskim byłoby cyniczne powiedzieć: zapomnijmy o tym, że wszystko zostało w przeszłości. Nie. Jesteśmy zobowiązani pielęgnować pamięć o przeszłości, i oczywiście będziemy to czynić, jakkolwiek gorzka nie byłaby ta prawda.
Władymir Putin
Premier Federacji Rosyjskiej podczas wizyty w Katyniu

Wydaje się, że katastrofa prezydenckiego samolotu w Smoleńsku na dobre utwierdziła nowy kurs w polityce zagranicznej Federacji Rosyjskiej. Tłumnie paląc znicze i składając biało – czerwone kwiaty pod polską ambasadą, okazując solidarność z narodem polskim, Rosjanie pokazali klasę godną wielkiego narodu. Po przeszło dwóch dekadach waśni dyplomatycznych, oraz kilkusetletniej tradycji wzajemnej niechęci, politycy obydwu najsilniejszych państw słowiańskich zaczynają mówić podobnym językiem.
W perspektywie rosnącej międzynarodowej pozycji Warszawy, upadku hegemonii Waszyngtonu oraz odradzającej się potęgi Moskwy wzajemny dialog już od kilku lat wydawał się być koniecznością. Tym bardziej, że od czasu przepędzenia z Polski „bratniej” armii radzieckiej minęły dwie dekady. W ciągu tych dwudziestu lat na scenę polityczną i gospodarczą naszych państw wkroczyło zupełnie nowe pokolenie. Pokolenie pozbawione kompleksów i powodów do wzajemnej nienawiści. Istotną zmianę w mentalności Rosjan oraz olbrzymi potencjał gospodarczy modernizującego się mocarstwa już kilka lat temu dostrzegły handlujące z Rosją państwa Europy Zachodniej – zwłaszcza Niemcy. Z racji na trudną historię obojga narodów, oraz fakt, że przyszłość można budować jedynie w oparciu o prawdę o przeszłości, my Polacy potrzebowaliśmy na to nieco więcej czasu.
Prawdziwym przełomem we wspólnej historii Polaków i Rosjan niespodziewanie okazała się telewizyjna premiera „Katynia” Andrzeja Wajdy w publicznej telewizji rosyjskiej. Prostym, czytelnym i uniwersalnym językiem kina znany w Polsce i Rosji reżyser przedstawił tak bliskiemu nam narodowi polski punkt widzenia. Dodajmy, punkt widzenia, diametralnie różniący się od podręcznikowej „prawdy” przekazywanej na przestrzeni dziesięcioleci przez propagandystów totalitarnego reżimu. Nie jest tajemnicą, że niezależnie od wypowiedzi polityków, od lat Rosjanie darzą Polaków o wiele większą sympatią niż ta, którą my darzymy Rosjan. Ot taka miłość bez wzajemności. Nie kto inny jak polski aktor Daniel Olbrychski jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w Rosji gwiazd ekranu, a jego sława przyćmiewa większość popularnych w Polsce aktorów Hollywoodu. Bezsprzecznie Rosjanie kochają polskie kino i polską literaturę. Analizując jednak polski stosunek do Rosjan trzeba uczciwie stwierdzić, że słabo znamy naszych odwiecznych sąsiadów – o wiele za słabo. Niejednokrotnie przez krajowe media przebijają się antyrosyjskie sądy historyczne, z naukowego punktu widzenia częściej niesłuszne niż prawdziwe. Po 65 latach od zakończenia II Wojny Światowej przyszedł czas, aby wnukowie ofiar tragicznych wydarzeń sprzed przeszło pół wieku wspólnie, bez wzajemnej niechęci spojrzeli historię. A wygląda ona mniej więcej tak, że w wyniku represji cierpieli Polacy, Rosjanie, Ukraińcy, Litwini, Łotysze, Żydzi i wszyscy inni, którzy z jakiegokolwiek powodu nie pasowali do stalinowskiego modelu nowego społeczeństwa. Jak słusznie w swoim wystąpieniu powiedział rosyjski premier Władymir Putin: „Logika była jedna: zasiać strach, obudzić w człowieku najniższe instynkty, podjudzać ludzi przeciwko sobie i zmuszać ich do ślepego posłuszeństwa”.
Po upływie przeszło sześćdziesięciu lat od czasu tych tragicznych wydarzeń po obu stronach granicy wciąż funkcjonuje wiele mitów, półprawd i niedomówień. Z naszej strony powszechnie spotykanym dziś historycznym nadużyciem jest np. nazywanie Rosjaninem bezwzględnego mordercy narodowości gruzińskiej Józefa Stalina. Jak trudną dziedziną jest historia może świadczyć chociażby fakt, że niektórzy badacze twierdzą, jakoby biologicznym ojcem Stalina był carski oficer i badacz Syberii – Polak, Mikołaj Przewalski. Biorąc pod uwagę liczne dziejowe zawiłości, jedynym pewnikiem wydaje się być fakt, że przyszedł czas aby sobie zdać sprawę, z tego co nas łączy nie szukając tego co nas dzieli.
Mój nieżyjący dziadek, syberyjski zesłaniec z 1940 roku nigdy nie nosił w sobie nienawiści do Rosjan, którzy podobnie jak Polacy wiele wycierpieli ze strony stalinowskich oprawców. Niestety nie było mu dane dożyć dnia, w którym szef rosyjskiego rządu wspólnie z premierem Rzeczpospolitej odda hołd pomordowanym przez stalinowski aparat państwowy. Jednak my, którzy jesteśmy świadkami zmieniającej się historii, w żadnym razie nie powinniśmy zapomnieć o pozostawionych na wschodzie mogiłach, tym samym nie wolno nam zmarnować dziejowej szansy na pojednanie naszych narodów. Pojednanie nie wyklucza pamięci, pamięć nie wyklucza pojednania.

PRAWO DLA BOGATYCH

Polskę jak długa i szeroka obiegła wiadomość, że premier Tusk popalał trawkę. Najciekawsze w całej sprawie jest jednak to, iż pomimo tego okropnego grzechu przeciwko doktrynie Radia Maryja facet wciąż żyje. Żyje i to jak… regularnie daje nawet popalić (niestety nie trawę) biednej większości społeczeństwa.

Z palenia marychy Tusk wyszedł bez szwanku – w ówczesnej Polsce za posiadanie konopi nikt do pudła nie zmykał. Dzisiaj ten sam Tusk, tyle że starszy, stoi na czele państwa, które bez skrupułów wsadza do więzień niepokornych użytkowników marihuany.

W kraju w którym swobody obywatelskie ładnie wyglądają tylko na papierze a kilka milionów obywateli jest przekonane o możliwości zarażenia się wirusem HIV za pomocą trawki, lwia część młodego pokolenia czuje się zaszczuta.

Dobrze się stało, że premier przyznał się do puszczania dymka – niestety młodzi politycy schowali głowę w piasek. To właśnie ten strach przed napiętnowaniem sprawia, iż nasz kraj czeka jeszcze długa droga do normalności. W Polsce palenie marihuany, której szkodliwość jest wielokrotnie niższa od szkodliwości palenia papierosów oraz picia alkoholu może złamać człowiekowi życie. Nawet niewielka ilość suszu znaleziona podczas przypadkowej kontroli policyjnej sprawia, że posiadacz plastykowego woreczka staje przed sądem gdzie jest traktowany w ten sam sposób w który traktuje się dilera heroiny.

Legalna trawka jest dostępna tylko dla bogatych, których stać aby wsiąść w samolot i przelecieć się na dżointa do Amsterdamu. Biedni w poszukiwaniu zielonych liści muszą błąkać się w ciemnym labiryncie przestępczego półświatka w którym wielu z nich pozostaje na zawsze.

Wspomnieć w tym momencie wypada Artura. Chłopak z małej powiatowej miejscowości – jakich w kraju wiele, wielodzietna rodzina, rodzice bez pracy. Poznaliśmy się wiele lat temu, trawa była dla nas metodą na oderwanie się od szarej rzeczywistości, sposobem na przejście do lepszego świata. Bez smutku, problemów, nierówności. Śmialiśmy się i planowaliśmy świetlaną przyszłość. Po pół roku palenia Artur zaczął handlować. Za zarobione pieniądze kupował rozmaite rzeczy – większość z nich do domu. A to radiomagnetofon Sony, a to nowy telewizor, innym razem komputer dla młodszego brata, który właśnie poszedł do szkoły. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że z odwiedzinami byli u niego panowie w niebieskich mundurach. Minęły 4 lata gdy przypadkiem spotkałem go na wrocławskim Rynku. Wyszedł na wolność, już nie handluje – teraz kradnie.

Na marihuanowej prohibicji zyskuje jedynie mafia mająca wyłączność na handel nielegalną używką i nie płacąca z tego tytułu żadnych podatków. Naszym bogobojnym rządom nie psuje samopoczucia nawet fakt, iż kilka milionów młodych Polaków ubija interesy z gangsterami.

Świadomość i profilaktyka są na zerowym poziomie. W szkole średniej jedna z nauczycielek przestrzegała nas przed zgubnymi skutkami wstrzykiwania (sic!) marihuany. Nie zwracając uwagi na bzdurne uwagi niedouczonej belferki trawę paliliśmy w dalszym ciągu i znów o dziwo, podobnie jak Tusk żaden z nas nie skończył ze strzykawką na dworcu. Ci, którzy przegrali życie – przegrali je z powodu obowiązującego w RP prawa, nie zaś samej używki.

Wypowiedź szefa rządu stworzyła atmosferę dla szerokiej dyskusji na temat legalizacji bądź też samej depenalizacji konopi. Niestety medialna burza pociągnęła za sobą lawinę wypowiedzi polityków starszego pokolenia chwalących się chodzeniem na wagary i piciem taniego wina więc wszystko wskazuje na to, że temat umrze śmiercią naturalną. A młodzież z biednych domów? W dalszym ciągu będzie zapełniać zakłady karne w których nauczy się jak skutecznie przegrać resztę życia.

Pax Russica

Wydarzenia na Ukrainie można rozpatrywać z kilku różnych perspektyw. Ta prezentowana powszechnie w naszym kraju, jest chyba najmniej właściwa.

Dziwią mnie pełne oburzenia odgłosy zachodu, który zdecydowanie potępia politykę Władymira Putina. W świetle wybuchających na świecie, niewątpliwie inspirowanych, krwawych rewolucji, próba ugaszenia nastrojów w sąsiednim państwie wydaje się być czymś naturalnym. Ukraina, która znajduje się w bezpośredniej strefie wpływów Kremla może stanowić zapalnik dla analogicznych wydarzeń w Moskwie. Na to rosyjski prezydent sobie pozwolić nie może. Zwłaszcza w kraju, który na własnej skórze poznał już uroki rewolucji. Utrata z orbity wpływów tak dużego, ważnego strategicznie i zamieszkanego przez rosyjską mniejszość kraju mogłaby się okazać katastrofalna w skutkach dla jedności Federacji Rosyjskiej. Putin przyznaje, że korupcja na Ukrainie była kolosalna a Janukowycz jest politycznym trupem. Mówi też, że odradzał władzom ukraińskim używanie siły, co nie jest wcale tak mało prawdopodobne. Rosji raczej nie będzie zależało na przyłączeniu jakichkolwiek części państwa ukraińskiego. Jednak i to w świetle danych demograficznych, według których 60% populacji Krymu stanowią Rosjanie a zaledwie 24% Ukraińcy, mogłoby znaleźć jakieś uzasadnienie. Bardziej prawdopodobna wydaje się organizacja referendum, w którym sami mieszkańcy będą mogli zadecydować o tym jak szeroką chcą mieć autonomię w ramach państwa ukraińskiego. Krótko mówiąc: demokracja. W podobny sposób Kreml podchodzi do “rewolucji Majdanu”, wzywając do respektowania wynegocjowanego z przedstawicielami zachodu porozumienia pomiędzy władzą a opozycją. Prezydent Federacji Rosyjskiej zwraca także uwagę na rosnącą rolę neonazistowskiego Prawego Sektora, którego lider do walki z Rosją wezwał niebezpiecznego islamskiego terrorystę Doku Umarowa. O ile zatem protest młodego pokolenia Ukraińców przeciwko skorumpowanej milicji, biedzie i ociekającym złotem oligarchom był uzasadniony, o tyle dopuszczenie do władzy okołotymoszenkowskiej oligarchii oraz neofaszystów może budzić zdumienie. W obliczu takiego a nie innego rozwoju wydarzeń działania Władymira Putina, z jego punktu widzenia, wydają się być nie tylko zasadne ale wręcz całkiem rozsądne i przewidywalne. Na wszczęciu wojny zależy komuś zupełnie innemu, biorąc pod uwagę ostatnie zamieszanie na giełdach oraz atak na rubla, prawdziwych podżegaczy należy poszukać na ostatnich piętrach szklanych wieżowców. Może to i lepiej, rewolucja lubi zjadać własne dzieci, wiec panowie będą mieli skąd skakać.

 

Erdogan dostał klapsa

To ciekawe, ze nieudany zamach stanu w Turcji nastąpił 16 godzin po długim spotkaniu Putina z Jonhem Kerry. Erdogan stal na przeszkodzie przyszłego amerykansko-rosyjskiego okładu zimnowojennego. Teraz jeśli nawet uda mu się zatrzymać władze na dłuższy czas zostanie wyeliminowany z polityki międzynarodowej przez problemy wewnętrzne. Dla Polski, która prawdopodobnie została przehandlowana Moskwie wraz z całym pakietem wyszehradzkim, jest to fatalna wiadomość.

Armia turecka jest armia NATO i nie ma opcji aby wywiad amerykański i rosyjski nie miały pojęcia o planowanym puczu. Tym bardziej, ze prawdopodobny winowajca korzysta z ochronki USA i mieszka w Stanach 🙂 Erdogan skakał i dostał klapsa 🙂 To wszystko co się działo w ostatnim czasie jak nienaturalna przyjaźń Rosji z Chinami, kolorowe rewolucje, wojska USA w Polsce i Rumunii, Ukraina, Brexit, Syria bylo imho gra miedzy mocarstwami. Na pewno wiadomo tylko, ze zachód ma problem z Chinami i naprodukował za wiele pieniędzy. Otwarta wojna nikomu się nie opłaca. Jednak zimna wojna jest juz sprawdzonym i skutecznym rozwiązaniem . Tak wiec trzeba było wymienić kilka kart. Tak się kształtuje nowy lad powojenny – podobnie się kształtował po II WW.
Jedna z takich kart jest Polska. IMHO wojska amerykańskie upomniały się o ten obszar Europy aby później się z niego wycofać. A cala ta wiosna europejskich nacjonalizmów sama sprawi, ze wybudujemy sobie żelazną kurtynę.
Co na to Chiny? Umacniają się w swoich tradycyjnych strefach wpływów (bardzo, bardzo to widzę w Indochinach) i stawiają na rynek wewnętrzny. To jest miliard ludzi i tak na prawdę stara, mądra i uzbrojona w nowoczesna technikę cywilizacja może znakomicie prosperować bez zachodu. Ale Australia i Nowa Zelandia bez Chin już nie są w stanie 🙂

 

Krótka opowieść o wstydzie

Ta historia może nie mieć happy endu. Przecież nikt nie powiedział, że pokój czy dobrobyt są ofiarowane Europejczykom na zawsze. Upadające Imperium Rzymskie bezskutecznie wznosiło mury, aby uchronić swoje granice przed wędrówką ludów ze wschodu. Kilkanaście stuleci później przedstawiciel jednego z tych ludów, posługując się salutem rzymskim chciał oczyścić Europę z Semitów. Zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku w rolę obrońców starego ładu wcielali się chcący utrzymać swój status quo obywatele – mieszczaństwo, możni i klasa średnia. Pierwszy i drugi przypadek zaowocował upadkiem imperium oraz zaprowadzeniem nowego porządku. Za każdym razem górę brał światopogląd znajdujący się na odmiennym do uprzednio dominującego biegunie. Era rzymskiej rozpusty została przykryta moralną mgłą średniowiecza, a przed odbudowanym z wojennych zniszczeń Bundestagiem wkrótce pojawiły się tęczowe flagi rewolucji seksualnej.
Regularnie przeglądając wpisy w Internecie jestem sobie w stanie wyobrazić, w jaki sposób mogła działać niezrozumiała dotąd machina dehumanizacji „obcych” w mrocznych czasach III Rzeszy.
Cienka, czerwona linia przebiega tam, gdzie twój sąsiad nagle staje się „Arabem”, „Żydem” czy „Polakiem”.
Jestem sobie także w stanie wyobrazić, że są w Europie państwa, które na skutek nieskutecznej polityki imigracyjnej oraz kryzysu gospodarczego więcej przybyszy u siebie nie chcą. Polityczna poprawność i „oczywista oczywistość” zabraniają im jednocześnie zupełnego odcięcia się od odpowiedzialności za obecną sytuację. W interesie „sytych” jest zatem rewizja postanowień traktatu z Schengen oraz wzmocnienie zewnętrznych granic Wspólnoty.
Taka zmiana prawa unijnego oczywiście wiązałaby się ze sprzeciwem nowych państw członkowskich. Wzniecany w mainstreamowych mediach strach przed imigrantami może jednak tę tendencję odwrócić o 180 stopni.
Narzucane poszczególnym państwom limity imigracyjne dodatkowo podsycają gniew krajów, które w ostatnich latach same stały się miejscem emigracji.
Cała ta strategia może mieć na celu odwrócenie uwagi od prawdziwego źródła problemu, którym są wzniecane przez zachodnie służby „kolorowe rewolucje” w krajach basenu Morza Śródziemnego. Da się do tego wykorzystać stereotyp o wymuszającej zmiany, ksenofobicznej Europie Wschodniej. Tymczasem wystarczy popatrzeć na ubrania błagających o litość uchodźców, aby dojść do wniosku, że pochodzą oni z tej samej klasy, która dzisiaj na zachodzie odmawia im gościny. Ludzie ci nie chcieli emigrować, żyli w swoich krajach, niejednokrotnie całkiem dostatnio. Aż do czasu kiedy sny o wolności politycznej przerodziły się w krwawe wojny oraz przymus życia pod rządami międzynarodówki muzułmańskich oprawców. Zdrada zachodu, który bardzo szybko reagował w Iraku czy Afganistanie, pcha tych ludzi do sprzedaży majątku i dramatycznej ucieczki.
Dzisiaj największymi przeciwnikami udzielania pomocy uchodźcom są ci sami ludzie, którzy kilka lat temu dumni byli z wyjazdowych występów naszego wojska.
Na tę chwilę nie pozostaje nic innego jak natychmiastowa i bezwzględna eliminacja Państwa Islamskiego. W przeciwnym razie za kilka lat wszyscy będą się ze wstydem zastanawiać gdzie był świat, gdy na oczach kamer odbywała się masakra porównywalna ze zbrodniami reżimu Pol Pota. Jestem przekonany, że wbrew obraźliwej propagandzie większość młodych uchodźców dobrowolnie przystąpiłaby do formowanych na zachodzie batalionów skierowanych do walki z Państwem Islamskim. Takich, jakie powstawały przeciwko Niemcom w czasach II Wojny Światowej. Niezrozumiała bierność wspólnoty narodów z każdym dniem pogłębia kryzys.
Nie ulega też wątpliwości, że ludziom, którzy proszą o pomoc należy jej udzielić. Człowiek przyzwoity nie powinien mieć z tym żadnych problemów. Budowanie nawet najwyższych murów nie powstrzyma kogoś, kto ratuje życie swoje i rodziny. Mury potęgują jednak gniew, od gniewu niedaleko jest do nienawiści i dalej do wojny a w konsekwencji upadku imperium. W sferze political fiction pozostaje możliwy rozwój wypadków, jakkolwiek jednak zakończenie hedonistycznej „belle époque” może oznaczać zastąpienie miałkich wartości zachodu nowym rodzajem konserwatywnego, niekoniecznie chrześcijańskiego zamordyzmu.
Tym, którzy wczoraj bili brawo naszej armii a dzisiaj złorzeczą uchodźcom pozostanie wtedy wstyd. Wstyd prywatny, w domowym zaciszu, bo na wolność słowa raczej bym nie liczył.

INTERNET STORY

Zmiany, które na przestrzeni ostatnich lat następują w globalnym Internecie sprawiają, że wolna sieć wkrótce może stać się tytanową klatką.

Pamiętam lata dziewięćdziesiąte, gdy korzystając z zewnętrznego modemu o porażającej mocy 11 kb/s poznawałem przestrzenie raczkującego polskiego internetu. Pamiętam pojawienie się Interii, rewolucyjny program do wysyłania darmowych smsów – Sms Express i pierwsze Gadu Gadu.
Tym co powodowało, że narażając się na budżetowe awantury z rodzicami, daliśmy się porwać w sieci, była niczym nieskrępowana wolność ówczesnego Internetu. Wolnego dosłownie i w przenośni. W technicznym słowa znaczeniu, za koszmarne pieniądze dostawaliśmy ślimaczy i awaryjny przesył danych. Taką płaciliśmy cenę za swobodę wypowiedzi. W czasach gdy życie społeczne prowadziło się za pomocą mIRC’a i list dyskusyjnych nikt się nie spodziewał, że Internet pójdzie w kierunku totalnej inwigilacji. Na przyszłość sieci patrzyliśmy jak na szansę rozwoju ludzkości. Sam fakt ściągania muzyki z internetu oraz tworzenia własnych, pokaźnych kinotek oznaczał prawdziwą rewolucję. Rewolucję intelektualną, dostęp do szeroko pojętej wiedzy i możliwość samorealizacji. Któż z nas nie poświecił w życiu choć kilku godzin chłonąc wiedzę z tworzonej przez internautów Wikipedii? Zapaleńcy w HTMLu sami tworzyli sobie strony internetowe. Dla nadania im profesjonalnej otoczki, umieszczanym na bezpłatnych kontach hostingowych portali witrynom nadawaliśmy domeny w aliasach prv.pl, w.pl i z.pl. Wtedy też zaczęły pojawiać się reklamy. Z czasem coraz to bardziej i bardziej irytujące. Przyzwolenie na komercję w sieci stale rosło. W końcu to komercja finansowała rozwój internetu, a my ją pokochaliśmy. Zwłaszcza Allegro gdzie każdy wyklikał kiedyś „prawdziwą okazję”. Nie zawsze okazja była nią w rzeczywistości, ale policja z coraz większą skutecznością ścigała internetowych oszustów. Z butami wkroczyły rozmaite płatne usługi, a media ze zwiększającą się częstotliwością informowały o nalotach jakie policja robiła ściągającym z torrentów internautom. Coraz większy i lepszy technicznie Internet wchłonął miliony. Surfować zaczęli starcy, dzieci, matki, żony i kochanki. Co oczywiste, drastycznie pogorszyła się merytoryczna jakość wypowiedzi.
Złowione w sieć kilkanaście milionów Polaków stanowi niesamowicie łakomy kąsek dla międzynarodowej finansjery. Finansjera tworzy media po to aby zarabiać. Finansjera wydaje płyty, też po to aby zarabiać i po to inwestuje forsę w rozwój nowych technologii, aby zarabiać jeszcze więcej. Tymczasem na świecie ośmielają się być ludzie którzy nie kupują płyt i trzymają się zawartej w czasach tworzenia Internetu umowy społecznej stanowiącej, że jest on przestrzenią wolną i niezależną. Na tyle wolną na ile jest to możliwe. Jak każda przestrzeń potrzebuje on pewnych regulacji, jednak nie mogą one w żaden sposób ograniczać wolności globalnej sieci. W zwalczaniu pospolitej przestępczości Internet może być wyśmienitą pomocą dla stróżów prawa. Tym bardziej, że w nieskrępowanym idiotyzmie przestępcy niejednokrotnie lekkomyślnie pozostawiają w sieci dowody swoich czynów. Internet pozwala także bardzo skutecznie zwalczać pedofilię. Pedofilów ochoczo pomagają łapać sami internauci. Tak więc rozsądna współpraca państwa i społeczności wirtualnej jest jak najbardziej możliwa. Źle się jednak dzieje, gdy w sporze pomiędzy panem a wójtem pojawia się jeszcze pleban. Pazerny klecha w postaci wielkich korporacji. Wymyśliły one, że jeżeli państwo już jako tako potrafi kontrolować globalny Internet, to umiejętnie nazywając korzystających z wolności internautów złodziejami, będzie ich można przymusić aby kupowali drożej i więcej. Co ma z tego państwo? Zyskuje cztery razy. Raz – bo korporacje to kasa, a jej państwo potrzebuje zawsze. Dwa – zyskuje polityk jeden czy drugi, bądź cała banda polityków. Zyskują bardzo osobiście, bo korporacje są hojne, a po odejściu z polityki, co się po „wtopie” kiedyś zdarzy, jakaś robótka zawsze się znajdzie. Trzy – zyskuje taka czy inna opcja polityczna bo korporacje to media a media to wybory, wybory to władza. Cztery – władza to wojsko, wojsko to specsłużby, specsłużby to inwigilacja. Kontrola na zlecenie polityków, pod płaszczykiem i w interesie korporacji. Jak już wiemy interes korporacji to kasa, której z kolei potrzebuje państwo. I kółko się zamyka. Nie dziwią zatem międzynarodowe inicjatywy, że oto rządy w tajemnicy negocjują z korporacjami międzynarodowy układ zamieniający zarzuconą na nas niegdyś sieć w tytanową klatkę. Nie dziwi też głupkowate zażenowanie na twarzach grupy trzymającej władzę, w chwili gdy grupa nastoletnich hakerów wyłożyła ich chronioną, nowoczesną i niezawodną sieć Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Ministerstwa Obrony Narodowej. Bo jak tu się zachować w obliczu katastrofy, gdy na tydzień przed podpisaniem cichcem kontrowersyjnej umowy rozpętała się medialna zadyma?
Światowe protesty przeciwko układom SOPA czy ACTA są uzasadnione. Można wręcz powiedzieć, że są one samoobronnym mechanizmem chylącej się ku upadkowi sieci. Internet wciągnął miliony, gdyż kiedyś był synonimem wolności. Obwarowany bezdusznymi przepisami upadnie tak szybko jak się narodził. Kto chciałby tkwić w poddanej totalnej kontroli, brudnej klatce, za pobyt w której dodatkowo należy słono zapłacić?

 

Zanim wkroczy Rosja

Rozejm w Syrii może oznaczać początek rosyjskiej misji stabilizacyjnej na Ukrainie. To na pewno nie były łatwe negocjacje pomiędzy Kerrym a Ławrowem, jeżeli jednak przyniosły skutek, oznacza ze kilka kart zostało wymienionych.
Ukraina – kraj na skraju upadku, gdzie ludziom żyje się aktualnie gorzej niż w najbiedniejszych państwach Azji – nie ma aktualnie szans na integracje z Zachodem.
Unia Europejska nie wyobraża sobie w swoim gronie Ukrainy, nie jest w stanie zaradzić ukraińskim problemom, a nawet nie chce znieść dla Ukraińców obowiązku wizowego.
Kijów nie ma realnego wpływu na działania regionalnych oligarchów, neonazistowskich, wyposażonych w bron ochotniczych batalionów, a przeciągająca się wojna na wschodzie kraju pociąga za sobą coraz to nowe ofiary. Tymczasem idzie zima, okres w którym kraj jest szczególnie zależny od rosyjskiego gazu, na zakup którego w Kijowie nie ma pieniędzy.
Jest mi zal Ukraińców, wojna jest zawsze najgorszym złem. Bez rosyjskiej interwencji patowa sytuacja będzie trwać nadal. A jak długo kraj, który już w przeszłości doświadczył Wielkiego Głodu, może się staczać po równi pochylej?
Mam nadzieje, ze jeżeli dojdzie do rosyjskiej interwencji zbrojnej to spotka się ona z odmowa obrony kraju przez ponownie oszukane społeczeństwo ukraińskie. Młodzi Ukraińcy muszą zrozumieć, ze nie warto jest ginąć w bratobójczej wojnie w służbie obcych interesów. Mam tez nadzieje, ze taka interwencja będzie w miarę kompletna, to znaczy doprowadzi do zmiany rządu w Kijowie, nie zaś jedynie przyłączenia Doniecka i Ługańska do Rosji. Nowa Ukraina może się rozwijać jedynie jako demokratyczna federacja regionów (na kształt RFN), będąc pomostem, nie zaś murem pomiędzy wschodem a zachodem Europy. Podsycanie nastrojów nacjonalistycznych już doprowadziło do tragedii wojny domowej i rozpadu państwa. Teraz czas na odbudowę.

 

JEZUS PRZYJDZIE W GLANACH

Jezus przyjdzie w glanach, wyczytałem na murze gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. I założyłem glany. Czekałem, Jezus nie przyszedł, ja odszedłem, glany zostały.
Kontrkulturowość współczesnego chrześcijaństwa wydaje się polegać na świadomej kontestacji zastanego w naszym pokoleniu neoliberalnego porządku świata.
W dobie swobodnego wyboru idoli, Bóg zaznaczający już w pierwszym przykazaniu swoją wiodącą rolę, staje w rażącej opozycji do mainstremowego “róbta co chceta”.
Jeżeli uzupełnimy to jeszcze o kilka nakazów moralnych, takich jak zakaz seksualnych igraszek z ponentną żoną bliźniego, szacunek wobec rodziców czy odgórne polecenie “święcenia dni świętych” to mamy obraz alternatywnej rzeczywistości. Świata, w którym to nie pieniądz jest absolutem, a cielesne przyjemności znaczą mniej niż wartości duchowe. W tym kontekście, świadome chrześcijaństwo, wiara z wyboru, w swojej cichej pokorze jest niepokornym odgłosem buntu przeciwko hałaśliwej inwazji popkultury. Co ciekawe, niezwykle podobnym w swoim wydźwięku do lewicowego ateizmu odrzucającego maistremowy katolicyzm czy też rozumianego jako głos buntu młodej, ubogiej Europy, “nowego islamu”.
Niezależnie od sporów na poziomie ideologicznym, wykształconemu katolikowi z Warszawy całkiem blisko jest do kontestującego kapitalizm i religię “lewaka” z hiszpańskiej agrokulturowej komuny Marinaleda.
O wiele większy dystans wydaje się dzielić świadomego katolika z dużego miasta od wychowanego na ludowej “wierze w księdza” mieszkańca podlubelskiej gminy Werbkowice, protestujacego przeciwko budowie przez prawosławne zakonnice “innowierczej” dzwonnicy.
Odległość pomiędzy kontrkulturowym katolicyzmem a karmioną amboną, wójtem i tablidami “ludową przyzwoitością” jest wprost proporcjonalna do tej, która dzieli libertyńskiego “ekohippisa” od dyskotekowego playboya.
Analizując głębiej zjawisko kultury rozumianej jako system wartości panujących wewnątrz szeroko pojętego mainstreamu ciężko nie dojść do wniosku, że współcześnie obejmuje on zarówno lewicę, prawicę jak i centrum. O tym kto znajduje się poza i stanowi kontrkulturę determinuje inteligencja jednostki, nie zaś nacechowany ideologicznie system wyznawanych wartości.

SZLACHCIC NA ZAGRODZIE

Państwo Ela i Kazimierz Kowalscy w Szczytnej mieszkają “od zawsze”. Sympatyczni ludzie, którzy od trzydziestu lat zmagają się z ciężką chorobą, a ostatnio także z brakiem tolerancji.

Strome schodki, ciasny korytarz, skromne mieszkanko w starym budownictwie, brak słońca. Świat na wózku, skoncentrowany wokół szpitali i zabiegania o pieniądze na leki. Do tego dochodzi jeszcze pokonywanie barier architektonicznych i stosy pism, które trzeba produkować na życzenie rozmaitych instytucji.
Codzienność państwa Kowalskich to ciągła walka ze stwardnieniem rozsianym oraz złośliwym nowotworem, które od lat, wspólnymi siłami próbują przemóc p. Elżbietę. Wspierana przez męża nie daje jednak za wygraną. Na złość śmierci wychowała piątkę dzieci.
Te w poszukiwaniu godnego życia musiały udać się na obczyznę. W domu został jeszcze jeden syn, który aktualnie poszukuje pracy i w trybie wieczorowym uczęszcza do szkoły średniej.
Państwo Kowalscy mieszkają w ostatnim lokalu komunalnym wchodzącym w skład “uwałszczonej” wspólnoty mieszkaniowej “Pod klonem” przy ul. Wolności 15.
Na początku stycznia bieżącego roku, gdy p. Ela przestała już wstawać z wózka inwalidzkiego, listonosz przyniósł dobrą wiadomość. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie dofinansuje adaptację łazienki oraz budowę niezbędnego podjazdu do mieszkania.
Mogłoby się wydawać, że uzyskanie zgody od sąsiadów jest tylko formalnością i życie inwalidki wkrótce stanie się łatwiejsze. Zwłaszcza, że budynek znajduje się w Szczytnej, której władze lubią się chwalić rzekomo powszechną w miejscowości tolerancją dla osób niepełnoprawnych.
Czar prysł, gdy po jakimś czasie, ten sam listonosz przyniósł z Urzędu Miasta szokującą informację. Otóż złożona z wieloletnich sąsiadów państwa Kowalskich wspólnota “Pod klonem” nie wyraziła zgody na wykonanie podjazdu do budynku. Właściciele mieszkań jednogłośnie uznali, że “stan techniczny nie pozwala na przeprowadzenie takiej zmiany” a poza tym dom jest stary i “nie należy zmieniać jego wizerunku”.
Wyczerpani walką z chorobą państwo Kowalscy nie chcą prowadzić bojów z sąsiadami, nie potrafią jednak zrozumieć skąd się w ludziach bierze tyle złości. Przecież choroba nie wybiera i może dotknąć absolutnie każdego. Pani Ela nie rozumie też, dlaczego niektóre z sąsiadek przestały patrzyć jej w oczy. Gdy ze sporym trudem schorowanemu p. Kaziowi uda się ściągnąć po schodach wózek z żoną na podwórko, część sąsiadów odwraca wzrok w drugą stronę. Wyrzuty sumienia? Tłumione? Tylko czym? Staropolską złośliwością czy też rozłożeniem winy po równo na wszystkich mieszkańców, którzy podpisali się pod uchwałą w rubryce “nie wyrażam zgody”?
Z całej tej historii wypływa jednak nauka. Aby spokojnie spoglądać w twarz innym ludziom, zawsze trzeba pozostać człowiekiem. Nawet gdy po latach bycia najemcą w końcu stało się wielmożnym właścicielem odkupionych na preferencyjnych warunkach kilku procent udziału w starej kamienicy.

POKOLENIE ZOMBIE

Można powiedzieć, że jesteśmy pokoleniem Zombie. Po raz kolejny przeżyliśmy koniec świata. Tym razem podobno przepowiedzieli go Majowie. Nadmuchana przez popkulturę w ciągu ostatnich lat bańka medialna, przyniosła jej twórcom krociowe zyski.

Zgodnie z badaniami naukowymi Majowie – wyjątkowo brutalna, wręcz sadystyczna, cywilizacja południowoamerykańska swoją mądrość opierali na obserwacjach nieba, konfrontując je z powtarzającymi się cyklami przyrodniczymi. W tej też materii osiągnęli perfekcję, potrafiąc przepowiadać ze sporą dozą, prawdopodobieństwa zjawiska atmosferyczne. Pozwala nam to sądować jakoby w grudniu tego roku ludzkość miała oficjalnie wejść w nowy cykl. Ten, sądząc po liczbie obserwowanych w ostatnim czasie anomalii pogodowych, na dobrą sprawę już się zaczął. Powtarzające się susze, powodzie czy tornada najprawdopodobniej są symptomami ocieplającego się i ochładzającego cyklicznie co kilkaset lat klimatu na naszej planecie. I to wszystko. Dla Majów kilka suchych lat przeplatanych powodziami oznaczać mogło upadek gospodarki a w konsekwencji cywilizacji. Współczesny, zglobalizowany świat potrafi sobie z tym problemem poradzić, zwłaszcza że anomalie pogodowe rozkładają się nierównomiernie i zawsze na Ziemi znajdą się miejsca skąd żywność będzie można dostarczyć. Pożywienie naszpikowane chemią i hormonami, ale jednak dające przetrwanie w nieprzyjaznych warunkach. Tryumf cywilizacji nad pogodą. O wiele trudniej niż pogodę jest jednak przezwyciężyć człowieka z jego naturą, który w czasach nacechowanych klęskami żywiołowymi zwykł chwytać za karabin.
III Wojna Światowa rozpoczęła się 11 września 2001 roku i jest w nią dziś zaangażowanych większość państw świata. W stosunku do II Wojny Światowej różni się ona tym, że front nie przebiega w Europie lecz w Azji i Afryce a rzeczywistymi stronami konfliktu są nie państwa, lecz cywilizacje. W samą tylko misję afgańską, po stronie koalicji swoje wojska zaangażowało 50 państw świata, t.j. Albania, Armenia, Australia, Austria, Azerbejdżan, Bahrajn, Belgia, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czarnogóra, Czechy, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Grecja, Gruzja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Islandia, Jordania, Kanada, Korea Południowa, Litwa, Luksemburg, Łotwa, Macedonia, Malezja, Niemcy, Mongolia, Nowa Zelandia, Norwegia, Polska, Portugalia, Rumunia, Salwador, Singapur, Słowacja, Słowenia, Stany Zjednoczone, Szwecja, Tonga, Turcja, Ukraina, Węgry, Wielka Brytania, Włochy i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Obydwa poprzednie globalne konflikty zbrojne pociągnęły za sobą problemy ekonomiczne państw zaangażowanych. Podobnie jest i za trzecim razem, gdy równolegle do rosnących wydatków na zbrojenia obniża się poziom życia obywateli a gospodarkę wypala nasilający się kryzys ekonomiczny. Konsekwencją takiego stanu rzeczy może być wybuch rewolucji, co miało już miejsce w następstwie I Wojny Światowej w roku 1917 na terenie Cesarstwa Rosyjskiego oraz przejęcie władzy przez brunatną prawicę (Włochy 1922, Niemcy 1930, Hiszpania 1936). Pierwsze syndromy powrotu do schematów sprzed lat obserwujemy codziennie na ulicach wielkich miast całego świata, na które znów wychodzą masy prawicowo, bądź też lewicowo zbuntowanych obywateli. Historia lubi się powtarzać i nie sądzę aby w najbliższej przyszłości czekał na nas zapowiadany w 1989 roku przez Francisa Fukayamę koniec historii i początek neoliberalnej “belle époque”. Przepowiedzianego przez Majów końca świata raczej też nie będzie.

UWAGA TELEZŁODZIEJ!

Oszuści zastawili pułapkę na starszych ludzi, wpadła w nią m.in p. Maria z Dusznik Zdroju.

– Halo, dzień dobry Pani, dzwonię w sprawie zmiany abonamentu telefonicznego na niższy. Czy się Pani zgadza? Tak? Bardzo dobrze, kurier przyniesie umowę do podpisu. Miłego dnia.

Krótka rozmowa z pracownikiem call center, kurier, jeden podpis i cała masa problemów. Pułapka zastawiona głównie na emerytów polega na podsuwaniu im do podpisu umowy, która w praktyce powoduje zmianę operatora telefonicznego. Po jakimś czasie do klienta odzywa się dotychczasowy operator, z prośbą o uregulowanie kary za przedterminowe zerwanie umowy. Właśnie wtedy większość oszukanych orientuje się, że wpadła w pułapkę. Składane u nowego operatora reklamacje klientów, którzy nieświadomie zmienili sieć i chcą wrócić do poprzedniej rozpatrywane są sprawnie i szybko. Niemniej jednak nowa firma telekomunikacyjna wraz z informacją o pomyślnym rozpatrzeniu sprawy, także przesyła do zapłaty fakturę – opiewającą na prawie 500 zł. Opatrzona “pieczątką straszakiem” Krajowego Rejestru Długów faktura jest wezwaniem do zapłaty kary umownej na rzecz operatora w którego ramionach klient znalazł się nieświadomie. Mechanizm oszustwa jest prosty, dochodowy i opiera się na obietnicy oszczędności a następnie wywołaniu strachu i poczucia winy u zdezorientowanego klienta. Co zatem robić gdy padliśmy ofiarą telefonicznych naciągaczy? Przede wszystkim, zanim odwiedzimy pocztę z zamiarem zapłacenia trefnej faktury, powinniśmy odwiedzić posterunek policji. Pamiętajmy, oszustwo jest przestępstwem i jako takie podlega ściganiu.

Smutny dzień Europy

Nie minęły trzy miesiące od wejścia nowych państw członkowskich Unii Europejskiej do strefy Schengen a Europę podzieliła nowa granica.
W chwili gdy kosowski premier Hashim Thaci odczytał deklarację niepodległości naród serbski został podzielony na dwie części niczym naród niemiecki po II wojnie światowej. Trudno się dziwić słowom oburzenia padającym z ust serbskich polityków w chwili gdy zarządzane przez nich państwo traci kolebkę własnej państwowości. Tak samo trudno nie mieć zrozumienia dla polityków Federacji Rosyjskiej widzących flagi amerykańskie powiewające na ulicach Prisztiny.
Ameryka od lat starała się zdobyć przyczółek dla własnej neokolonialnej polityki w „kotle bałkańskim”. Po dziś dzień przed oczyma serbskich cywilów stają obrazy z przełomu 1998 i 1999 roku, kiedy to przez 78 dni jankeskie bombowce niszczyły ich domy i mordowały najbliższych. Teraz zło tryumfuje – tryumfują podziały a powrót czystek etnicznych jest kwestią czasu. Jak zwykle za ten smutny tryumf administracji z Waszyngtonu zapłacą niewinni cywile a walutą podobnie jak 10 lat temu będą łzy serbskich i albańskich dzieci. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że społeczność międzynarodowa nie uzna tego, jak to słusznie nazwał premier Serbii Vojislav Kosztunica, „fałszywego państwa”. Jedno jest pewne – siedemnasty lutego 2008 roku na zawsze zapisze się jako smutny dzień w historii Europy. Granice należy znosić, a nie budować nowe.

Polski baran w Kambodży

Polska w Kambodży zazwyczaj nie kojarzy się z niczym konkretnym. Tutaj każdy biały nazywany jest Baranem (sic!), czyli z khmerskiego “Francuz”. Spotkałem się z powiedzeniem “pachniesz jak po polskich perfumach”, które oznacza zapach luksusu. PRLowski eksport “Warsa” i “Pani Walewskiej”? Nie wiem. Jednocześnie odnoszę wrażenie, że Polacy jako “marka” odbierani są pozytywnie co niekoniecznie można powiedzieć choćby o Rosjanach. Wszędzie gdzie jestem staram się nie robić obciachu a zwyczajnie fajnie jest wypić z sąsiadami przywiezioną w prezencie butelką orzechowej “Soplicy”. Myślę, że jesteśmy postrzegani jako ludzie przyjaźni. Kambodża nie jest także miejscem gdzie trafiaja ten typ turystów z Polski, których później musimy się wstydzić. Tacy ludzie na szczęście nie wiedzą gdzie Kambodża się znajduje. Myślę, że jesteśmy tutaj lubiani. Mój przyjaciel, tuk tuk driver z Phnom Penh – najlepszy tuk tuk driver świata – wywiesił na tuk tuku polską i kambodżańską flagę. Vanna obsługuje wielu turystów z Polski i ma o nas jak najlepsze zdanie. Polacy po prostu są fajni, pożartują, zaproszą takiego kierowcę na obiad, piwo postawią, nie będą marudzić, będą się trargować, ale zostawią napiwek, a na koniec podarują flaszeczkę dobrej polskiej wódki na pamiątkę. To jest ta druga, pozytywna strona Polaka, której w pogrążającej się w paranoi i konflikcie Polsce niestety nie widać.
W mojej restauracji nad barem wisi sporych rozmiarów flaga Dolnego Śląska, a w menu znajdziemy “Żubrówkę” oraz placki ziemniaczane. Lubią je zwłaszcza khmerskie dzieciaki oraz Amerykanie. Za każdym razem, gdy robię jakieś nowe polskie jedzenie wrzucam je na profil restauracji z angielskim opisem co to jest i skąd pochodzi. Tak samo zrobiłem z galerią z Wigilii (przy stole nie było ani jednego chrześcijanina), którą sobie urządziliśmy w Khmerburgerze. Aby dostrzec to, co w Polsce jest fajne, z perspektywy Polaka trzeba najpierw dostrzec to, co fajne nie jest. Zaakceptować i umieć zażartować z samych siebie. To przez kompleksy Polacy komicznie męczą od lat obcokrajowców historiami o Janie Pawle II, Małyszu czy ostatnio Smoleńsku. Czasami odnoszę wrażenie, że chcielibyśmy czuć się lepsi od innych. My Polacy. A nie jesteśmy. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Każdy naród ma jakąś specyfikę – tę negatywną i tę pozytywną. To wynika z historii, geografii, demografii etc. i tak naprawdę sprawia, że świat nie jest nudny i wciąż ewoluuje.
Poznałem tutaj wielu bardzo fajnych ludzi, którzy mają jakieś polskie korzenie i o nich z poczuciem dumy lub częściej pobabcinej nostalgii pamiętają. Zdecydowanie gorzej jest z językiem, który szybko zanika – jest trudny i nie łudźmy się, w świecie niezbyt użyteczny. Na świecie jest bardzo wielu takich, którzy Polakami nie są, ale mają jakiś procent biało czerwonej domieszki. Moja koleżanka, wolontariuszka z Meksyku opowiadała mi z kolei, że Polacy stanowią w jej kraju wyższą klasę społeczną, bogatszą od Niemców, a pieniądze zarobili na prowadzonym od sklepikowej kolebki biznesie mięsnym. “Polskie” mięso uchodzi za najlepsze. Myślę, że bardzo ważne, może nawet najważniejsze jest też, aby z tym eksponowaniem polskości za granicą też nie przesadzać. Zdarzało mi się w innych krajach obserwować w tej materii rozmaite przeginki. Nie jesteśmy nikim wyjątkowym, ale za to jesteśmy fajni, mamy ciekawą kulturę i bez kompleksów powinniśmy się tym dzielić.

CambodiaJah

Wymieniając z głowy listę państw, gdzie polityka narkotykowa jest o niebo lepsza niż nad Wisłą bardzo często zapominamy o Kambodży. Egzotyczny kraj o tyle nieznany co i liberalny w kwestii posiadania marihuany.

Kambodża to egzotyczny, buddyjski kraj ze starożytną historią, zdziesiątkowany w latach 1975-1979 przez reżim Czerwonych Khmerów. Wraz z wchodzeniem w życie nowego pokolenia powoli zabliźnia się rana w postaci ruiny państwa, holocaustu inteligencji oraz wszystkich uznanych przez władzę za wrogów. Największy kompleks świątynny świata Angkor Wat został uznany za największą atrakcję roku 2015 przez TripAdvisor, rajskie wyspy w pobliżu Shianouvllle zapełniają się luksusowymi resortami a hostele w sezonie okupują zachodni backpackerzy. Przy tym wszystkim Kambodża jest jeszcze nieodkryta i stosunkowo dziewicza. Jadąc ze stolicy kraju Phnom Penh na południe dotrzemy do kolebki starożytnego Królestwa Funan – prowincji Takeo – krainy zapomnianych górskich świątyń, przyjaznej ludności oraz pól ryżowych zmieniających się w porze deszczowej w jeziora.
Można więc zwiedzać, plażować, pójść na imprezę lub jak kto woli do świątyni. Przy tym wszystkim można też palić. I to całkiem oficjalnie. Liczne w turystycznych miejscach pizzerie oferują w swoim menu nafaszerowaną marihuaną „happy pizzę”, a barmani całkiem chętnie sprzedają w lokalach jointy. „Oficjalnie” nie znaczy jednak legalnie. Prawo narkotykowe w Kambodży jest o wiele mniej restrykcyjne niż np. w sąsiedniej Tajlandii. Znajomy złapany w Tajlandii jointem pod presją argumentu „death penatly” musiał zapłacić prawnikowi 7000 usd za załatwienie sprawy. W Kambodży jest o tyle inaczej, że twarde narkotyki są traktowane przez władze z najwyższą surowością (pewnie w większości przypadków wysoka łapówka), o tyle marihuana ma status semi-legal. Jest tak zapewne z powodu tradycyjnego zastosowania konopi w kuchni khmerskiej. Moja sąsiadka na wsi gdzie mieszkałem, starsza pani dziwiła się dlaczego biali ludzie to palą, bo jak ona ugotuje zupę to zaraz wszyscy idą spać. Wiąże się to także z dostępnością tematu i jego ceną. Nie jest to proste, ale na wsiach można znaleźć rolników, którzy uprawiają na własne potrzeby lub na eksport (Złoty Trójkąt), jeżeli Wam się uda to cena za 100 g. będzie wynosić ok. 20 usd. Oferowano mi kiedyś kilo za 300 usd – czyli tanio. Na ulicy średnia cena to ok. 20 usd za ok. 20 g. nie mniej jednak tuktuk driverzy i helołmajfrendzi będą próbowali was wyrolować. Podobne ceny są w knajpach. Jeżeli chodzi o twarde narkotyki – króluje „ice”, który w ostatnich latach zdeklasował heroinę. Ice to kryształy metaamfetaminy wzbogacone o 7% kofeiny bądź hery zależnie od widzimisię kucharza. Specyfik robi furorę w kręgach prostytutek, które pracują po 12 godzin na dobę. Lepiej nie eksperymentować, a już na pewno nie palić. Uzależnia i zdarzały się przypadki śmierci turystów na skutek hipertermi. W kwestii jakości oferowanej marihuany, oceniłbym ją „niezłą naturkę”, przeważnie topy z patykami i nasieniem, choć nie zawsze.
Ceny żywności, noclegów, transportu (lokalny jest zjawiskowy) są niskie. Zależnie od standardu (4-6 usd) za hostel w górę. Jakość usług jest fajna, ludzie mili, kraj bezpieczny, jedzenie smaczne. Jeżeli nie jesteś idiotą i nie obnosisz się wszędzie z paleniem, robisz to z kulturą, problemów mieć nie będziesz. Jeżeli ich szukasz bądź jakoś w nie wpadniesz, nie graj cwaniaka, lecz na najniższym możliwym szczeblu negocjuj satysfakcjonującą dla obydwu stron łapówkę. Później będzie tylko drożej a i tak zapłacisz. Nie polecam kontaktu z prostytutkami. Niedrogie znaczy niezbyt bezpieczne. Wirusem HIV zarażonych jest 34% lokalnych prostytutek, co powinno wystarczyć za resztę komentarza. W całej Azji Pd-Wsch występuje ryzyko zachorowań na malarię oraz dengę. Nie są to choroby powszechne, a niektóre rejony jak Siem Reap czy Phnom Penh uchodzą za miejsca bardzo bezpieczne. Zasadniczo dla własnego spokoju polecam używanie tabletek antymalarycznych (szczepienia nie istnieją) oraz środków odstraszających komary.
Kambodża ze swoimi zabytkami, rajskimi plażami, liberalnym podejściem do prawa oraz atrakcyjnymi cenami stanowi genialną alternatywę dla wysp po tajlandzkiej stronie zatoki. Dostać się tu najłatwiej w miarę tanim lotem do Bangkoku (mlecznepodroze.pl, fly4free.pl) a dalej jak kto woli: lokalnym „rajanem” AirAsia lub za dwadzieścia kilka dolarów nocnym busem. Koszt wizy kambodżańskiej wynosi 30 usd, a do Tajlandii wjedziemy za darmo.

Śmietniki nadziei

„Najpierw się wstydziłem, ale to kto inny powinien się wstydzić. To nie moja wina, że dzisiaj grzebię w śmietniku, czasami w życiu nie masz wyboru” – mówi pięćdziesięcioczteroletni M. z Dusznik Zdroju.

Wieczorem gdy drzwi dusznickiego supermarketu Biedronka są już zamknięte, po żywność przychodzą ubodzy mieszkańcy miasta.
„Ten śmietnik zawsze jest pełen produktów po terminie, ale jakie one po terminie skoro nadają się do jedzenia” – opowiada M., duszniczanin, były pracownik ZEMu. „Opieka daje grosze, jeśli w ogóle coś daje”. Czy M. ma problemy z alkoholem? „Piję, owszem, ale dawniej nigdy nie piłem, piję odkąd straciłem pracę, gdy załamała się fabryka”. Pod Biedronkę przychodzi coraz więcej osób – większość z nich alkoholu nie używa – są zwyczajnie biedni. Chcąca zachować anonimowość pracownica supermarketu, potwierdza słowa napotkanych „szperaczy”. „Ludzi przewija się tutaj sporo. Dlaczego przychodzą? Bo nie mają co jeść”.
Podobnie dramatyczna sytuacja jest w Kudowie Zdroju. Czterdziestoletnia matka dwojga dzieci, kudowianka L. ze łzami w oczach przyznaje się do wieczornych odwiedzin na zapleczu miejscowej Biedronki. „Nie wiem co bym zrobiła, gdyby nie to miejsce, kiedyś żyło się lepiej, teraz jest tylko gorzej i gorzej”. Najłatwiej spotkać ludzi pod Biedronką przed weekendem, wtedy towar w śmietniku jest „świeży” i jest go najwięcej. Zapytany jak widzi przyszłość M. odpowiada – „Przyszłości tutaj nie ma, sklepy zamykają, powstają tylko lumpeksy a robota jeżeli już jakaś się trafi to na czarno, za grosze i tylko od czasu do czasu. Ludzie mówią o zamknięciu Biedronki w Dusznikach, ponoć ma powstać w Szczytnej. Trudno mam rower, będę tam jeździć”.

Dwa światy

Ludzie przechodzą obok nich obojętnie, spoglądają na nich z pogardą, obrzydzeniem, odrazą. Czasami by zagłuszyć wyrzut sumienia dadzą „na odczepnego” 50 groszy mając wewnętrzne przekonanie, iż owe pieniądze i tak zostaną w najbliższym monopolowym obrócone w procenty.
Oni, często pijani, brudni, przyodziani w poobdzierane szmaty zachowują się głośno, wulgarnie, zaczepiają przechodniów, czasami coś ukradną. W ten sposób wyrażają niechęć do społeczeństwa, które ich odrzuciło, a którego niegdyś byli częścią.
Są też tacy, którzy mało piją, dbają o higienę, podejmują się pracy na czarno bądź dyskretnie zaczepiając na ulicy grzecznie proszą o wsparcie. Ci z reguły są „na gigancie” od niedawna – spotykając się z coraz to większym odrzuceniem społecznym powoli skończą jak ich „starsi” koledzy.

Niesprawiedliwość poza prawem

W dzisiejszych czasach linia podziału na obywateli pierwszej i drugiej kategorii pokrywa się z granicą posiadania meldunku.
Na wrocławskim dworcu PKS spotkałem Piotra – pochodzącego z jednej z podkłodzkich wiosek bezdomnego mężczyznę w średnim wieku. Poprosił mnie o papierosa – po krótkiej rozmowie dostał całą paczkę.
„Jak nie masz meldunku w dowodzie to masz tu prze…ane.” – opowiadał „gdy widzą, że masz jakieś zameldowanie, to cię nie ruszą, boją się, że ktoś się o ciebie upomni. Ja nie mam meldunku” powiedział pokazując mi dowód osobisty. „W zeszłym roku jak był mróz, odpalałem papierosa pod wiatą na berzie (wrocławski dworzec PKP – przyp. PB), trafił na mnie patrol, zaciągnęli na komisariat i bili pałami. Garcia (dworcowe przezwisko komendanta) powiedział, że jeśli jeszcze raz mnie złapią, to wywiozą mnie na wysypisko i zastrzelą ruskimi nabojami, a nikt mnie nie będzie szukał. Naprawdę się boję”.
Łatwo się domyślić, że jeżeli tego papierosa zapaliłby „przyzwoity” obywatel – mundurowi pewnie zwróciliby mu tylko uwagę, w najgorszym wypadku zapłaciłby mandat. Bezdomni nie mają jednak czym zapłacić, nie mają nawet gdzie mieszkać.
Są także częstym obiektem agresji ze strony zdemoralizowanych wyrostków, która w wielu przypadkach kończy się śmiercią. Aby zapewnić sobie środki do życia świadczą usługi seksualne, za które niejednokrotnie nie dostają zapłaty. Zdarza się, iż padają ofiarami zabójstw na tle seksualnym. Tak naprawdę nikt nie jest w stanie powiedzieć ilu z nich zostało zamordowanych przez rozmaitych psychopatów. Tego nikt nie liczy – z rozmów, które prowadziłem na dworcu wynika, że wielu z nich pewnego dnia po prostu nie pojawia się pod kaloryferem. Niektórzy szukając lepszych warunków wyjeżdżają do innego miasta. Co się dzieje z resztą? Nie wiadomo.

Nasi bezdomni

Według danych Monaru liczba bezdomnych w Polsce oscyluje około 300 000 osób. Co daje 0,8 procenta z ogólnej liczby 38 636 157 Polaków. Jest to na prawdę spora grupa odpowiadająca w przybliżeniu liczbie mieszkańców Lublina.
Bezdomność nie stanowi jednak wyłącznie problemu wielkich miast. Na prowincji jest ona mniej zauważalna – głównie z kilku powodów. Mniejsza liczba bezdomnych (często kilka osób) łatwo „rozpływa się” w reszcie mieszkańców. Zwykle te kilka osób zamieszkuje na działkach, w garażach, piwnicach etc. nie tworząc skupisk takich jakie znajdują się a dworcach kolejowych w metropoliach. Wstyd przed małą społecznością powoduje, iż często emigrują do większych miast gdzie w swojej biedzie są bardziej anonimowi. Zrobił tak Marek (imię zmienione) z Dusznik Zdroju, koczujący dziś we Wrocławiu.
Mała gmina to mniejsze problemy, oraz większe szanse na ich rozwiązanie. Tak jest np. w Dusznikach Zdroju gdzie na dzień dzisiejszy żyje pięciu bezdomnych.
Inaczej sytuacja wygląda w Kłodzku. W tutejszej noclegowni przebywa aktualnie 14 osób, jednak sprawozdanie za rok 2006 mówi o 39 bezdomnych. Liczba ta stanowi 0,14 % ogółu mieszkańców i znacznie przewyższa średnią krajową.
Jednego z nich spotkałem leżącego na ławce w poczekalni stacji kolejowej Kłodzko Miasto. Nie chciał ze mną rozmawiać. Ma dość kontaktów z obcymi – w zeszłym tygodniu został „skopany przez gówniarzy”. Na policję nie szedł. Bo i po co?
Jak dowiedziałem się w kudowskim OPSie, osób „faktycznie bezdomnych” tam nie ma. Meldunku nie posiada natomiast ok. 4-5 osób, które w oczekiwaniu na przydział mieszkania socjalnego pomieszkują kątem u znajomych.
W Lewinie Kłodzkim są dwie osoby bezdomne. Jedna z nich aktualnie przebywa w zakładzie karnym, druga dzięki pomocy osoby prywatnej zajmuje „ogrzewany barak mieszkalny”.
Niełatwe zadanie ma ktoś, kto zechce znaleźć w Internecie adres bądź numer telefonu Ośrodka Pomocy Społecznej w Międzylesiu. Pod tym względem Międzyleski BIP należy do najgorszych w regionie. Pracownicy Ośrodka Pomocy Społecznej twierdzą, iż na terenie ich gminy zjawisko bezdomności nie występuje. „Około” trzech osób nie posiada zameldowania, aczkolwiek „mieszka u konkubentów”.
W Polanicy Zdroju jest siedem osób bezdomnych. Jedna z nich dostała propozycję „wyjazdu” do schroniska Brata Alberta. Nie skorzystała.
Wielu bezdomnych boi się schronisk, gdyż stanowią one inny świat: pełen przemocy i nienawiści, świat, w którym toczy się ciągła walka o przetrwanie.
Rozmawiałem z bezdomnym, który w krakowskim schronisku został okradziony, pobity oraz nabawił się wszawicy.
Co najmniej siedmiu bezdomnych żyje w Lądku Zdroju. Zimę przetrwali w schroniskach (np. w Świdnicy) bądź też u znajomych. Tutaj pracownicy socjalni „unikają jak ognia” sytuacji w której ich podopieczni mieliby zimować w altankach, komórkach czy piwnicach.
Nieco inaczej jest w Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie do schroniska została odesłana jedna osoba – o reszcie OPSowi nic nie wiadomo. Urzędnicy nie wykluczają jednak, iż na terenie ich gminy istnieje „bezdomność ukryta”.
Bardzo częstą przyczyną bezdomności jest choroba alkoholowa oraz rozpad rodziny. W Radkowie żyje czterech bezdomnych. Jeden z nich teoretycznie posiada mieszkanie, jednak zajmuje je jego była żona z partnerem oraz córkami.
Dzwoniąc do OPSu w Szczytnej usłyszałem, że „wśród klientów Ośrodka Pomocy Społecznej nie ma bezdomnych”.
W podobnym tonie wypowiadają się urzędnicy ze Stoszowic. Był tu co prawda jeden, ale aktualnie przebywa u siostry, gdzie będzie do czasu uzyskania mieszkania socjalnego.
Z kolei w Stroniu Śląskim żyją trzy osoby bezdomne – przynajmniej o tylu wiedzą urzędnicy, jak jednak przyznają – ta liczba może być większa.
Jak na ironię barak noworudzkiej noclegowni dla bezdomnych mieści się przy ulicy Obozowej 4 A. Aktualnie przebywa w niej sześć osób – tylko tyle jest miejsc. Pracownicy Ośrodka Pomocy Społecznej niestety nie potrafią powiedzieć jaka jest skala zjawiska w Nowej Rudzie i co się dzieje z pozostałymi.

Problem rzeczywiście istnieje

Bezdomność to przeklęty krąg z którego bardzo trudno jest się wyrwać. Osoba nie posiadająca stałego miejsca zameldowania jest praktycznie pozbawiona możliwości podjęcia pracy zarobkowej, bez której nie ma szans na opłacenie mieszkania.
Nie posiadając adresu zameldowania osoby bezdomne zostały praktycznie pozbawione prawa wyborczego (nie mają prawa głosu, chyba, że same wpiszą się do rejestru wyborców) przez co politycy nie muszą się z nimi liczyć.
Po kilku latach wykluczenia ze społeczeństwa wielu ludzi nie chce do niego wracać podświadomie obawiając się ponownego upadku. Największy problem tkwi w pogodzeniu się przez większość bezdomnych ze swoją sytuacją życiową. Alkohol dla większości z nich stanowi odskocznię od rzeczywistości – rozgrzewa i pomaga zapomnieć. Niestety jednocześnie jeszcze głębiej wciąga w bagno w którym się znajdują.
Wśród najczęstszych powodów bezdomności wymienia się: rozpad rodziny, eksmisję, brak stałych dochodów, uzależnienia czy powrót ze szpitala psychiatrycznego. Według organizacji zajmujących się pomocą bezdomnym do ich placówek coraz częściej trafiają osoby posiadające wykształcenie średnie i wyższe. Bezdomność jest chorobą społeczną, która może dotknąć każdego z nas.

 

Lewa strona prawdy

Kilkanaście lat po upadku Polski Ludowej społeczeństwo zdało sobie sprawę z faktu utraty stabilizacji ekonomicznej charakterystycznej dla modelu państwa socjalistycznego. Jednak czy nie jest za późno?
Po roku 1989 w Polsce stworzono nowy, wręcz „idealny” system polityczny, reprezentujący zarówno interesy ówczesnej władzy jak i opozycji. W owym systemie rajskiego kapitalizmu znakomicie odnaleźli się zarówno PRLowscy notable, jak i
„rewolucjoniści” pokroju Adama Michnika. Prywatyzacja za przysłowiową złotówkę pozwoliła na przejęcie niewielkim kosztem mienia państwowego. To w ten właśnie sposób postpeerelowskie elity zabezpieczyły sobie i swoim rodzinom wygodny byt na najbliższe kilkadziesiąt lat. Tym samym sposobem, kosztem upadających zakładów pracy, rosnącego bezrobocia i zataczającej coraz szersze kręgi biedy, ludzie Solidarności zbudowali sobie raj na ziemi.
Zarówno stare jak i nowe elity w latach osiemdziesiątych występowały w obronie klasy pracującej, w obronie socjalnych praw i przywilejów górników, hutników, stoczniowców etc. Wtedy nikt nie mówił o destrukcji państwa socjalnego, o zamykaniu zakładów pracy, o sprzedaży majątku narodowego czy wywalaniu ludzi na bruk. Opozycja podkreślała niedociągnięcia władz PRL, przedstawiając się jako socjalne panaceum na wszystkie bolączki ludu pracującego miast i wsi.
Po magicznym roku 1989 wyrosły w Polsce nowe elity składające się PZPRowskich aparatczyków i solidarnościowych gołodupców. Jedni i drudzy praktycznie z dnia na dzień stali się posiadaczami wielkiego kapitału. Jak wiadomo nie od dziś: „byt kształtuje świadomość”. Ot i ten właśnie byt ukształtował świadomość klasową nowej oligarchii. „Full wypas” jak mawiał poseł Pęczak. Mercedesy, spotkania w elitarnych klubach, panienki, wczasy spędzane na Wyspach Kanaryjskich. Ot nagroda za udany przewrót.
A ludzie? Któż by się z nimi liczył? Kogo obchodzi fakt dostawania przez emerytów pięciuset złotych eutanazji w zamian za całe życie harówy? Młodzież? Po co tworzyć nowe miejsca pracy? Niech młodzi i wykształceni wynoszą się do Anglii szorować kibelki! Tutaj takich nie potrzeba, bo jeszcze któryś się kapnie co w kraju jest nie tak i zrobi zadymę. Przyda się co prawda trochę mięsa armatniego na nowe kolonialne podboje USA, jednak najemnicy zawsze się znajdą. Tym bardziej, że w kraju bieda.
Na naszych oczach odbywa się obrzydliwy bal establishmentu. Złodziejskie elity bezwstydnie zmieniają się u koryta natomiast biedne społeczeństwo ledwo wiąże koniec z końcem (lub go nie wiąże wcale). Co jakiś czas rozmaite PiSuary czy członkowie Młodzieży Weszpolskiej budzą strach w sercach normalnych obywateli wskrzeszając demony nienawiści. Najgorszym grzechem okazuje się schowana w szufladzie legitymacja PZPR a nie daj Bóg obecność na jakiejś internetowej „liście Wildsteina”.
W PRL nie wszystko było dobre, ale i nie wyczystko było złe. Niestety apele o zdrowy rozsądek nie są w stanie przebić się przez rodzimą skorupę oszołomstwa i ignorancji. Rzeczona skorupa jest zasłoną dymną dla pseudolewicowych cwaniaków z SLD i POPiSów oszołomskiej prawicy.
Polska potrzebuje dzisiaj autentycznej myśli lewicowej. Odcinającej się od starych skompromitowanych i utuczonych na biedzie społeczeństwa baronów SLD. Potrzebujemy lewicy nienegującej własnej historii, która nie pluje na dorobek Polski Ludowej i nie czerpie profitów z jej upadku. Naszedł czas na zmianę warty.

Podkultura kolorowych pudełek

Pewien znajomy zakupił program komputerowy. W wielkim pudełku, za kilkaset złotych dostał jedną płytkę CD. Po zainstalowaniu tegoż cudownego programu w domowym komputerze stwierdził, iż sprawdza się on o wiele gorzej od bezpłatnego odpowiednika działającego pod moim Linuksem.
Ludzie w swoich wyborach kierują się najczęściej wyglądem opakowania, marką (im bardziej znana tym lepsza) i ceną (droższy towar powinien być lepszy).
Nie liczy się jak bardzo śmierdzą drogie perfumy, ważne jest aby na luksusowym flakoniku widniało logo Chanel.
Media, kreujące postawy społeczne wylansowały styl życia nastawiony na konsumpcję, stworzyły nowego człowieka o mentalności wieprza: im więcej zeżrę tym wyższa moja wartość, im więcej szmalu zostawię w kieszeni wielkich korporacji tym bardziej jestem trendy. Rynkowa propaganda zwana reklamą towarzyszy nam od dziecka do późnej starości. Jest niczym wirus, od którego nie sposób się uchronić. Nawet gdy nie oglądam telewizji to wychodząc z domu widzę głupawe bilbordy, wsiadam do tramwaju i znów z reklamy spogląda na mnie uśmiechnięta gęba jakiegoś kretyna zajadającego się amerykańskim wafelkiem. Na sam koniec z gazetki rozdawanej na ulicach dowiaduję się, że jeden z marketów nie jest dla idiotów. Widocznie to ja jestem idiotą.
Kilka marek z branży odzieżowej, spożywczej, motoryzacyjnej, kosmetycznej i elektronicznej wyznacza szlaki nowego człowieczeństwa. Lepszy jest ten, który jeździ mercedesem i ubiera się u Gucciego niźli ten, który ubiera się w lumpeksie i podróżuje pociągiem.
Wartość człowieka XXI wieku liczona jest w dolarach. Intelekt, dobro, tolerancja, współczucie i zrozumienie zastały zepchnięte na boczny tor. Twórcy nowego człowieka wylansowali atrakcyjny model imbecyla zapieprzającego na chwałę wielkich korporacji. Praca jest ceniona o tyle o ile zarobione pieniądze w formie konsumpcyjnego trybu życia wracają do wielkich tego świata. To oni, królowie kapitału decydują kto jest wartościowy a komu rynek przypisał rolę odpadu. Nawet w najbiedniejszych regionach globu telefon komórkowy stał się przedmiotem pożądania. Jedna z amerykańskich firm trudni się skupem komórkowego złomu, który po naprawie eksportuje do państw trzeciego świata. Mamy więc ludzi pierwszej, drugiej i trzeciej kategorii.
Na szczycie drabiny społecznej stanęli ci, których stać na najnowszy model Noki, pod nimi są ci, których co prawda na nową Nokię nie stać aczkolwiek kupują stary model z odzysku. Na samym dnie znaleźli się ludzie, których nie stać nawet na jedzenie. Oni są „biedni bo głupi”, wszak w myśl doktryny liberalnej silniejszy połyka słabszego.
Siła wolnego rynku leży w marketingowym wykorzystaniu najniższych instynktów. Wielkobudżetowa kinematografia Hollywood przepojona jest wprost oszałamiającą dawką kretyństwa. Śmierć i seks sprowadzone do roli towaru zawładnęły umysłami prostych zjadaczy hamburgerów. W dobie globalnego kapitalizmu towarem jest to co można sprzedać, a sprzedać dziś można wszystko łącznie z człowiekiem. Sprzedajmy zatem kapitalizm. Sprzedajmy go istotom z innej planety, nam jest zupełnie zbyteczny. Choć z drugiej strony co nam zawinili biedni Marsjanie?

Sztuczny problem bezrobocia

W czasach przedhistorycznych każdy przedstawiciel naszego gatunku miał prawo ubić dziką zwierzynę, tudzież do woli trudnić się zbieractwem w celach konsumpcyjnych. Ten sam praczłowiek mógł zająć dowolną jaskinię, bądź sklecić dowolnych rozmiarów szałas w celach mieszkalnych. Tak wyglądał stan naturalny. Późniejsze wieki przyniosły światu postępującą złożoność stosunków międzyludzkich. Pojawiły się prawa własności a także fenicki wynalazek w postaci pieniądza. Powstało państwo, mające na celu ułatwienie życia szaremu człowiekowi. To na jego rzecz każda jednostka ludzka zrzekła się jakiejś części własnej wolności.
Efektem takiego stanu rzeczy jest m.in. to, iż dzisiejszych czasach nie mogę wybrać się do lasu aby upolować na obiad sarnę bądź jelenia, nie mogę wybudować szałasu w środku parku zdrojowego i nie mogę go zasiedlić.
Ograniczenia te nie odbierają jednakże człowiekowi podstawowego prawa do godnego życia. Powiem więcej, nowoczesny mechanizm państwowy powinien ułatwiać nam codzienną egzystencję.
Stan bezrobocia, stawiający poza marginesem masy polskiego społeczeństwa jest oczywistą patologią, wszak każdy musi w jakiś sposób zdobywać pożywienie. Uznanie mieszkania za „towar”, a nie przyrodzone prawo człowieka stanowi kolejny dowód na barbarzyństwo obecnie panującego w świecie systemu ekonomicznego.
Współczesny rozwój nauki i techniki przy odrobinie dobrej woli ze strony rządzących spokojnie pozwoliłby na utworzenie wysoce humanitarnego i skutecznego mechanizmu sprawiedliwej redystrybucji dóbr. Niestety w świecie, w którym najwyższą wartością jest zysk, jedynie kilka procent najbogatszych pławi się w dobrobycie, reszta musi obejść się smakiem.
Wbrew obietnicom lokalnych polityków, nie ma co liczyć na skuteczne zwalczenie bezrobocia czy radykalną poprawę sytuacji mieszkaniowej jedynie za pomocą środków własnych gminy. Władze miasta mogą (i powinny!) co prawda budować coraz to większą ilość nowych mieszkań komunalnych oraz organizować roboty publiczne. Jest to jednakże kropla w morzu potrzeb. Bez zmiany systemu ekonomicznego, do czego potrzebna jest zmiana świadomości społeczeństwa absolutnie nic nie da się w tej materii zdziałać.
Zmiana systemu ekonomicznego musi być rewolucyjna i całkowita. Polepszenie bytu ludności wymaga pogwałcenia „nienaruszalnych” dogmatów gospodarki rynkowej takich jak nieingerencja państwa w gospodarkę, czy nienaruszalność własności prywatnej (nawet gdy ta pochodzi z kradzieży). Ekonomia musi służyć człowiekowi, a nie człowiek ekonomii. Spoglądając z tego, humanistycznego punktu widzenia, aż dziw bierze dlaczego pozwalamy na wykorzystywanie taniej siły roboczej w krajach Trzeciego Świata. Przenoszenie środków produkcji do Chin czy Indonezji nie polepsza bytu ichniejszych społeczeństw, gdyż robotnik nie jest tam uczciwie opłacany, powoduje natomiast kolosalne bezrobocie w krajach konsumenckich. Pieniądze pochodzące z różnicy powstałej pomiędzy nikłymi kosztami wyprodukowania towaru w Azji, a sprzedażą go w Europie emigrują na wirtualne konta w wielkich bankach i nigdy nie zostaną spożytkowane dla dobra ludzkości.
Nie potrafię zrozumieć wypowiedzi rodzimych polityków, mówiących o walce z bezrobociem w sytuacji gdy większość sprzedawanych w Polsce towarów pochodzi z importu. Pierwszym krokiem w kierunku polepszenia bytu obywateli powinno być obłożenie wysokimi cłami taniej azjatyckiej tandety, tak aby produkcja w Polsce stała się znów opłacalna. Cła mają na celu ochronę własnego rynku przed zalewem produktów z importu, stoją jednakże w sprzeczności z ideą fundamentalizmu rynkowego. I znów w konflikcie pomiędzy moralnością a pieniądzem, górę bierze pieniądz.
Międzynarodowe korporacje korzystają na tworzeniu rozmaitych stref wolnego handlu, znoszeniu ceł i programach dostosowawczych Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jak zwykle tracą na tym najbiedniejsi.

Czego chcą młodzi?

W obliczu bankructwa III oraz IV RP modna staje się doktryna fundamentalizmu rynkowego. Samo zjawisko jest o tyle ciekawe, iż postokrągłostołowa tragedia polskiego społeczeństwa ma swoje źródło właśnie w neoliberalnych reformach Balcerowicza oraz wprowadzonej po roku 1989 gospodarce rynkowej.
Kapitalistyczni fanatycy spod znaku Platformy Obywatelskiej oraz Unii Polityki Realnej wmawiają społeczeństwu, iż panaceum na wszelkie bolączki stanowi drastyczne obniżenie podatków połączone z wprowadzeniem prywatnej, płatnej służby zdrowia oraz takowej oświaty.
Pomysły piewców wolnego rynku wykluczają wszelkie formy pomocy społecznej, będące wg wyżej wymienionych „szkodliwym reliktem komunizmu”.
Trudno uwierzyć, ale wolnorynkowe brednie znalazły wielu zwolenników, zwłaszcza w gronie przedstawicieli pokolenia JPII.
Dzisiaj jest „trendy” (obrzydliwe słowo) założyć koszulę z napisem „JP2/B16” oraz popierać ugrupowanie platfusów.
Niestety mało kto zdaje sobie sprawę, iż rozwiązania proponowane przez PO, w krótkim czasie doprowadziłyby do głębokiej tragedii dziewięćdziesięciu procent społeczeństwa.
Obniżenie podatków co prawda doprowadziłby do spadku cen, nieznacznego, gdyż żaden kapitalista nie jest skłonny do zmniejszania własnych zysków. Ceny spadałyby jedynie pod naporem konkurencji. Spadek cen naturalnie zwiększyłby konsumpcję, na czym zyskałyby głównie wielkie korporacje transnarodowe produkujące tanią tandetę w krajach „Trzeciego Świata”. Mitem jest więc spadek bezrobocia mający rzekomo nastąpić proporcjonalnie do wzrostu konsumpcji, gdyż większość towarów pochodzi z importu.
Naturalna w gospodarce rynkowej konkurencja połączona ze spowodowanym importem bezrobociem oraz proponowanym przez liberałów zniesieniem płacy minimalnej doprowadzi w konsekwencji do obniżenia płac oraz pogorszenia się warunków pracy.
Wprowadzone kosztem obniżenia podatków płatne: opieka medyczna oraz szkolnictwo sprawią iż zdrowie i edukacja zostaną zarezerwowane jedynie dla wybranych przedstawicieli elit finansowych.
Reasumując, proponowane przez neoliberalów „reformy” w krótkim czasie doprowadzą obywateli RP do skrajnej nędzy, zyska zaś na nich garstka najbogatszych oraz międzynarodowy kapitał.

MAŁA POMARAŃCZOWA KSIĄŻECZKA

Podstawę naszych wywodów stanowić będzie całkiem logiczne założenie, że nikt z żyjących ludzi nie jest w stanie autorytatywnie stwierdzić, że gdzieś w niebiosach żyje ktoś kto stworzył wszechświat i decyduje o losach zwykłych śmiertelników. Zgodnie z nauczaniem rozmaitych doktryn religijnych ten „ktoś” nie ogranicza się do kwestii naszych narodzin i śmierci ale jest żywo zainteresowanym każdą sekundą naszego życia despotą. Po dziś dzień mówi on ludziom czy mogą używać prezerwatyw, jeść mięso w piątek, uprawiać sex przed ślubem etc. Ten sam bóg za pośrednictwem swoich przedstawicieli ma zabraniać zapłodnienia in vitro, aborcji, jedzenia wieprzowiny, czytania wybranych lektur, onanizmu, picia alkoholu, palenia tytoniu homoseksualizmu i wielu innych rzeczy. Poszczególne zbiory zakazów i nakazów zależą od wyznawanej religii i kaprysu przywódcy danej grupy wyznaniowej. Za każdym razem jednak ten czy inny stworca każe wiernym utrzymywać swoich kapłanów, będących nijako jego wysłannikami na Ziemi. To oni, „wybrańcy”, poprowadzą maluczkie masy ku krainie wiecznej szczęśliwości, której dostąpią wierni… niestety dopiero po swojej śmierci. Wtedy też będą mogli zweryfikować prawdziwość swoich wierzeń, niestety z nikim się nie dzieląc doświadczeniami. I choć wydaje się być nieprawdopodobnym, że ktokolwiek jest w stanie uwierzyć jakimkolwiek boskim wysłannikom, w praktyce wierzy im większość ludzkości. Na skromnych kartach tego małego wydawnictwa postaramy się wspólnie przeanalizować motywy osób wierzących, poszukać odpowiedzi dlaczego ludzie wierzą w „bogów” oraz ile w ich wierzeniach jest mitów, głębokiej filozofii oraz oczywistej prawdy. Narzędziami, których będziemy używać niech będą umiejętność samodzielnego myślenia, wiara w możliwości człowieka oraz zaufanie do nauki, która jest jedynym ze znanych nam źródeł wiedzy o wszechświecie poszukującym dowodów nie wymagając ślepej wiary w dokonania swoich „proroków”.

Stworzenie

Począwszy od zarania dziejów człowiek zadaje sobie pytanie – kim jestem. Podstawą autoidentyfikacji jest uznanie odrębności od innych organizmów, co na drodze ewolucji stanowiło główną przyczynę wykształcenia się subiektywnego „ego”.

Wyodrębnienie osobistego, oderwanego od całości „ja” już w erze pierwotnej zostało zweryfikowane przez naturę a potrzebujący wsparcia w walce z przeciwnościami jaskiniowiec stanął przed przymusem poszukiwania sojuszników.

Stanowiło to przyczynek do powstania bardziej zgodnej z prawami przyrody świadomości kolektywnej – rodowej, plemiennej a z czasem narodowej i w końcu globalnej. Na przestrzeni wieków większość kultur pojęcie „my” zarezerwowała egoistycznie dla istot ludzkich aby dopiero w dwudziestym stuleciu rozpocząć dyskusję o prawach zwierząt czy szeroko pojętej ochronie środowiska naturalnego.

Jednocześnie z rozwojem technologii komunikacyjnych zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że pod przykrytym tonami kurzu nauczaniem wszystkich tradycyjnych religii znajdują się pierwiastki wspólne przekazywane ustnie przez pokolenia w czasach kiedy nie znano jeszcze pisma, a „boskie” przepisy nie zostały w żaden sposób skodyfikowane i sprowadzone do roli obrzędów. Judeochrześcijański Stary Testament w swojej najstarszej części uczy, że „na początku było Słowo, a słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Zgodnie tą nauką bez owego „Słowa” nic by się nie stało i wszystko stało się przez nie. Jeżeli przyjmiemy, że używając pojęcia „Słowo” autor poczynił metaforę na coś czego nie dostrzegamy a istnieje (fale dźwiękowe są falami energetycznymi), i że to coś się zmaterializowało dojdziemy dokładnie do tego samego wniosku do którego dochodzi współczesna nauka mówiąca o teorii wielkiego wybuchu oraz zależności pomiędzy materią a energią. Do podobnych rezultatów doprowadzą nas hinduskie przekazy dotyczące powstania świata, który swój początek wziął w wodzie gdzie po raz pierwszy miała pojawić się roślinność (kwiat lotosu) stanowiąca zaczątek organizmów żywych. Biorąc pod uwagę, że „odkurzone” z tysiącletnich naleciałości wszystkie stare systemy religijno-filozoficzne sprowadzają się w praktyce do tego samego oraz, że przekazy te są zgodne z dokonaniami nauki nie mamy żadnych powodów aby im nie ufać. Wychodząc z tego założenia najlepszą metodą aby poznać pochodzenie ludzkości są prowadzone na całym świecie rzetelne badania naukowe oraz otwarcie umysłu na dziejowy dorobek wszystkich kultur. Na tym etapie rozwoju naszego gatunku oczywiście znamy o wiele więcej pytań niż odpowiedzi ale możemy śmiało powiedzieć, że jakkolwiek nie powstał wszechświat, to na pewno nie stworzył go uniwersalny „Bóg”, który na dodatek nim kieruje i w przyszłości „będzie sądzić żywych i umarłych”. Takie tłumaczenie byłoby zdecydowanie zbyt proste i ma rację bytu jedynie jeżeli zamkniemy się mentalnie w obrębie „jedynego prawdziwego”, zarezerwowanego dla naszej grupy punktu widzenia. Oznaczałoby to jednak, że jakkolwiek się nie nazwiemy (chrześcijanie, muzułmanie, żydzi) to my i tylko „my mamy rację” cofając cały dyskurs do ery wczesnej świadomości zbiorowej. Otaczający nas świat jest niestety o wiele bardziej skomplikowany a wspólna dla wszystkich kwestia pochodzenia ludzkości powinna raczej łączyć niż dzielić.

Życie po śmierci

Na temat życia po śmierci wszyscy wiemy dokładnie tyle samo ile „wierzący”. Z tą jednak różnicą, że w przeciwieństwie do religijnych funkcjonariuszy my nie okłamujemy ludzi. Nikt tak naprawdę nie wie co nas czeka po przekroczeniu bariery życia. Nie będzie więc zuchwałością jeżeli powiesz, że w tej materii twoja wiedza nie odbiega na przykład od wiedzy rzymskiego papieża. Obaj jeszcze nie umarliście i z całą pewnością nie możecie nic powiedzieć. O ile pewnie nie spędza ci to snu powiek o tyle powinno martwić rzesze wyznawców.

Życie w strachu przed karą wiecznego piekła oraz zależnymi od kaprysu „stwórcy” „klapsami” na ziemskim padole zdecydowanie nie jest niczym przyjemnym. Nie da się tu zaprzeczyć genialnej prostocie wypływającej z buddyjskiego rozumienia karmy jako uniwersalnego prawa przyczyny i skutku. To nie boska istota kara nas za przewinienia lecz każdy z naszych czynów pociąga za sobą konsekwencje: dobre, złe lub neutralne. Jak pomyślne będzie nasze życie zależy w głównej mierze od nas samych a także od szeregu czynników, na które nie mamy wpływu więc powinniśmy się z nimi pogodzić.

Wydaje się, że od wielkich religii monoteistycznych więcej racji mają hinduiści i praktycy buddyzmu zakładający przejście energii w inną formę. Jednak i te systemy nie są wolne od wielowiekowych „baśniowych” naleciałości.

Jakość przyszłego życia w religiach wschodu zależy od tego jaką energię zabierzemy ze sobą z teraźniejszości, a wszystko we wszechświecie, więc i my podlega niekończącej się ewolucji.

Niezależnie od podejścia do kwestii reinkarnacji musimy się zgodzić, że to od życia doczesnego zależy w jaki sposób będziemy wspominani po śmierci. Człowiek żyje tak długo jak długo trwa pamięć po nim. Zatem bądźmy uczciwymi ludźmi, realizujmy się w dziedzinach, w których jesteśmy dobrzy, wspomagajmy innych a na pewno przeżyjemy własne ciało.

Zakazy/nakazy

Wbrew przekonaniu wyznawców rozmaitych religii w naturze nie występują żadne obiektywne zakazy ani nakazy dotyczące postępowania. Najistotniejszą kwestią jest zrozumienie kwestii personalnej wolności. Zgodnie z nauczaniem klasyków liberalizmu nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Należy żyć tak aby nie szkodzić innym – nie kraść, nie zabijać, być uczciwym, pamiętając cały czas, że wszystkie nasze czyny pociągają za sobą konsekwencje, które mogą się okazać bolesne dla nas samych. Jeżeli zrobiliśmy coś złego nie liczmy, że Bóg nam odpuści bo poszliśmy do spowiedzi bądź wrzuciliśmy pieniądze do kościelnej skarbonki. To niestety tak nie działa. Sami odpowiadamy za swoje niegodziwości i sami musimy je naprawiać. Wolna wola oznacza odpowiedzialność a lepsi możemy się stać tylko poprzez pracę nad sobą. Oczywiście na podstawie doświadczenia pokoleń można utworzyć zbiór czynów, których robić się nie powinno i wrzucić do niego między innymi obżarstwo. Cały czas musimy jednak pamiętać, że jeżeli będziemy jeść za dużo to skutkiem naszego postępowania będą problemy żołądkowe a choroba która nas ewentualnie spotka nie jest boską karą, lecz zwyczajnym następstwem naszego łakomstwa.

Życie seksualne

Sfera seksualna należy do najdelikatniejszych sfer w psychice człowieka. Na przestrzeni wieków poprzez stosowanie systemu norm seksualnych rozmaite religie chciały zdobyć nad nią kontrolę. Po to tylko aby zdobyć kontrolę nad całym człowiekiem. Każdy ma prawo dysponować sferą seksualną zgodnie z własnymi upodobaniami. Jedynym ograniczeniem w tym względzie jest poszanowanie wolności naszego partnera. Jeżeli mamy na myśli dwójkę dorosłych kochanków nie da się sprecyzować, które pozycje seksualne są poprawne a które nie. Nie da się też w ten sposób nikomu narzucić płci obiektu zainteresowania seksualnego, stosowanych metod antykoncepcji czy świadomej decyzji o posiadaniu bądź też nieposiadaniu potomstwa. Nie widzę najmniejszego powodu aby konsultować się w powyższej kwestii z jakimkolwiek „pośrednikiem” pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Warto w tym miejscu przywołać praktykowaną po dzień dzisiejszy w Kościele Katolickim instytucję spowiedzi. Mamy w niej do czynienia z paradoksem kiedy to dorosły mężczyzna klęcząc na kolanach przed innym dorosłym mężczyzną z poczuciem wstydu zwierza się ze swoich pragnień oraz praktyk seksualnych. Człowiek, który przez kilka godzin dziennie wysłuchuje takich zwierzeń jednocześnie poucza wiernych na temat szkodliwości kontaktu z pornografią. Posunięty wręcz do granic perwersji absurd. W kwestii wolności seksualnej, podobnie jak w pozostałych sprawach powinniśmy pamiętać o różnorakich konsekwencjach naszych wyborów i poza pragnieniem kierować się także rozsądkiem.

Używki

Naukowcy, którzy badali życie delfinów doszli do wniosku, że mają one w zwyczaju odurzanie się rozdymkami. Przyjacielskie stworzenia żując toksyczne rozdymki podają je sobie wzajemnie z „ust do ust” a następnie na widocznym haju radują się oceanem.

Odurzanie jest od zarania dziejów częścią kultury ludzkiej. Alkohol jako używkę doceniamy od czasów gdy człowiek pierwotny po raz pierwszy najadł się sfermentowanych owoców a marihuanę odkąd nawdychał się dymu płonących konopi. Środki zmieniające stan naszej świadomości z biegiem wieków stały się tak popularne, że w rozmaitej formie znalazły swoje miejsce w obrzędach religijnych. Po dziś dzień centrum chrześcijańskiej liturgii stanowi spożywanie czerwonego wina a południowoamerykańscy szamani w swoich rytuałach stosują szałwię wieszczą, DMT oraz grzyby halucynogenne. Z czasem ludzkość zaczęła dostrzegać także efekty uboczne nadużywania środków psychotropowych i trafiły one na listy zakazów poszczególnych religii. Allah na kartach Koranu poucza wyznawców Islamu, że „Khamr (wszystko co odurza), majsir (hazard), bałwany i strzały wróżbiarskie – to obrzydliwość wynikająca z dzieła szatana”.

Tego typu, oparta na systemie zakazów i w gruncie rzeczy sprzeczna z naturą ludzką doktryna prowadzi jedynie do obchodzenia przepisów, niepotrzebnych wyrzutów sumienia oraz fanatyzmu religijnego. W rezultacie nauczania Koranu świat muzułmański dzielimy na ten, w którym przepisy są martwe (bo Allah po zmroku nie widzi) oraz ten, gdzie zabronione jest nawet posiadanie puszki piwa, a życie jest nie do zniesienia.

Podobnie sytuacja ma się zresztą w prowadzących wojnę z narkotykami krajach laickiego zachodu. Po dziś dzień nie potrafią one wypracować racjonalnej polityki w kwestii posiadania i obrotu środkami psychoaktywnymi. Wydaje się, że z jakiś niezbyt zrozumiałych powodów ludzkość nie umie uporządkować kwestii, która dotyczy nas od zarania dziejów. Tymczasem jeżeli przyjrzymy się jej z perspektywy karmicznej wydaje się być ona wyjątkowo prosta. Nie da się walczyć z naturą, która zawsze dąży do osiągnięcia maksymalnej przyjemności, należy jednak pamiętać o konsekwencjach naszych czynów, a jeżeli któraś z używek staje się problemem zmienić swoje przyzwyczajenia, gdy jest to koniecznie korzystając z porady specjalisty od uzależnień.

Modlitwa, spotkania religijne

Modlitwa, dni święte, posty czy rozmaite, często barwne ceremonie stanowią punkt wspólny wszystkich systemów religijnych. Uczestnictwo w nich świadczy o tym jak dobrymi jesteśmy wyznawcami. Zwykle wiąże się ono z wysłuchiwaniem takiego czy innego „słowa bożego” oraz składaniem ofiary na rzecz boskich przedstawicieli na ziemi. Jako, że rytuały te są powszechne i mają swój początek w czasach bardzo starożytnych całkowite zaprzeczenie ich sensowności byłoby takim samym błędem jak bezmyślne w nich uczestnictwo. Nowoczesna psychologia zachęca do wyciszenia i pracy nad sobą. Najlepszą znaną ludzkości metodą na rozwój osobowości oraz utrzymanie równowagi psychicznej jest zapomniana dziś w kręgu cywilizacji zachodniej medytacja. Takie też, medytacyjne, było pierwotne założenie modlitwy rozumianej jako bardzo osobista rozmowa z bogiem (de facto z samym sobą). Wraz z rozwojem religii przyjmowała ona coraz to bardziej skodyfikowaną i zinstytucjonalizowaną formę. Do całkowitego wypaczenia sensu tej praktyki doszło w czasach, w których człowiek zaczął uczyć się modlić. Sprecyzowane i rozbudowane na przestrzeni wieków przez religijnych funkcjonariuszy formy „poprawnej” modlitwy zabiły jej sens czyniąc ją jedynie elementem scalającym wspólnotę wiernych. Zjednoczona wokół form liturgicznych wspólnota wyróżniała się na tle innych, o odmiennej tradycji modlitewnej i teologicznej, co w późniejszych wiekach stało się jedną z przyczyn wielu krwawych wojen religijnych. Po dziś dzień pomimo znacznej laicyzacji życia w Europie, wielu katolików za żadne skarby świata nie wejdzie pomodlić się do świątyni protestanckiej o buddyjskich pagodach nawet nie wspominając.

Tymczasem medytować z pożytkiem dla własnej osobowości można wszędzie i w dowolny sposób. Najważniejsze jest aby poświęcić ten czas na uporządkowanie wywołanego tempem życia wewnętrznego chaosu. Jeżeli mieszkamy w mieście gdzie nie ma za bardzo możliwości obcowania z naturą bądź odpowiedniej pogody, świetnym do tego miejscem może okazać się na przykład stara chrześcijańska katedra bądź poza Europą świątynia buddyjska. Wszystko zależy od indywidualnych preferencji. Nie gra tutaj roli czy wyciszamy się w piątek, sobotę czy też niedzielę, nie potrzebujemy także kalendarza aby wiedzieć kiedy świętować. Świętem jest każdy dzień, w którym spotykamy się z przyjaciółmi. Spotykajmy się przy stole, w górach, na biwakach, na plaży i wszędzie tam gdzie lubimy przebywać. Jedzmy i pijmy. Na co dzień cieszmy się życiem w towarzystwie, w którym czujemy się dobrze.

Hierarchia

Już samo założenie, że grupa wyznawców jakiejkolwiek religii potrzebuje struktury hierarchicznej zaprzecza głoszonej przez nią doktrynie o równości względem istoty boskiej. Jeżeli Bóg stworzył człowieka i jak twierdzą chrześcijanie oraz żydzi wszyscy pochodzimy od tych samych rodziców to dlaczego jedni są wobec stwórcy równi a inni „równiejsi”? Czyżby stopień zbliżenia do Boga był determinowany przez bardziej lub mniej demokratyczny wybór grupy kardynałów podczas trwania konklawe?

Oczywistym jest, że na ścieżce własnego rozwoju nie potrzebujemy „szefa” który będzie decydował co nam wolno a co jest zabronione. Aż dziw bierze, że w XXI wieku tyle milionów ludzi bezgranicznie ufa „nieomylnym” pasterzom. Daleki jestem od twierdzenia, że wśród kapłanów, pastorów czy mnichów buddyjskich nie ma ludzi światłych. Są, lecz tacy najczęściej skupiają się na pogłębianiu własnej duchowości nie zaś walce o miejsce w hierarchii. Ci, którzy zdecydowali się na karierę urzędniczą, strukturę religijną traktują jak zwyczajne miejsce pracy i stanowią prawo, które gwarantuje im utrzymanie wysokiego statusu na drabinie społecznej.

Członkostwo

Przynależność do jakiejkolwiek organizacji sprawia, że postrzegamy siebie jako część określonej zbiorowości. W ogólnym odbiorze miarą wartości ugrupowań, zupełnie niesłusznie, jest liczba zgromadzonych członków. Cały problem polega na tym, że ludzie często przystępują do danego stronnictwa nie ponieważ jest ono dobre i szlachetne, lecz na przykład dlatego, że ma władzę, wpływy i pieniądze. Bywa i tak, że we wczesnym dzieciństwie jesteśmy do jakiejś grupy zapisywani z woli rodziców. Z tym drugim przypadkiem mamy do czynienia w większości związków wyznaniowych. Tak zwane „poprawne” wychowanie młodzieży zawsze było w obrębie zainteresowań wszelakiego duchowieństwa. Dzieje się tak zapewne dlatego, że tylko nowe pokolenia wyznawców są w stanie zagwarantować ciągłość działania organizacji. Samo danie dziecku możliwości wyboru własnej drogi kiedy osiągnie dojrzałość jest dla grupy wyznaniowej bardzo ryzykowne i może spowodować odpływ wiernych, a co za tym idzie również przyszłych kapłanów. Z punktu widzenia większości religii, niezależnie od poziomu miłosierdzia którym się obnoszą, najgorszym z grzechów jest apostazja. O ile z ambon chrześcijańskich kościołów i muzułmańskich meczetów nieczęsto się słyszy słowa potępienia w kierunku morderców i gwałcicieli o tyle odstępstwo od wiary zawsze kończy się obietnicą spłonięcia w piekle. W obrębie chrześcijaństwa mamy nawet do czynienia z paradoksalną sytuacją w której zabójcy aby dostąpić zbawienia wystarczy porządna spowiedź, natomiast apostata dodatkowo musi przejść katechezę, zdać egzamin i prosić biskupa o wybaczenie. W tej materii jeszcze bardziej wyrazisty jest islam, który wybiera prostsze rozwiązanie porzucenie wiary krając śmiercią.

Warto się tu zastanowić jak silna musi być siła perswazji duchowieństwa, które jest w stanie kogokolwiek przekonać do członkostwa w organizacji, z której wyjść można jedynie po schodkach na szubienicę. Zwykle tego typu agitacja polega na wznieceniu i podsyceniu do granic możliwości strachu przed wiecznym koszmarem w zaświatach a także przedstawieniu bóstwa jako uniwersalnej i prostej odpowiedzi na wszystkie pytania.

Analizując głębiej kwestię formalnej przynależności do zorganizowanej struktury religijnej trudno nie dojść do wniosku, że jest ona takim samym wypaczeniem jak narzucenie wiernym metod modlitwy oraz podporządkowanie określonej hierarchii.

Finanse

O finansach wspólnot wyznaniowych dotychczas napisano wiele. Z tego też powodu nie będziemy sobie zaprzątać głowy tym jak bogate są poszczególne z nich.

Na przestrzeni dziejów kapłaństwo pojawiło się wraz z zapotrzebowaniem na usługi religijne. Do zawodu tego zawsze lgnęli ludzie, którzy zamiast ciężkiej pracy woleli odprawiać ceremonie zyskując tym samym poważanie wśród reszty społeczności. Stare polskie przyłowie rzecze, że „kto ma księdza w rodzie tego bieda nie ubodzie”. I nie chodzi tu bynajmniej o ubóstwo duchowe. Kapłanom zwykle wiodło i wiedzie się lepiej niż reszcie populacji, zwyczajowo też sytuują się na szczycie drabiny społecznej. Lekkie, pozbawione „zwykłych” trosk życie duchowieństwa niestety w praktyce bardziej sprzyja hedonistycznej rozrywce niż ascetycznej duchowości. Przekonani o obowiązku utrzymywania swoich przewodników na drodze ku wieczności wyznawcy nieczęsto zadają sobie pytanie dlaczego w ogóle mają płacić za usługi pośrednictwa w kontaktach z Bogiem. Tymczasem nawet przy założeniu, że on istnieje i interesuje się życiem każdego z nas, prawdopodobnie wolałby mieć z nami kontakt osobisty. Wielowiekowa praktyka pokazuje więc, że wszędzie tam gdzie pojawia się instytucja zawodowego duchowieństwa zanika umiejętność samodzielnego analizowania rzeczywistości.

Działalność misyjna

Wbrew ekumenicznym zapewnieniom urzędników poszczególnych religii prozelityzm stanowi drugie, zaraz po urodzeniach, pod względem liczebności źródło napływu nowych wyznawców. Chrześcijańskim misjonarzom specjalnie nie przeszkadza ani ryzyko, które w związku z „nawróceniem” ponoszą konwertyci w krajach islamu ani też to, że wprowadzając własną religię w państwach afrykańskich niejednokrotnie burzą tradycyjne struktury społeczne.

Historia ludzkości jest pełna wojen religijnych i trudno nie odnieść wrażenia, że większa liczba wyznawców została nawrócona za pomocą armii niż Koranu czy Pisma Świętego.

Działalność misyjna a szczególnie poniesione w związku z nią męczeństwo zwyczajowo podnoszone są do rangi bohaterstwa. Daleki jestem od deprecjonowania humanitarnej pracy wykonywanej często w pocie czoła przez chrześcijańskich misjonarzy, jednak byłaby ona o wiele bardziej szczera gdyby nie przyświecał jej cel pozyskiwania nowych wiernych dla własnego kościoła.

Trudno powiedzieć jak wyglądałby współczesny świat gdyby poszczególne grupy wyznaniowe w swojej działalności misyjnej kierowały się jedynie zasadą dawania dobrego przykładu nie zaś chęcią nawracania niewiernych. Możemy tylko zgadywać, że byłby on o wiele bardziej barwnym a co za tym idzie zdecydowanie lepszym miejscem do życia.
Angkor Borei, Kambodża 2014